Czy Laura musiała umrzeć? Rodzice oskarżają szpital [MP3]
Laura urodziła się jako wcześniak w klinice Akademii Medycznej przy ul. Dyrekcyjnej we Wrocławiu. Przeżyła zaledwie kilka dni. Rodzice za śmierć dziecka winią szpital.
- O tym, że nasze dziecko ma sepsę, dowiedzieliśmy się dopiero z aktu zgonu - mówi 29-letnia Paula, mama nieżyjącej Laury. Twierdzi, że lekarze ukrywali ten fakt - Mówili nam, że to zapalenie płuc.
Do szóstej doby po urodzeniu dziewczynki wszystko było dobrze: Laura ważyła 2200 g., jadła po 40 mililitrów mleka matki. Nagle jej stan zdrowia zaczął się gwałtownie pogarszać, spadła saturacja, Laura dostała drgawek. W ósmej dobie po narodzinach Laura została podłączona do respiratora. Po kolei przestawały pracować narządy.
- O świcie dostałam telefon, że córka trzykrotnie była w nocy reanimowana i kolejnej próby nikt nie podejmie - wspomina matka. - Gdy weszłam na oddział, moja córka została odłączona od respiratora i położona mi na rękach. Po dwudziestu minutach zmarła. Wydała w moich ramionach ostatnie tchnienie.
Szef kliniki: Nie znam tej sprawy
Po kilku dniach rodzice Laury odebrali dokumentację medyczną. To z niej wyczytali co było przyczyną śmierci ich córki. Zgłosili się do prokuratury.
- Rodzice twierdzą, że dziecko zostało w szpitalu zakażone bakterią, że na oddziale nie są zachowane podstawowe zasady higieny, że zarówno lekarze jak i pielęgniarki nie myją rąk, że jednorazowe fartuchy służą do wielokrotnego użytku - wylicza Małgorzata Klaus z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu i potwierdza, że prowadzone jest śledztwo w sprawie bezpośredniego narażenia na utratę życia dziecka.
Kliniką przy ul. Dyrekcyjnej kieruje profesor Mariusz Zimmer, który jednocześnie jest wojewódzkim konsultantem w dziedzinie ginekologii i położnictwa. - Nie znam tej sprawy - ucina rozmowę.
Małgorzata Czyżewska, szefowa kliniki neonatologii, w której zmarła Laura, zasłania się tajemnicą lekarską: - W tej sprawie toczy się postępowanie w prokuraturze i tylko na potrzeby tej sprawy zostaliśmy zwolnieni z tajemnicy lekarskiej.
Czyżewska przyznaje jednak, że u noworodków zakażenia są dość częstym zjawiskiem, bo układ odpornościowy jest jeszcze niedoskonały i niewykształcony. U wcześniaków to ryzyko jest jeszcze większe.
- Zakażenia mogą być wrodzone - takie, które rozpoczęły się jeszcze w czasie ciąży lub porodu, oraz nabyte już po urodzeniu. Te nabyte po urodzeniu biorą się ze środowiska szpitalnego. Bywa też, że zakażenie pochodzi od samego noworodka. Zwłaszcza u wcześniaków ich własne bakterie mogą doprowadzić do zakażenia - mówi.
Dziecko nie żyje, bo ktoś popełnił błąd
Rodzice nie mają wątpliwości. - To, że nasze dziecko nie żyje, to wina szpitala - płacze Paula S. - Nasze dziecko nie miało szans, bo ktoś popełnił błąd. Nie zmienił rękawiczek, może wcześniej robił w nich coś zupełnie innego.
- Na wieszaku wisiały cztery fartuchy. Wymieniali się nimi wszyscy rodzice. Kiedyś zadałam pielęgniarce, pytanie dlaczego nie dezynfekuje rąk. Usłyszałam, że gdyby je dezynfekowała za każdym razem, to cały czas musiałaby chodzić w rękawiczkach, bo miałaby już tak zniszczone ręce - mówi Paula.
Lekarze tłumaczą, że środowisko szpitalne, jak każde inne, nie jest wolne od drobnoustrojów i bakterii. Więc mogą się też dostać do organizmu noworodka. - W naszej klinice jest dużo wcześniaków, dlatego tych zakażeń może być nieco więcej - tłumaczy Małgorzata Czyżewska.
Budynki winne i personel
Krajowy konsultant w dziedzinie ginekologii i położnictwa prof. Stanisław Radowicki twierdzi, że zakażenia, to wina starych budynków i braku higieny personelu. - Jeśli chodzi o budynki, to nie odrobimy zaległości w ciągu dwóch, trzech lat. Ale o czystość na oddziałach muszą zadbać ordynatorzy i dyrektorzy szpitali. Myć ręce przed każdym dotknięciem i po każdym dotknięciu pacjenta. Myć i sprzątać oddział nie raz na dzień, ale co dwie godziny. Kto mi pokaże szpital, w którym sprząta się co dwie godziny? - pyta.
Matka zmarłej dziewczynki nie chce odszkodowania od szpitala. -Niech te pieniądze przeznaczą na środki czystości. Może uda mi się uchronić przed tragedią kolejną rodzinę, może uda mi się ocalić życie jakiegoś dziecka.
Największa umieralność na Dolnym Śląsku
W Polsce na tysiąc urodzeń - siedmioro dzieci umiera. Największa umieralność noworodków jest na Dolnym Śląsku. W 2009 r. urodziło się 160 martwych dzieci (do tego zalicza się martwe urodzenia i zgony do 6 doby po urodzeniu).
Jedną z częstszych przyczyn są zakażenia wewnątrzszpitalne. - Są na drugim lub trzecim miejscu. Inne, to wady wrodzone i niedotlenienia okołoporodowe - wylicza szefowa kliniki neonatologii.
Prof. Radowicki oczekuje poprawy od dolnośląskich szpitali. - Trzeba ulepszyć opiekę nad ciężarną, opiekę nad rodzącą i współpracę między lekarzami - wylicza. - Skoro jest tak dużo uwag i zastrzeżeń, to ocena Dolnego Śląska jest taka, jaką można wyczytać z tabeli. Ostatnie miejsce w kraju.
Mama Laury na razie nie może myśleć o kolejnych dzieciach. - Czuję żal, smutek, ból, zazdrość. Złość na lekarzy, że tak się stało, ogromny ból, że to ona umarła, a nie ja. Ja już w swoim życiu zrobiłam wiele rzeczy, ona nie miała szans. Teraz budzę się w nocy i słyszę płacz dziecka. Co dwie, dwie i pół godziny. Jak na karmienie. Chyba się nie pogodziłam z tym, że Laura umarła.
Posłuchaj reportażu Małgorzaty Waszkiewicz