Freeganizm inflacyjny. Nie stać cię na paprykę? Zajrzyj do śmietnika. "Jedzenie znika od razu"
W marcu ceny w sklepach były wyższe średnio o 23,7% niż rok wcześniej - wynika z raportu pt. 'Indeks cen w sklepach detalicznych', autorstwa UCE Research i Uczelni WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Podsumowanie powstało w wyniku analizy przeszło 88 tys. cen detalicznych z ponad 37 tys. placówek handlowych.
Polacy za tę samą kwotę mogą kupić coraz mniej produktów spożywczych. Powodów takiej sytuacji jest kilka. Inwazja Rosji na Ukrainę spowodowała zahamowanie dostaw zbóż i energii, pogłębiając globalny kryzys żywnościowy, który był już mocno odczuwalny w wyniku ograniczeń, związanych z pandemią Covid-19 i. To, jak z drożyzną radzi sobie polski rząd, to już osobna kwestia.
Na wyżej podane przyczyny nakładają się skutki kryzysu klimatycznego - każdy kolejny rok przynosi anomalie pogody. Szczególnie ciepłe i suche zimy utrudniają wyprodukowanie warzyw z gruntu. Rezultat? To właśnie warzywa znalazły się na drugim miejscu w zestawieniu najdroższych produktów UCE Research i Uczelni WSB Merito. Według raportu podrożały one o 39,6 proc. w porównaniu z zeszłym rokiem. Rekordowe podwyżki rok do roku zanotowały cebula (o 68 proc.), marchew (60,4 proc.), papryka (59,1 proc.) oraz pomidory (43,8 proc.). Zresztą, te ostatnie w Wielkiej Brytanii zostały objęte reglamentacją - podczas jednej wizyty w sklepie klient może kupić nie więcej, niż trzy sztuki.
W Polsce też może zabraknąć warzyw? Ekspert uspokaja, ale ma tylko 'hiobowe wieści'
Jak z coraz wyższymi cenami żywności radzą sobie Polacy? Część, chcąc zaoszczędzić, przerzuca się na tańsze warzywa i owoce. Część natomiast - jak robią to freeganie (zbitka angielskich słów "free" - "darmowy" i "veganism" - "weganizm" ), oszczędza, znajdując żywność, nawet tę droższą, w przysklepowych śmietnikach.
6 kwietnia, tuż przed Wielkanocą. Przyglądamy się zawartości kontenerów na śmieci, stojących tuż obok jednego z warszawskich sklepów sieci Biedronka. Mieliśmy szczęście - zdążyliśmy przed konkurencją i trafiliśmy na spore łupy. Po wykrojeniu i wyrzuceniu nadpsutych części, na stole wylądowały: jedno awokado (ok. 140 g), cena w sklepie - 4,79 zł. Truskawki - cztery opakowania po 500 gram - razem 23,96 zł, dwa bakłażany (ok. 480 g) - ok. 4,30 zł. zł, 19 bananów (niecałe 2,3 kg) - ok. 16 zł, kapusta pekińska, jedna sztuka - 4,89 zł, ogórek 165 g - 1,90 zł , jedno opakowanie ciemnych winogron bezpestkowych 500 g- cena 9,49 zł. Na koniec najcenniejsza zdobycz: papryki - ok. 3 kg, czyli 47,97 zł.
Choć zapach wokół przysklepowych kontenerów nie należał do najprzyjemniejszych, trud się opłacił. Kwota, jaką (w pierwszej połowie kwietnia) musielibyśmy zapłacić w sklepie za zawartość tego całego "freegańskiego koszyka" to 109,20 zł.
"Jak łowczy za zwierzyną"
Kornel swoją przygodę z freeganizmem rozpoczął tuż przed pandemią. Darmowych warzyw i owoców szuka m.in. na bazarku w Pruszkowie, gdzie mieszka. Tylko podczas pojedynczego skipa (w slangu freegan - wyprawy na śmietnik) w tym jednym miejscu jest w stanie zapełnić całą dużą torbę. Na przesłanych zdjęciach widać cebule, buraki, kalafiora, ale też dużo egzotycznych owoców - awokado, kaki, mango. - Tego naprawdę jest dużo w każdej okolicy, tylko czasami trzeba zrobić rozeznanie terenu, trochę jak łowczy za zwierzyną - twierdzi Kornel.
Miesięcznie na jedzenie wydaje ok. 300-400 zł. - Gdybym nie skipował, na pewno nie jadałbym tak jak jem - podkreśla rozmówca tokfm.pl
To, że na żywność ze śmietnika jest coraz więcej chętnych, zauważył około jesieni zeszłego roku. - Jeszcze jakiś czas temu z jednego warzywniaka mało kto chciał brać i jedzenie potrafiło stać przez weekend. Teraz znika praktycznie od razu - mówi Kornel dla tok fm.pl.
Kornel korzysta też z pruszkowskiej jadłodzielni - punktu służącego do nieodpłatnej wymiany żywności . Ludzie, których tam spotyka, często wprost przyznają się do kiepskiej sytuacji finansowej.- Ostatnio spotkałem kobietę, która chciała zabrać słodycze dla dzieci - jakaś kawiarnia zostawiła polewy do lodów, posypki, pianki. Mówiła, że jest tutaj pierwszy raz, że teraz tak drogo. Widzę tam ludzi, którzy nie interesują się freeganizmem, a bardziej tym, że trzeba coś do garnka włożyć - powiedział Kornel, dla którego branie żywności ze śmietnika również, swego czasu, było sposobem na przetrwanie. - Na początku zeszłego roku moja płynność finansowa była mocno zachwiana, czynnik ekonomiczny był na pierwszym miejscu i wtedy chodziłem na skipy częściej - przyznaje.
Kornel zmianę w podejściu ludzi do wyrzucania żywności widzi też w pracy - na stacji paliw, należącej do czołowego polskiego koncernu. - Jakiś czas temu te wszystkie kotlety lądowały w koszu, bo teoretycznie taka kanapka może leżeć do 12 godzin. A teraz zabiera je jeden z pracowników - dla psów. Pracownicy pytają też, czy ktoś nie chce czegoś wziąć, zanim się wyrzuci. Widzę po ludziach, że nawet ta przysłowiowa cebula dzisiaj zaczyna mieć większą wartość - stwierdza.
Wyrzucanie żywności przez sklepy - co mówi prawo?
W lipcu 2019 r. w życie weszła ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności, wprowadzająca w sklepach zakaz przekazywania produktów, które są już przeterminowane. Od marca 2020 roku obowiązuje inny przepis, według którego wielkopowierzchniowe sklepy spożywcze muszą oddawać niesprzedaną żywność specjalnym organizacjom, zamiast ją wyrzucać (na chwilę obecną regulacja dotyczy placówek spożywczych powyżej 400 mkw).
Jednak, w świetle wykonanego dwa lata później badania Programu Racjonalizacji i Ograniczenia Marnotrawstwa Żywności z 2021 r. według którego w Polsce co roku wyrzuca się 4,8 mln ton żywności, w kwestii rozwiązania tego problemu nadal jest sporo przed nami.
O politykę przeciwdziałania marnowaniu żywności zapytaliśmy biuro prasowe sieci Biedronka, przy której sklepie wcześniej znaleźliśmy żywność wartą ponad 100 zł. W odpowiedzi, której autorką jest dyrektorka ochrony środowiska Agnieszka Koc, przeczytaliśmy:
"Jeśli chodzi o żywność, która jest po oznaczonym terminie przydatności, to polskie prawo zabrania przekazywać jej do spożycia. W każdym naszym sklepie, na zapleczu znajdują się specjalne pojemniki, z których ta żywność odbierana jest przez wyspecjalizowane instytucje w celu ponownego przetworzenia np. do postaci karmy dla zwierząt, bądź do biogazowni. Taka żywność nie powinna być spożywana przez człowieka ze względów bezpieczeństwa i dlatego osoby trzecie nie mogą mieć do niej dostępu. (...) Co więcej, w placówkach Biedronki można znaleźć świeże zupy przygotowywane w naszej fabryce zup, gdzie do produkcji tych posiłków bez konserwantów używamy warzyw, które ze względu na nieregularny kształt lub wielkość nie nadają się do regularnej sprzedaży. Oprócz tego pilotażowo prowadzimy projekt przecen produktów z bliskim terminem przydatności, aby zachęcić klientów w ten sposób do zainteresowania nimi"
. Sieć, udzielając odpowiedzi, całkowicie zignorowała nasze pytania o ilość jedzenia wyrzucanego do kontenerów oraz zainteresowanie freegan ich zawartością.
"Pracownik sklepu ma duże pole do interpretacji"
Marcin pracuje w administracji jednego z miesięczników kulturalnych w Warszawie. Nie zarabia kokosów, ale też nie na tyle mało, by żałować na jedzenie. Mimo to codziennie odwiedza sklepowe kontenery. - Zaczęło się od potrzeby ratowania jedzenia, bo irytuje mnie, że aż tyle jest wyrzucane. Ale gdy jeden czy drugi raz przyniosło się tego dużo, okazało się to jakimś sposobem na zdobywanie pożywienia - mówi 36-latek.
Przy śmietniku Marcin spotyka zarówno przedstawicieli tzw. klasy średniej, którzy podjeżdżają pod kontenery na swoich sportowych rowerach, jak i zaniedbanych staruszków. - Widzę osoby, po których widać, że zwyczajnie nie stać ich na to, żeby dużo kupić w sklepie, więc krążą po Ursynowie i szukają po śmietnikach. Z jednej strony jest to smutne, a z drugiej - zrozumiałe. Przy okazji mamy w Polsce mit radzenia sobie i chęć samowystarczalności, podejścia: "Sam sobie wykombinuję, żeby to jedzenie mieć" - uważa mężczyzna.
Choć kontenery wielu sklepów nie są w żaden sposób zamykane i stoją przed skipującymi otworem, Marcin na jednym z nich zobaczył kartkę "Jedzenie niezdatne do spożycia". - To takie alibi. Według przepisów jedzenie może być niezdatne do spożycia, gdy ma ustaloną datę ważności, a owoce i warzywa takiej daty nie mają. I tu pracownik sklepu ma bardzo duże pole do interpretacji. Gdy widzę np. 30 bananów które są tylko lekko nadgniecione, to widać że to zostało zinterpretowane tak, że one po prostu już się nie sprzedadzą, a nie że są niezdatne do spożycia - tłumaczy.
Czy problem wyrzucania żywności da się całkowicie wyeliminować? Zdaniem Marcina, gdyby została podjęta taka próba, odpowiedzialność musiałaby przejść na stronę państwa, na którym spocząłby obowiązek rozdysponowania niesprzedanych produktów. - Ale wtedy i tak wybuchłaby jakaś afera, że jedzenie się marnuje, bo wiadomo, że jego część zmarnuje się tak czy owak, nawet gdyby poszło gdzieś indziej. Krytyka przeszłaby na stronę państwa, w konkretnie zajmującej się tym organizacji rządowej. A dla tych, którzy wprowadzają przepisy, lepiej jest, że taka krytyka jest kierowana do korporacji, która zarządza większym sklepem. Żyjemy w takim dość dziwnym "łańcuchu pokarmowym", który jakoś funkcjonuje. Czy da się to zrobić lepiej? Ja przynajmniej nie widzę lepszego rozwiązania - stwierdził mężczyzna.
Posłuchaj podcastu: