,
Obserwuj
Małopolskie

Po Agacie zostały kolczyki. "Chyba to przeraziło mnie najbardziej"

8 min. czytania
04.05.2025 15:49
"Chciała, żeby ich oskarżyć i zamknąć. Była w takim stanie, że gdyby dać jej pistolet, toby ich zastrzeliła. Myślę, że nie mogła sobie poradzić także dlatego, że zaczęło do niej docierać, iż w tej sprawie również ona ponosi winę" - mówił o matce Agaty, Grzegorza i Bartłomieja K. Józef Łukasik były komendant policji w Zakopanem. Tragiczną historię rodziny opisała Beata Sabała-Zielińska w książce "Kryminalne Zakopane. Najgłośniejsze zbrodnie Podhala".
|
|
fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Kryminalne Zakopane. Najgłośniejsze zbrodnie Podhala" Beaty Sabały-Zielińskiej, wydanej 22 października 2024 roku nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

(...) Kamienica należała do Jana R., dziadka Agaty, Bartka i Grześka, ojca ich matki, Ewy K. Gdy w 1986 roku zmarł, spadkobierczyni, Ewa K., zrzekła się jej na rzecz Skarbu Państwa. Owszem, majątek był pokaźny, ale i kłopotliwy, zwłaszcza w tamtych czasach. W mieszkaniach zalegali lokatorzy z przydziału (spadek po komunie), sklepy na dole przynosiły średni zysk, kamienica tymczasem wymagała remontu. "Lepiej się tego pozbyć", doszła do wniosku Ewa K., oddając własność państwu. Potencjał tego miejsca dostrzegł jednak mąż Ewy K., więc gdy w 1990 roku zmienił się system, zawalczył o zwrot kamienicy. I wygrał, z tym że sąd przyznał cały majątek w równych częściach wnukom Jana R., Agacie, Grześkowi i Bartkowi. A że nowi właściciele w dniu uprawomocnienia się wyroku byli nieletni - Agata miała dziesięć lat, bliźniacy po osiem - nieruchomością w ich imieniu zarządzała matka.

Po Marku K. bowiem zostało już tylko wspomnienie, mało przyjemne. Małżeństwo rozpadło się, a oni nawet nie ukrywali wzajemnej wrogości. On wyjechał, ona ponownie wyszła za mąż za - szkoda gadać - pijaczynę, hazardzistę i brutala. Bił ją, jej dzieci i lekką ręką przepuszczał dochód z kamienicy, która w nowych realiach okazała się kurą znoszącą złote jaja. Lokale na dole zaczęły przynosić zysk, lokatorzy z przydziału zaczęli płacić, a gdy w końcu się wynieśli, można było zrobić apartamenty pod wynajem. Ewa K. po kilku latach zmądrzała - pogoniła drugiego męża i choć musiała go spłacić, i tak sporo zostało. Interes bowiem rozkręcił się na dobre. Dość powiedzieć, że w 2003 roku, według Ewy K., miesięczny dochód wynosił sześć tysięcy złotych, czyli w tamtych czasach trzykrotność przeciętnego wynagrodzenia.

Okładka książki 'Kryminalne Zakopane. Najgłośniejsze zbrodnie Podhala'
Okładka książki 'Kryminalne Zakopane. Najgłośniejsze zbrodnie Podhala'
mat. prasowe

Czy za taką sumę można sprzedać duszę? Bracia K. sprzedali. Matka wprawdzie teoretycznie wciąż zarządzała nieruchomością (dzieci dały jej notarialne pełnomocnictwo), bracia jednak zaczęli przejmować kontrolę nad majątkiem. Wtedy wszystko się zaczęło.

"Grzegorz i Bartłomiej to bardzo zżyci ze sobą bliźniacy jednojajowi - czytamy w notatce środowiskowej. - Wszystkie decyzje podejmują wspólnie, nikt się dla nich nie liczy. Nienawidzą siostry. Zazdroszczą jej wyglądu, inteligencji, studiów. I tego, że ma wielu znajomych i jest lubiana. Swoją nienawiść wyrażają agresją fizyczną i psychiczną. Matka i siostra były niejednokrotnie bite przez bliźniaków. (...)"

Dwudziestotrzyletnia Agata była w ciągłym konflikcie z braćmi, którzy notorycznie wtrącali się w jej życie. Wydzielali jej pieniądze i próbowali kontrolować sposób, w jaki je wydaje. Byli niezadowoleni z tego, że lubi się bawić, że lubi ludzi, a ludzie lubią ją. (...)

- Gdy przyjeżdżała, od rana były awantury. Trwały, dopóki nie wyszła z domu - zeznał lokator kamienicy z przydziału kwaterunkowego. - Obaj bracia krzyczeli na nią przez cały czas. Chodziło o pieniądze. Krzyki dochodziły aż na trzecie piętro. Agata czasami im coś odpowiadała, ale sporadycznie. Przekrzykiwali ją.

Bywało więc - częściej niż rzadziej - że gdy wpadała do Zakopanego, zatrzymywała się albo u babci, albo u przyjaciółki.

1 lipca 2003 roku pojawiła się jednak w domu. Przyjechała z Krakowa specjalnie na spotkanie klasowe. Imprezę zaplanowano w znanym wówczas klubie Antidotum. Miało być miło i przyjemnie. I w sumie było, choć ten dzień dla Agaty nie zaczął się dobrze. Bo bracia po raz kolejny bez jej zgody zabrali seata. Jej samochód. Owszem, po naciskach pożyczyła go Bartkowi (zamierzał przewieźć nim rzeczy z krakowskiego mieszkania Grześka), ale potem chłopcy nie chcieli jej go oddać. (...)

Szykowała się więc na imprezę w atmosferze kłótni. Wyszła z domu około dwudziestej drugiej. Przedtem zajrzała na chwilę do pokoju matki, pobawiła się z psem, a wychodząc, obiecała, że nie wróci późno.

- Wróciła około drugiej w nocy i położyła się spać - zeznała matka. - Następnego dnia wstałam około ósmej rano, wszyscy jeszcze spali. Nie słyszałam, aby ktokolwiek krzątał się w swoich pokojach. O jedenastej wyszłam z psem na spacer, ten jednak przed wyjściem zaczął drapać w drzwi pokoju Agaty. Wszedł tam na chwilę. Potem go zawołałam i wyszłam. Wróciłam o trzynastej. W domu nikogo nie było. (...)

Około szesnastej poszłam na kurs komputerowy, wróciłam do domu kilka minut po dziewiętnastej. Bartka i Grześka nie było. Nie było chyba też samochodu na podwórzu. Agata tego dnia nie wróciła na noc. Na kolejne też nie.

Dzwoniłam do niej, ale zgłaszała się poczta, więc zostawiałam wiadomość "Oddzwoń". Kiedy dowiedziałam się, że Agaty nie ma na plenerze, przestraszyłam się. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to że popełniła samobójstwo z powodu konfliktu z braćmi. Dlatego właśnie kazałam chłopakom otworzyć drzwi do jej pokoju. W pokoju były wszystkie jej rzeczy. Wyglądało to tak, jakby opuściła mieszkanie w tych samych ciuchach, w których była na imprezie. Ale na nocnym stoliku były kolczyki, z którymi nigdy się nie rozstawała. I chyba to przeraziło mnie najbardziej. (...)

Ruszyły poszukiwania Agaty K. Matka, dręczona wyrzutami sumienia, wzięła sprawy w swoje ręce. Najpierw pojechała do mieszkania córki w Krakowie, poszukać jakichś wskazówek, a że nic nie znalazła, postawiła na nogi TOPR i straż graniczną. Dotarła także do programu Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie oraz do Fundacji Itaka i Lastrada, dzięki czemu 8 sierpnia zdjęcie Agaty pojawiło się w "Gazecie Wyborczej". To jednak nic nie dało. W akcie rozpaczy wynajęła więc agencję detektywistyczną Krzysztofa Rutkowskiego.

- Jego detektywi przyjechali do Zakopanego dwudziestego sierpnia. Rozmawiali ze mną, z moją matką i moimi synami, po czym potwierdzili moje przypuszczenia. Ich zdaniem za zaginięciem Agaty stoją bracia. - Z takimi informacjami pojawiła się na policji Ewa K. - Wywnioskowali to z rozmów oraz postawy Grześka i Bartka, ale na tym się skończyło, bo chłopcy odmówili finansowania działań detektywów. Byli temu zdecydowanie przeciwni. Miałam wrażenie, że czegoś się boją. Rutkowski chciał za prowadzenie sprawy dwanaście tysięcy złotych. Nie miałam tyle. Wszystkie pieniądze mieli już Grzesiek i Bartek. Prosiłam ich, żeby dali mi część należącą do Agaty, że za to opłacę Rutkowskiego, ale odmówili. Byłam bezsilna. (...)

"Matka uważa, że bliźniacy odziedziczyli po ojcu cechy psychopatyczne, które pchnęły ich do zabójstwa", napisała w opinii starsza kurator sądowa, dodając coś, co od dawna wszyscy już wiedzieli, a mianowicie że w jej ocenie bracia K. znęcali się psychicznie i fizycznie nad rodziną. "Nie utrzymują żadnych stosunków sąsiedzkich. Postrzegani są jako małomówni, unikają ludzi, mając jednocześnie bardzo dobry kontakt ze sobą. Matka twierdzi, że zbrodnię zaplanowali razem. Niejednokrotnie mówili, że Agatę trzeba wyeliminować. Matka zarzeka się, że nigdy im nie wybaczy zbrodni i nie będzie utrzymywać z nimi żadnego kontaktu".

- Była rozwalona psychicznie - dodaje Józef Łukasik (były komendant policji w Zakopanem -red.) - Przesiadywała u nas godzinami. Chciała, żeby ich oskarżyć i zamknąć. Była w takim stanie, że gdyby dać jej pistolet, toby ich zastrzeliła. Myślę, że nie mogła sobie poradzić także dlatego, że zaczęło do niej docierać, iż w tej sprawie również ona ponosi winę. (...)

- Uważam, że obaj bracia mają dwie osobowości: na zewnątrz, dla obcych i znajomych, są w miarę układni, natomiast w domu w ostatnich dwóch latach robili piekło, wykorzystując swój spryt, przebiegłość i inteligencję - zeznała Ewa K. - Są zimni, wyrachowani, drwią i kpią ze wszystkiego. Są oziębli uczuciowo, nie interesują się losem najbliższych. Ta sytuacja spowodowała, że Agata znienawidziła braci. Coraz rzadziej przyjeżdżała do domu. Źle wyglądała, dlatego mówiłam jej, że w wakacje ma zrobić badania lekarskie, zadbać o siebie. (...)

Przypominam sobie, jak Agata powiedziała kiedyś: "Zobaczysz, oni dadzą ci jeszcze w du*ę. Zobaczysz, do czego są zdolni". Jednocześnie rozumiała, że moja rola jako matki nie jest łatwa. Nawet mi współczuła. Ja naprawdę byłam między młotem a kowadłem. Wiem, że w ostatnim czasie Agata bała się braci i niepokoiła się o mnie, bo chłopcy byli agresywni. Bili mnie, przyduszali. Świadkiem tego była moja mama (...).

W ostatnich dwóch latach między Bartkiem, Grześkiem a Agatą dochodziło do narastających napięć, a w konsekwencji do jawnej nienawiści do Agaty. Oni nie kryli się z tym, że chcą ją wyeliminować. Wielokrotnie byłam świadkiem, jak Bartek i Grzesiek oświadczali, że najlepszym wyjściem byłoby "za***ać" Agatę i matkę. Ale najpierw Agatę. Nie dawałam wiary tym pogróżkom, nie wierzyłam, że byliby do tego zdolni, ale kiedy Agata zniknęła, moje obawy zaczęły rosnąć. Wykluczałam jej samobójstwo. (...)

- Gdy dowiedziałem się o zaginięciu Agaty, od razu pomyślałem, że bracia mają z tym coś wspólnego, bo zaczęli się inaczej zachowywać - zeznał lokator kamienicy. - (...) Doszło do tego, że wyjeżdżając wózkiem na korytarz [mężczyzna był niepełnosprawny], zabierałem ze sobą nóż. Nie lubili też mojego kota, bo on ciągle podchodził pod ich drzwi. To ich strasznie denerwowało. Odgrażali się, że go zabiją, jak będzie chodził po klatce. Kot tymczasem wyraźnie coś tam wyczuwał. (...)

Była 3.30 nad ranem, gdy po kolejnej rundce po swoim rewirze pogranicznicy dojrzeli coś, czego wypatrywali. To był matiz zaparkowany nieopodal skrzyżowania przy drodze do Doliny Chochołowskiej. Nie było go tam, gdy przejeżdżali obok godzinę temu. Pojawienie się samochodu o takiej porze było co najmniej podejrzane, zatrzymali się więc nieopodal i poszli sprawdzić, o co chodzi. W matizie nikogo nie było, na zewnątrz były za to ślady prowadzące w głąb lasu. "Kłusownicy", pomyśleli od razu pogranicznicy i ruszyli w las. Chodzili dobre pół godziny, nikogo jednak nie znaleźli.

Gdy wrócili do zatoczki, matiza już nie było. Wyraźne ślady zawracania wskazywały, że ruszył w stronę Witowa, strażnicy więc także pojechali w tym kierunku. Jadąc niespiesznie, rozglądali się po okolicy. Droga była pusta, jak okiem sięgnąć żywego ducha. Chociaż… nie! Jednak coś jedzie. A nawet ich wyprzedza. Czyżby to był… matiz?! (...) Tak zaczęła się ta rozmowa, która dla zatrzymanych potoczyła się źle, bardzo źle.

- Początkowo mężczyźni wypierali się, że byli w rejonie skrzyżowania, potem pytali, dlaczego ich zatrzymaliśmy - zeznał funkcjonariusz straży granicznej. - Zajrzeliśmy do samochodu, były tam opony włożone w żółte worki. Kazaliśmy kierowcy otworzyć bagażnik, ale nie dało się tego zrobić, ponieważ był zamarznięty. Kazaliśmy więc odsunąć tylną kanapę siedzenia, żeby zobaczyć, co w nim jest.

Przy okazji zauważyliśmy, że pasażer, który siedział z przodu, trzymał między nogami torbę. Nakazałem mu otworzyć drzwi. Gdy to zrobił, uderzył mnie odór zgnilizny. Na torbie i reklamówce były ślady krwi, na podłodze leżała siekiera. Kazałem mężczyźnie wysiąść, żeby przeszukać matiza, wtedy on próbował wyrzucić jakieś rzeczy pod samochód i zagrzebać je w śniegu. Okazało się, że był to zakrwawiony nóż z piłą oraz motyka. W worku z kolei znajdowały się resztki przypominające padlinę, mięso, a raczej skórki. (...)

Posłuchaj: