,
Obserwuj
Lubuskie

Szelmowskie miny i wybałuszone oczy. Jak powstają słynne bachusiki?

5 min. czytania
15.06.2025 12:00
- Inspirował mnie Wrocław i jego krasnale. Wrocław to miasto większe, bardziej turystyczne, ale pomyślałem, że skoro tam się udało, dlaczego miałoby się nie udać u nas? - mówi nam Artur Wochniak, autor słynnych zielonogórskich bachusików.
|
|
fot. MARIUSZ KAPALA / GazetA LUBUSKA

 

  • Filigranowe bachusiki, rozrzucone po ulicach i zaułkach Zielonej Góry, stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta;
  • Figurki łączą w sobie humor, lokalną tradycję winiarską oraz unikalny charakter. Ich twórca nie ukrywa, że miał nadzieję na sukces bachusików, choć sam rozmach nieco go zaskoczył;
  • Ale bachusiki to tylko jedna z wielu opowieści, jakie kryją rzeźby autorstwa Artura Wochniaka - zielonogórskiego twórcy, który potrafi tchnąć życie w monumentalne pomniki, oddać hołd legendarnym postaciom, a nawet wskrzesić słynne dzieła z przeszłości.

 

Dziś trudno wyobrazić sobie Zieloną Górę bez bachusików, rozrzuconych po ulicach, schodach i murkach. Ich historia zaczęła się jednak niepozornie. - Inspiracją był konkurs na dużą rzeźbę Bachusa - wspomina Artur Wochniak, autor bachusików.

- Wcześniej były już dwie próby ogłoszenia takiego konkursu, ale nic z tego nie wyszło. Raz zgłosiło się zbyt mało uczestników, innym razem nie dopilnowano spraw formalnych, chociażby formatu kartonu, na którym przedstawiłem wizualizację rzeźby - wyjaśnia.

Mimo porażek nasz rozmówca się nie poddał. Jak mówi, był wtedy świeżo po studiach, pełen energii i zapału do działania. - Zielona Góra zawsze szczyciła się winiarskim charakterem, bachanaliami. Chciałem to pokazać także przez sztukę - opowiada. W trzeciej edycji konkursu na pomnik Bachusa zajął drugie miejsce. Pierwsze zdobyli rzeźbiarze z Krakowa i to ich projekt został zrealizowany. - Ale skoro cała idea wyszła ode mnie, to nie mogłem tak po prostu się wycofać - wspomina dzisiaj z uśmiechem.

To właśnie wtedy narodził się pomysł na mniejsze formy - bachusiki. - Zaproponowałem miastu stworzenie serii drobnych rzeźb. Pierwsze trzy wykonałem w 2010 roku jako próbę. To był początek - przyznaje. Od tamtego czasu bachusików przybywa. Każdy z nich ma swoją historię, charakter i kontekst. - Najnowsza rzeźba powstała w tym miesiącu - dodaje autor. - Z okazji 150-lecia wodociągów zielonogórskich stworzyłem kompozycję: bachusa, bachantkę i w centralnym punkcie abisynkę - symbol wody i miejskich wodociągów - opowiada.

Inspiracja prosto z Wrocławia

Bachusiki wrosły w Zieloną Górę jak winorośle w winiarskie wzgórza. Z roku na rok przybywa ich w miejskiej przestrzeni. Stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta. Zjawiskiem, które łączy w sobie sztukę, lokalną tożsamość i poczucie humoru. Ich twórca nie ukrywa, że miał nadzieję na sukces, choć sam rozmach nieco go zaskoczył.

- Inspirował mnie Wrocław i jego krasnale. Wrocław to miasto większe, bardziej turystyczne, ale pomyślałem, że skoro tam się udało, dlaczego miałoby się nie udać u nas? - wspomina.

Pierwsze rzeźby sfinansowało miasto, ale szybko do akcji wkroczyli fundatorzy: firmy, stowarzyszenia, a nawet osoby prywatne. Pomysł zaczął żyć własnym życiem. Dziś bachusiki nie tylko zdobią miasto, ale i opowiadają o nim historie. Każda rzeźba to miniatura z charakterem, często nawiązująca do miejsca, w którym się znajduje lub instytucji, która ją ufundowała.

Artur Wochniak w trakcie pracy
Artur Wochniak w trakcie pracy
Artur Wochniak

Od szkicu po montaż

Proces narodzin bachusika ma swój początek na papierze, wśród setek szkiców. - Robię mnóstwo rysunków, z których wybieram dwa, trzy i pokazuję fundatorowi - opowiada autor. - Nie każdy pomysł jest od razu trafiony, więc szukam dalej - dodaje.

Czas powstawania jednej rzeźby zależy od jej złożoności. Prosta postać to około półtora miesiąca pracy. Kompozycje większe, rozbudowane, wymagają nawet trzech miesięcy. Do samego rzeźbienia dochodzą techniczne etapy: tworzenie form silikonowych, odlewy, przygotowania do montażu.

Bachusiki są niewielkimi rzeźbami z brązu, najczęściej przedstawiającymi pulchne, uśmiechnięte postacie o groteskowych twarzach. - Mają szelmowskie miny, wybałuszone oczy, przerysowane nosy, czasem wyglądają, jakby wyszły z kreskówki - przyznaje rzeźbiarz. Wszystkie posiadają atrybuty winiarskie: dzbany wina, amfory, kielichy, butelki lub kiście winogron. Niektóre uchwycone są w ruchu, w typowych czynnościach nawiązujących do działalności fundatorów.

Choć bachusiki zyskały ogromną sympatię dzieci, pierwotnie nie były tworzone z myślą o najmłodszych. - Zdecydowanie myślałem o dorosłym odbiorcy - mówi rzeźbiarz. - Ale cieszę się, że dzieci tak je polubiły - dodaje. Z entuzjazmem opowiada o konkursie na projekt bachusika organizowanym wśród przedszkolaków. - To niesamowite, ile radości sprawia im wymyślanie tych postaci. Dzieci są zaangażowane, ich rodzice też. To bardzo motywujące. Dzięki temu cały czas mam siłę, by tworzyć dalej - przyznaje artysta.

Artysta artyście

Jednak Artur Wochniak stworzył w Zielonej Górze nie tylko bachusiki. W mieście jest wiele jego rzeź, a wśród nich ta, która - jak sam mówi - zajmuje w jego sercu szczególne miejsce.

To pomnik Klema Felchnerowskiego - portret rzeźbiarski legendarnego artysty. - Nie pamiętam dokładnie, ile to już lat, może osiem. Ale pamiętam dokładnie, że to było świetne wyzwanie - opowiada nasz rozmówca.

- Chciałem, żeby ta rzeźba była godna miejsca, godna samego Klema - podkreśla. Dlatego - oprócz postaci przy stole - jest też drugie krzesło, specjalnie profilowane. - Podczas pracy siadałem na nim wiele razy. Chciałem, żeby było wygodne. To było ważne - podkreśla.

Pomnik Klema Felchnerowskiego w Zielonej Górze
Pomnik Klema Felchnerowskiego w Zielonej Górze
Artur Wochniak

Rzeźba stała się czymś więcej niż tylko miejską dekoracją. To zaproszenie do dialogu. Do wspomnienia. Do zatrzymania się. - Myślę, że to piękne, kiedy artysta może oddać hołd drugiemu artyście. Nie tylko rzeźbiarz rzeźbiarzowi, ale i muzyk muzykowi, poeta poecie. Zdarzyło mi się już stworzyć rzeźby dla muzyków. I marzyłoby mi się, by kiedyś jakiś muzyk napisał coś z myślą o mnie. To taki rodzaj ukłonu. Wzajemnego zauważenia. Docenienia - mówi rzeźbiarz. Praca nad rzeźbą Klema była długa i wymagająca. - Wylałem siódme poty. Ale warto było - mówi dziś Artur Wochniak.

Jak Artur Wochniak wchodził świętemu Urbanowi do głowy

Inną ważną figurą jest rzeźba świętego Urbana, patrona Zielonej Góry. - Lubię ją - mówi z uśmiechem Wochniak. - Ale zanim powstała, było niezłe zamieszanie - wspomina. Rzeczywiście, to jedna z tych realizacji, które przeszły przez ogień dyskusji i falę emocji.

Zaczęło się jak wiele takich historii: od konkursu. Prace złożono w Galerii Pro Arte, przybyła komisja, przyznano punkty. Najwięcej zebrał projekt naszego rozmówcy. I wtedy się zaczęło.

- Okazało się, że grupa lobbująca powstanie tej rzeźby miała zupełnie inną wizję świętego Urbana niż ja. Spodziewali się rzeźby bardziej konwencjonalnej, spokojnej, bez ruchu, z twarzą młodszą, może nawet bez brody. Takiej, powiedziałbym, katalogowej - opowiada Wochniak. Tymczasem autor zaproponował coś zupełnie innego. Święty Urban miał w jego wersji lekki uśmiech, majestatyczne wąsiska i brodę, a przede wszystkim - ruch.

- Chciałem, żeby był pozytywny i dynamiczny. Żeby dzielił się tym, z czego Zielona Góra słynie: winogronem. Żeby był patronem z charakterem - mówi rzeźbiarz. Niektórzy widzieli w nim kolejnego bachusika w dużym formacie. - Musiałem tłumaczyć, że w średniowieczu papieże nosili brody. Nakrycia głowy, które zaprojektowałem, też były zgodne z epoką. Przekopałem encyklopedie, rozmawiałem z historykami Kościoła, wszystko było przemyślane. Podobnie z krzyżem. Komisja spodziewała się klasycznej formy z dwiema belkami. Tymczasem święty Urban trzyma krzyż papieski z trzema poprzecznymi ramionami, zgodnie z tradycją tamtego okresu - wspomina artysta.

Rzeźba św. Urbana
Rzeźba św. Urbana
Artur Wochniak

Gdyby Artur Wochniak był bachusikiem

Gdy pytam Artura Wochniaka, jak wyglądałby jego autoportret w formie bachusika, śmieje się serdecznie. - Obawiam się, że mój bachusik byłby bardzo ekspresyjny, może nawet miałby wiele twarzy, wiele głów - mówi po chwili.

Artysta nie jest pewien, co dokładnie taki bachusik by robił - jego myśli płyną w różnych kierunkach i trudno mu jednoznacznie to określić. Podkreśla, że stworzenie własnego wizerunku w tak ekspresyjnej formie to prawdziwe wyzwanie. - Nie mam pojęcia, jak bym siebie przedstawił. To wymagałoby wielu przemyśleń i na pewno byłoby bardzo trudne - przyznaje nasz rozmówca.