,
Obserwuj
Podkarpackie

Niebezpieczne zjawisko w Bieszczadach. "Do ludzi to nie dociera"

3 min. czytania
07.01.2026 15:45

Bieszczadzki Park Narodowy apeluje, by nie zjeżdżać szlakami na sankach czy jabłuszkach. Jest to zakazane, ale przede wszystkim niebezpieczne dla zjeżdżających oraz innych turystów. 

Bieszczadzki Park Narodowy przestrzega, że zjeżdżanie na szlakach jest niebezpieczne
Bieszczadzki Park Narodowy przestrzega, że zjeżdżanie na szlakach jest niebezpieczne
fot. WOJCIECH ZATWARNICKI/REPORTER
  • Bieszczadzki Park Narodowy ostrzega przed jazdą na sankach i jabłuszkach szlakami;
  • Rynny, które powstają po zjazdach jabłuszek, stwarzają zagrożenie dla innych turystów;
  • Zjeżdżanie na sankach i jabłuszkach jest też niebezpieczne dla samych zjeżdżających.

Pracownicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego zwracają uwagę na niebezpieczne zjawisko. Chodzi o turystów, którzy zjeżdżają na szlakach, na różnych urządzeniach: nartach, deskach snowboardowych, sankach oraz tzw. jabłuszkach. - Problem nie jest nowy. Borykamy się z tym od kilku lat - mówi nam dr Przemysław Wasiak, zastępca dyrektora Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Ostatnio widać to bardziej, bo i turystów w okresie świąteczno-noworocznym w tym regionie nie brakowało. 

Rynny po jabłuszkach w Bieszczadach bardzo niebezpieczne dla turystów

Wasiak mówi wprost: zjazd na jabłuszkach po szlaku to bezpośrednie zagrożenie dla turystów, którzy akurat w tym czasie idą w górę. Ale nie tylko. Po zjeździe zostają bowiem wyślizgane "rynny" (ślady). - One w nocy zamarzają i na drugi dzień jest bardzo trudno iść. Sam się w takiej rynnie przewróciłem i wiem, że to jest bardzo niebezpieczne. A zanim taka rynna w ciągu dnia odtaje, to do południa turyści po prostu się ślizgają - opisuje zastępca dyrektora. 

Zjawisko lodowych rynien wyślizganych przez turystów jest najbardziej widoczne tam, gdzie jest największy ruch turystyczny. To wejście na Tarnicę, ale przede wszystkim wyjście na Chatkę Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. - Droga na Chatkę jest stosunkowo łatwa, utrzymywana zresztą przez nasz ratrak w takim stanie, żeby była łatwo dostępna. I właśnie tam wiele osób idzie z jabłuszkami - rozkłada ręce nasz rozmówca. - Od paru lat to się stało pewnym sposobem na zaoszczędzenie sił przy zejściu. Nie chodzi o samą frajdę zjechania na jabłuszku, ale o to, żeby było łatwiej - dodaje. Jak podkreśla, większość takich "jabłuszkowych" turystów to nie dzieci - te są raczej w mniejszości. 

Dzieci na jabłuszkach w górach w coraz dziwniejszych miejscach

Ostatnio mediach społecznościowych pojawiła się informacja o opiekunie, który miał pozwolić dzieciom na zjazd na jabłuszkach z Koziego Wierchu w Tatrach. Mogło się to zakończyć tragedią, na szczęście zainterweniował świadek. W Bieszczadach tak stromych stoków nie ma, ale zjazd też może być niebezpieczny dla zjeżdżającego. - Możemy natrafić na skałę albo uderzyć w drzewo - podkreśla Wasiak. I przyznaje, że widząc, gdy ktoś zjeżdża, zawsze stara się zwracać uwagę turystom. 

W Bieszczadach - poza parkiem i szlakami - można znaleźć miejsca, gdzie dzieci mogą swobodnie pozjeżdżać na sankach czy jabłuszkach i nacieszyć się śniegiem.

Sanki i jabłuszka niszczą trasy specjalnie przygotowane dla narciarzy biegowych

Nieco inny problem z jabłuszkami, sankami, ale też spacerowiczami mają twórcy biegowych tras narciarskich w Bieszczadach. W weekend 9-11 stycznia - na trasach pod Żukowem w gminie Ustrzyki Dolne - ma się odbyć 39. Bieszczadzki Bieg Lotników. Jak podkreśla gmina, trasy są przygotowane z myślą o biegaczach narciarskich - nie do spacerów z psami ani jazdy na sankach. Pojawia się tam jednak dużo spacerowiczów.

- Sprawdzaliśmy trasy w sobotę i tabuny ludzi tamtędy chodzą. Idą środkiem, bo tam jest twardo i niszczą nam te trasy. Nieodpowiedzialni rodzice biorą też różne kółka, sanki, na których zjeżdżają dzieci i niszczą naszą pracę. Są apele, znaki i informacja, a do ludzi to nie dociera - mówi nam Marek Konopka, komandor Bieszczadzkiego Biegu Lotników. 

Organizatorzy Bieszczadzkiego Biegu Lotników cieszą się, że wreszcie udało im się trafić z pogodą. W tym roku impreza została przeniesiona na styczeń, bo w ostatnich latach nie udawało się jej przeprowadzić w lutym ze względu na brak śniegu. Teraz warunki są idealne. - Z lutego wszyscy organizatorzy tego typu imprez uciekają. Nawet Bieg Podhalański zmienił datę, bo jednak styczeń jest pewniejszy - zaznacza komandor Bieszczadzkiego Biegu Lotników.

Co ciekawe, Marek Konopka przypomina, że kiedy bieszczadzkie zawody ruszały na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, to odbywały się w styczniu, ale zostały przeniesione na luty ze względu na słabą zimę na początku roku. W przyszłym roku przypadnie jubileuszowy 40. Bieszczadzki Bieg Lotników i wstępnie organizatorzy myślą znów o styczniowym terminie. W tę niedzielę wystartuje około 170 zawodników. 

Źródło: TOK FM