,
Obserwuj
Świat

To "dzieci, których losy sponiewierała wojna". "Rodzice zostali zabici przez Ruskich"

4 min. czytania
24.12.2024 14:47
- Jegor najpierw zaczął coraz gorzej mówić, później był coraz mniej samodzielny. Na chwilę obecną to chłopczyk, który ma 5 lat i leży w pieluszce na łóżku. A nawet potrzebuje aparatu, który by podtrzymywał jego oddychanie - mówiła w TOK FM Natalia Panchenko, dyrektorka fundacji Stand with Ukraine. Fundacja prowadzi zbiórkę na sprzęt dla dzieci takich jak Jegor, a także świąteczne prezenty dla dzieci z Ukrainy.
|
|
fot. YURIY DYACHYSHYN /AFP

Ukraińskie dzieci ewakuowane z terenów przyfrontowych lub okupowanych nie mają łatwego życia. Często straciły rodzica lub zostały całkiem osierocone. - Czyli dzieciaki, które jeszcze jakieś dwa lata temu miały normalną rodzinę i normalne życie. Rodzice niektórych zostali zabici przez Ruskich, niektórzy zostali zamordowani na oczach dziecka, część została uznana za osoby zaginione i nikt nie wie, co się z nimi dzieje. U niektórych mama jest w niewoli, tata na froncie. Albo ktoś nie żyje, a ktoś jest w niewoli. To dzieci, których losy strasznie sponiewierała wojna - mówiła w "Poranku Radia TOK FM Natalia Panchenko, aktywistka i dyrektorka fundacji Stand with Ukraine.

Założona przez nią fundacja stara się wspierać te dzieci. Raz do roku, na święta prowadzi też akcję kupowania dzieciom prezentów. - One piszą listy do Mikołaja, my je zbieramy i staramy się wszystko, co jest w nich napisane wykonać. Bo widzimy, jak ważna jest dla nich wiara w to, że jeszcze ktoś je kocha, mogą mieć nadzieję na lepszą przyszłość. Chcemy im pokazać, że mają prawo do lepszego jutra, że wszystko będzie dobrze. A żeby miały wiarę w siebie, musimy im co roku udowadniać, że jeżeli będą marzyć i dokładać do tego odpowiedni wysiłek, to wszystko się uda. Dlatego właśnie stajemy się dla nich Mikołajami - relacjonowała Panchenko w rozmowie z Anną Piekutowską. 

Stand with Ukraine chce zebrać w tym roku 200 tysięcy złotych. 100 tysięcy ma zostać przeznaczone na prezenty świąteczne, a drugie 100 tys. na aparat sztucznej wentylacji płuc. - Jest on niezbędny, bo część dzieci jest ewakuowana ze szpitali i przerzucana do hospicjów na innych terenach Ukrainy. Bardzo często w takich szpitalach czy hospicjach brakuje odpowiedniego sprzętu. W zeszłym roku kupiliśmy takie sztuczne płuco; już uratowało życie sześciorgu dzieciaków. Więc w tym roku chcemy kupić kolejny aparat, który będzie ratować kolejne życia - powiedziała aktywistka.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty.  Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

"Przez ogromny stres związany z wojną organizmy dzieci nie wytrzymują"

Jak dodała, konieczność pomocy medycznej często wiąże się z tym, że "przez ogromny stres związany z wojną organizmy dzieci nie wytrzymują". - Mamy na przykład historię Jegora, który korzysta z takiego aparatu. A jeszcze dwa lata temu, kiedy z mamą wyjeżdżał z Irpienia podczas rosyjskich ostrzałów, był całkowicie zdrowym dzieckiem. Tylko trafili na armię rosyjską, która zaczęła się nad nimi znęcać, wybiła jego matce zęby na oczach dziecka. Sponiewierała ją, torturowała jakiś czas. Dzieciak to wszystko widział - relacjonowała gościni TOK FM. 

Panchenko opowiadała, że matce z dzieckiem udało się ewakuować, ale zdrowie Jegora zaczęło się pogarszać. - Najpierw zaczął coraz gorzej mówić, później był coraz mniej samodzielny. Na chwilę obecną to chłopczyk, który ma 5 lat i leży w pieluszce na łóżku. A nawet potrzebuje aparatu, który by podtrzymywał jego oddychanie. I wszyscy lekarze skłaniają się do tego, że to najprawdopodobniej reakcja jego organizmu na stres - mówiła.

"Ośrodek nie ma z czego dzieciom zupy ugotować"

Aktywistka zaznaczyła, że w listach do Mikołaja każde dziecko pisało o pokoju. - Najpierw pokó, a potem np. jakaś lalka w różowej sukience - wskazała.

Założycielka Stand with Ukraine wskazała, że państwo ukraińskie oczywiście stara się wspierać ośrodki, w których przebywają dzieci. Ale jest ich coraz więcej. - Widać, że państwo zaczyna sobie nie radzić z tym finansowo - przyznała.

Gościni TOK FM wspominała, że początkowo ośrodki prosiły o mniejsze wsparcie. - A teraz zaczynają prosić o bardzo podstawowe rzeczy. Ostatnio np. kupowaliśmy dla dwustu dzieciaków nowe piżamki. Bo nie dostały od państwa, może kiedyś dostaną... Nie wiadomo czy wtedy te rozmiary, które były podawane, będą aktualne. A dzieci potrzebują tej piżamy na już, nie mają w czym spać. Kupowaliśmy szczoteczki do zębów, a ostatnio nawet produkty do jedzenia, bo z tygodnia na tydzień ośrodek nie ma z czego dzieciom zupy ugotować - relacjonowała rozmówczyni Anny Piekutowskiej. Jak podsumowała na koniec rozmowy: "Widzę, że czasami dorośli ze swoimi problemami zapominają, że są dzieciaki, którym oprócz nas nikt nie pomoże".