Jak uratować zimowe igrzyska przy globalnym ociepleniu? Są dwa pomysły
Włochom się ślizgnęło. Dosłownie i w przenośni. Zimowe Igrzyska Olimpijskie po raz pierwszy od ponad 20 lat rozgrywane w Europie są naprawdę zimowe. I jest to zdarzenie z kategorii cudownych, bo z klimatycznego punktu widzenia nie było to wcale pewne. I dlatego w świecie sportu i wielkich pieniędzy (nomen omen) rozgorzała wielka dyskusja wokół śniegu i mrozu. Co zrobić ze sportami zimowymi, gdy nie można być pewnym... zimy.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego do ostatniej chwili Włosi czekali na igrzyska z duszą na ramieniu?
- Jak wyglądają teraz zimy w Alpach?
- Jakie są pomysły na kolejne zimowe igrzyska?
Zaczniemy od braku zimy, który organizatorom igrzysk olimpijskich we Włoszech jeżył włos na głowie niemal do ostatniej chwili. Gdy śnieg w styczniu pokrył włoskie Alpy, Włochom kamień spadł z serca - w Boże Narodzenie było tam tak ciepło, że sprawna organizacja zawodów stała pod wielkim znakiem zapytania. Zwłaszcza, że niegotowa była instalacja do pompowania wody w góry, by można było alpejskie trasy naśnieżać. Przy okazji podniósł się spór o sensowność zużywania do tego gigantycznej ilości prądu. Ale w obliczu wyższej konieczności - slalomu narciarskiego nie da się odbyć na trawie - zbiorniki i rurociągi do niemal ostatniej chwili budowano. Bo niezależnie od igrzysk - ze stuprocentową pewnością - przydadzą się na przyszłość.
W poszukiwaniu śniegu
Tereny alpejskie nagrzewają się szybciej niż reszta planety. Zimy są tam coraz krótsze i coraz mniej śnieżne. Gdy siedemdziesiąt lat temu, w 1956 roku, Cortina gościła poprzednio Igrzyska, zima była wyjątkowo mroźna. Średnia temperatura w lutym wynosiła wtedy mniej więcej minus 14 stopni. Dziesięć lat potem było to już tylko minus 7. Obecnie lutowa średnia temperatura w Cortinie to tylko 3 stopnie mrozu. I teraz dla przypomnienia: pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie odbyły się w 1924 roku. W tamtym czasie prawie wszystkie zawody odbywały się na świeżym powietrzu. W latach 80. ubiegłego wieku dyscypliny takie jak hokej na lodzie, łyżwiarstwo figurowe, łyżwiarstwo szybkie i curling przeniesiono do hal, na chłodzone lodowiska, bo naturalny lód coraz trudniej było utrzymać w nienagannej, olimpijskiej kondycji.
Organizatorzy konkurencji zimowych ścigają zimę regularnie co roku. Sportowcy prowadzą koczownicze życie szukając dobrych warunków do treningu od jesieni po późną wiosnę. Wszystkim systematycznie domyka się "okno pogodowe", gdy warunki pozwalają szlifować formę. W narciarstwie alpejskim i snowboardzie obozy treningowe przenoszone są coraz wyżej, bo na mniejszych wysokościach nie ma po czym jeździć. Amerykanom, potentatom w tych dyscyplinach, przeciętny sezon narciarski skrócił się nawet o tydzień w porównaniu z drugą połową ubiegłego wieku, a alpejskie zawody Pucharu Świata są coraz częściej odwoływane. Ostatnio zostały przerwane w Crans Montana i odwołane Zauchensee.
W bobslejach stale rozgrywanych na świeżym powietrzu, bój toczy się o ułamki sekundy. Przy coraz bardziej niestabilnej pogodzie tory trzeba sztucznie chłodzić, co nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem, bo spowalnia bolidy i grozi wypadkami. W tej sytuacji najłatwiej planować te dyscypliny zimowe, które rozgrywa się pod dachem. Pozostałe organizacyjnie mają - nomen omen - pod górę. Międzynarodowy Komitet Olimpijski ma na to pomysł. A właściwie dwa.
Jak ograniczyć klimatyczne ryzyko
Po pierwsze: co by było, gdyby w ramach igrzysk zimowych rozgrywać dyscypliny nie zimowe, by odchudzić coraz bardziej rozbudowany program Igrzysk Letnich? Reakcja federacji sportowych jest umiarkowanie entuzjastyczna. W listopadzie wszystkie siedem olimpijskich federacji zimowych oświadczyło, że takie pomysły to podważanie dziedzictwa, które czyni zimowe igrzyska wyjątkowymi - świętem sportów uprawianych na śniegu i lodzie, z odrębną kulturą, zawodnikami i arenami. To podejście pomysłu nie zabiło. Wciąż pracuje nad nim specjalny zespół roboczy MKOl-u. I nie wyklucza dodania dyscyplin nieolimpijskich, jak halowa piłka nożna, squash czy kolarstwo górskie, które można też uprawiać zimą i na które stawia wiele alpejskich kurortów już tylko z nazwy zimowych.
Po drugie: co by było, gdyby zimowe igrzyska organizować rotacyjnie tylko w kilku miejscach na świecie, takich, w których wciąż można liczyć na prawdziwą zimę? Z naukowych prognoz wynika, że spośród prawie stu miejscowości, które mają infrastrukturę do organizacji zimowych igrzysk, za 20 lat prawie połowa nie będzie pewna śniegu w zimie. Dlatego miast-gospodarzy można by wybrać na przykład dziesięć. I w ten sposób ograniczyć klimatyczne ryzyko. W Europie na taką stałą olimpijską listę mogłyby się załapać Lillehamer czy Cortina, w Ameryce Vancouver i Salt Lake City, w Azji - Nagano. W przeciwnym razie igrzyska zimowe czeka los imprezy w rosyjskim Soczi nad Morzem Czarnym, najkosztowniejszych w historii sportu. Nowa infrastruktura, masowa produkcja śniegu, który trzeba było magazynować miesiącami i transportować ciężarówkami w góry, kosztowały 10 lat temu 10 razy więcej, niż organizacja tegorocznych igrzysk we włoskich Alpach.
Żaden z tych scenariuszy nie rozwiązuje podstawowych problemów: braku sportowców i braku pieniędzy. Im mniej śniegu, tym droższe uprawianie dyscyplin zimowych. Im mniejsza popularność, tym mniej talentów i gwiazd. Mniejsza popularność, mniej widzów, mniej sponsorów, na koniec mniej pieniędzy na uprawianie zimowych sportów bez zimy. A nawet na igrzyska.
źródło: TOK FM