Nie będzie referendum w Warszawie. Dlaczego akcja zakończyła się fiaskiem? "Nawet na prawicy był niesmak"
- Mam wrażenie, że nawet na prawicy był niesmak w związku z odwoływaniem się do tych kwestii zdrowotnych, bo ludzie zbierający podpisy mieli kamizelki jak ratownicy - stąd ta nazwa SOR. I mimo całej afery w Szpitalu Południowym, która wzburzyła wszystkich, to jednak był krok za daleko, żeby wykorzystywać służbę zdrowia do politycznego celu - mówił w TOK FM Michał Szułdrzyński z "Rzeczpospolitej".
Z tego artykułu dowiesz się:
- Warszawa nie zagłosuje w sprawie odwołania prezydenta Rafała Trzaskowskiego;
- Dlaczego inicjatywa referendalna zakończyła się klęską?
Referendum w sprawie odwołania władz Warszawy nie odbędzie się. Organizatorom (Stołecznej Operacji Referendalnej, w skrócie: SOR) nie udało się zebrać wymaganych prawem 132 tysięcy podpisów pod wnioskiem o odwołanie prezydenta i Rady Warszawy. Jak informują inicjatorzy referendum, udało się zebrać 111 tysięcy podpisów.
Dlaczego akcja zakończyła się fiaskiem? - Na ostatniej prostej próbowano zmobilizować elektorat bardzo twardo-prawicowo-samochodowo antymiejski. Na mnie duże wrażenie zrobiła odezwa Rafała Ziemkiewicza, który na dwa dni przed końcem zbierania podpisów zaapelował żeby się zmobilizować, bo tylko w ten sposób można przegłosować tych warszawskich aborygenów, ten lud pierwotny Warszawy, który nie odróżnia przyczyn od skutków. Że w ten sposób nie udało się przekonać Warszawiaków to wielkie zaskoczenie - ironizował w “TOK360” Michał Wojtczuk z "Gazety Wyborczej".
Fiasko referendum w Warszawie. "Nawet na prawicy był niesmak"
Winą za porażkę Maciej Wilk organizator stołecznej operacji referendalnej, obarczył m.in. Prawo i Sprawiedliwość, które niezbyt zaangażowało się w akcję.
- Dlaczego Prawo i Sprawiedliwość miało by dowieźć kilkadziesiąt tysięcy podpisów i robić sukces Maciejowi Wilkowi? Coś tu nie zagrało na samym początku, nie dogadano warunków brzegowych tej współpracy - ocenił Wojtczuk.
Jak dodał rozmówca Adama Ozgi, 13 lat temu, kiedy Piotr Guział próbował odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz i doszło do referendum to Guział był takim “demonem newsów”. - Codziennie był przed bramą siedziby prezydenta Warszawy i narzucał nowy temat. A tutaj takiej energii nie było. Ona się gdzieś rozpełzła po jakichś internetach. Trochę może przeceniono internet, a nie doceniono realu - wskazał dziennikarz.
Ponadto, w jego ocenie bardzo trudno byłoby takie referendum wygrać. - Do tego potrzebna byłaby frekwencja na poziomie 450 tys. ludzi, którzy poszliby do urn. To jest frekwencja o 10 punktów procentowych wyższa niż ta w Krakowie i do takiej frekwencji nie wystarczyłoby wyborców Konfederacji, PiS-u i Korony Brauna. Więc jeśli robić referendum tylko po to, żeby je przegrać i żeby po długiej kampanii zostawić Rafała Trzaskowskiego w fotelu prezydenta, to może lepiej w to referendum nie wchodzić. I może taka byłaby rachuba PiS-u - analizował Wojtczuk.
Właśnie takie głosy słyszała z obozu PiS-u Dominika Wielowieyska. Jak relacjonowała w “Wywiadzie Politycznym”, politycy tej partii od dawna mówili, że ta inicjatywa skazana jest na klęskę, w związku z czym nie chcą przykładać ręki do czegoś, co uznają za wizerunkową klapę.
- Mam wrażenie, że nawet na prawicy był niesmak w związku z odwoływaniem się do tych kwestii zdrowotnych, bo ludzie zbierający podpisy mieli kamizelki jak ratownicy - stąd ta nazwa SOR. I mimo całej afery w Szpitalu Południowym, która wzburzyła wszystkich, to jednak był krok za daleko, żeby wykorzystywać służbę zdrowia do politycznego celu, jakim było odwołanie Rafała Trzaskowskiego. Wydaje mi się, że to sprawiło, że ludzie tego nie kupili - dodał Michał Szułdrzyński z “Rzeczpospolitej”.
Źródło: TOK FM