Założycielka hospicjum: Śmierć jest dla mnie wredną koleżanką z pracy
Katarzyna Kałduńska jest pielęgniarką - specjalistką opieki paliatywnej. Założyła Fundację Dom Hospicyjny w Pruszczu Gdańskim. W ramach fundacji działa hospicjum domowe, w którym jest obecnie 65 miejsc. To liczba absolutnie niewystarczająca, bo praktycznie non stop wszystkie miejsca są zajęte. - Spokojna śmierć pacjenta to mój cel. Jeśli uda mi się go osiągnąć, to jestem bardzo szczęśliwa. Potem jest czas na emocje i bywa, że łza spływa po policzku, ale to zupełnie inna historia - mówi pani Kasia.
Wiele lat temu zaczynała jako pielęgniarka na intensywnej terapii. Jak mówi, nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią ani jej oswoić. - Tej śmierci było bardzo dużo dookoła mnie. Pamiętam taki dyżur z interny, gdy doszło do pięciu zgonów, nie mieliśmy gdzie tych ludzi wywozić. I ja wtedy wpadłam w totalną panikę - po co ja wybrałam ten zawód? Przecież to jest bez sensu. Budziłam się w nocy w histerii. To wtedy uświadomiłam sobie, że wszyscy jesteśmy śmiertelni, że ja też umrę. A już bardzo dobitnie uświadomiłam to sobie trzy lata temu, gdy miałam udar mózgu - opowiada założycielka hospicjum w Pruszczu Gdańskim.
Oswoić śmierć
Jak mówi, z roku na rok jest jej coraz łatwiej podchodzić do tematu, który w społeczeństwie wciąż bywa często tematem tabu. - Trochę przekornie wybrałam pracę w hospicjum, by ten temat odchodzenia, umierania, śmierci nie przerażał. Dziś nie mam wątpliwości, że gdy odsłaniamy choć trochę tę 'kotarę lęku', to oswajamy śmierć, nie boimy się o niej rozmawiać, do niej nawiązywać - dodaje gościni TOK FM. Jak podkreśla, dziś nie odsuwa już od siebie własnej śmiertelności. - Bo śmierć jest dla mnie wredną, ale jednak - koleżanką z pracy. Dzięki moim pacjentom, dzięki pracy w hospicjum, nie odsuwam już od siebie własnej śmiertelności. Dzięki temu, nie mam też poczucia wypalenia zawodowego. Dziś rozumiem, że wszyscy tam zmierzamy, bo wszyscy jesteśmy śmiertelni - dodaje pani Kasia.
Ludzie, których pamiętam
Katarzyna Kałduńska na przestrzeni lat towarzyszyła wielu osobom w odchodzeniu. I młodszym, i starszym, bo - jak mówi - wcześniej pracowała też w hospicjum dla dzieci. Nie ukrywa, że pacjentów się pamięta. Np. dziewczynkę, która uwielbiała kolor różowy. - Jej mama - jeszcze, gdy dziecko żyło - pojechała do zakładu pogrzebowego, by zamówić różowy krzyż i różową trumnę. Musieli specjalnie pomalować, bo nie mieli takich na stanie. Pamiętam też mamę, która powiedziała "Pani Kasiu, proszę absolutnie nie rozmawiać z moim dzieckiem o śmierci". Drzwi pokoju się zamknęły, a od córki tej pani słyszę: "Proszę nie mówić mojej mamie, że ja umieram". Czasami jest tak, że dajemy radę spowodować, by takie dwie bliskie sobie osoby jednak porozmawiały i usłyszały siebie nawzajem. Ale może być i tak, że się nie usłyszą. I to też trzeba przyjąć w tej pracy - opowiada nasza rozmówczyni.
Pani Katarzyna pamięta też pewną 45-letnią nauczycielkę, z którą była przed jej odejściem. - To była cudowna pani Alicja. I jej mąż umówił się z nią, że jej ciało zostanie spalone po to tylko, żeby on mógł ostatni raz zanieść ją na rękach. Ona uznała, że jest to dla niej coś ważnego. Tak romantycznie wtedy o tym mówili. I on wtedy niósł ją na rękach, i ja wiedziałam, co miał na myśli - opowiada.
Nie chcę być na baterie
Jednym z podopiecznych naszej rozmówczyni był też Kuba. - Kuba miał dystrofię mięśniową Duchenne'a. Nie chciał być na respiratoterapii. Mówił, że nie chce być "na baterie". Tak wybrał. Razem z Kubą smakowaliśmy życie. Jak skończył 18 lat, powiedział: "Nigdy nie byłem na dyskotece. Kasiu, pójdziesz ze mną? W ramach wizyty pielęgniarskiej". I poszliśmy. A on wtedy: "Kaśka, pijemy szoty". I dopiero wtedy sobie uświadomiłam, na co ja się zgodziłam. Ale nie żałuję. Kuba zmarł, minęły od tego dnia już dwa lata - wspomina pani Katarzyna.
'Koncentruję się na towarzyszeniu'
To, że oswoiła temat odchodzenia, nie znaczy, że nie przeżywa śmierci tych, których w ostatnich dniach czy miesiącach życia wspierała. - Wychodzę z założenia, że my w hospicjum nie jesteśmy specjalistami od śmierci, ale od komfortu życia. Koncentruję się więc na towarzyszeniu, dobrej komunikacji, na tym, by taka osoba nie cierpiała, by miała spokój - opowiada. Jak podkreśla, to nie jest tak, jak wielu z nas sobie wyobraża, że osoby w hospicjum mają kalendarz, w którym zaznaczają, ile dni im jeszcze pozostało do odejścia. - Nie, tak absolutnie nie jest. W hospicjum toczy się życie tu i teraz. Nas pacjenci obchodzą swoje święta, mają czas na rozmowy z bliskimi. Są w swoich domach. Podpisują dokument, w którym jest mowa m.in. o tym, że my nie prowadzimy reanimacji, bo uznajemy ją za terapię daremną. I bywają tacy chorzy, którzy wychodzą z założenia, że muszą walczyć do ostatniej chwili życia i dlatego - jeśli ich stan zdrowia się pogarsza - mają prawo wezwać karetkę i jadą na SOR. I tam umierają. To ich wybór, który musimy uszanować - dodaje nasza gościni.
Założycielka Domu Hospicyjnego w Pruszczu Gdańskim podkreśla, że pracę mentalną, związaną z podejściem do tematyki odchodzenia, powinien na właściwym dla siebie etapie życia wykonać każdy z nas. - Chodzi o to odsłonięcie 'kotary lęku'. Ale nie każdy jest w stanie to zrobić, i to też trzeba zrozumieć. Pamiętam, jak pracowałam na Oddziale Badań Klinicznych Wczesnych Faz i trafiła do nas osiemdziesięciokilkuletnia pacjentka. I ona 'dostała' na tych wczesnych fazach dwa lata życia, bo okazało się, że dobrze zareagowała na eksperymentalny lek. Ale w pewnym momencie lek przestał działać. I ona tak strasznie krzyczała, dlaczego to ją spotyka, dlaczego musi umierać? I pomyślałam wtedy, że ta pani ani jednej chwili swojego życia nie poświęciła na oswojenie śmierci. Nie pozwoliła sobie zrozumieć, że życie zmierza do swojego kresu. I ja to też obserwuję teraz, na co dzień, u swoich pacjentów. Że są tacy, którzy potrafią np. napisać mowę pogrzebową na własny pogrzeb, ale są i tacy, którzy bardzo się boją - ten lęk widać w ich oczach. I tak też może być, ja to rozumiem - dodaje gościni Radia TOK FM.
Profesjonalne wsparcie
Hospicjum w Pruszczu Gdańskim powstało cztery lata temu. Jak czytamy na stronie fundacji, 'naszym priorytetem jest profesjonalne wsparcie medyczne i emocjonalne. Pomagamy pacjentom przeżyć czas, który im pozostał, godnie i wartościowo. Zapewniamy wsparcie profesjonalnych pielęgniarek i lekarzy nastawionych na niwelowanie bólu, zapobieganie powikłaniom i łagodzenie pozostałych objawów somatycznych towarzyszących postępowi choroby'.
Prezeską fundacji i Domu Hospicyjnego jest właśnie pani Katarzyna, która działa także na TikToku, na którym również oswaja temat odchodzenia.