Ekshumacje prawie 800 dzieci w Irlandii. "To było zajwiększą zbrodnią kobiet"
- W Irlandii rozpoczęły się prace ekshumacyjne dotyczące dzieci, które zmarły w prowadzonym przez siostry Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych Domu matki i dziecka w Tuam;
- W masowym grobie może leżeć nawet 800 dzieci;
- W placówkach mieszkały niezamężne matki i ich dzieci wykluczone ze społeczeństwa, w tym często przez najbliższą rodzinę. W pierwszych dekadach XX wieku, kiedy działał m.in. dom w Tuam, Kościół katolicki odmawiał chrztu oraz chrześcijańskiego pochówku dzieciom, których rodzice nie byli w związku małżeńskim.
Na terenie dawnego Domu matki i dziecka w Tuam w zachodniej Irlandii rozpoczęła się w poniedziałek ekshumacja szczątków 796 dzieci - podała stacja RTE. W tym miejscu w latach 1925-1961 zakon sióstr Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych (Bon Secours) prowadził placówkę dla samotnych matek.
Zostawić tę sprawę w spokoju
Kierujący pracami Daniel MacSweeney z Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża zapowiedział, że mogą one potrwać dwa lata. W skład zespołu badawczego weszło 18 medyków sądowych, archeologów i antropologów z Irlandii, Wielkiej Brytanii, Australii, Kolumbii, Hiszpanii i USA. Celem jest przeprowadzenie identyfikacji szczątków poprzez testy DNA, a także zapewnienie godnego pochówku dzieciom.
- Już w 2014 roku było wiadomo, że mamy akta 800 dzieci, które zmarły, mamy ich akty zgonu, ale nie ma żadnej informacji o pogrzebie. Chociaż cmentarz znajdował się naprzeciwko, to żadne z tych dzieci nie zostało tam pochowane. I wtedy zaczęto dociekać i okazało się, że najprawdopodobniej dzieci zostały bez żadnej katolickiej ceremonii pochowane na terenie domu matki i dziecka w takich betonowych zbiornikach - dawnych szambach. Choć było to tylko domniemanie. Dopiero w 2017 roku przeprowadzono pierwszą ekspertyzę, która pokazała, że rzeczywiście jest tam bardzo dużo kości dzieci. I dopiero teraz rozpoczęto ekshumację - mówiła w "TOK 360" dr Marta Abramowicz, reporterka, badaczka, psycholożka i autorka książki "Irlandia wstaje z kolan".
Jak dodała, ustalenia wywołały bowiem bardzo dużą dyskusję w Irlandii, czy rozpoczynać, czy zostawić tę sprawę w spokoju. - Niektórzy mówili: Zostawić w spokoju. Ale musimy pamiętać, że Irlandia to kraj o innej pamięci historycznej, o trochę innych doświadczeniach niż Polska. U nich siostry zakonne, księża, biskupi czy kler, to były osoby, które zarządzały tym krajem. Jak możemy to sobie wyobrazić? Tak jak my mieliśmy ustrój komunistyczny tak oni ustrój katolicki, gdzie władza współpracowała bardzo blisko z Kościołem. Dlatego właściwie ten dom matki i dziecka też należał po części do państwa, a zarządzała nim wspólnota kościelna. To było naturalne - tłumaczyła rozmówczyni Filipa Kekusza.
'Największą zbrodnią było to, jeśli kobieta zaszła w nieślubną ciążę'
Reporterka relacjonowała, że do tych domów trafiały kobiety, które zaszły w nieślubną ciążę. - To był cały system społeczny, który zaczynał się od tego, że nie było żadnej edukacji seksualnej, rozwody i antykoncepcja były zakazane prawnie. W związku z tym kobieta miała tylko jedną drogę - związek małżeński. I nie mogła go rozwiązać, nawet jeśli mąż był przemocowcem albo coś złego się działo. Nie było antykoncepcji ani aborcji, więc wiadomo, że te rodziny był wielodzietne - po kilkanaście dzieci - mówiła.
Ale - jak zaznaczyła - największą zbrodnią było to, jeśli kobieta zaszła w nieślubną ciążę - bez względu na to co było przyczyną. - To mógł być gwałt, kazirodztwo czy po prostu miłość, ale bez ślubu to się nie liczyło. Kobieta trafiała wtedy do domu matki i dziecka, gdzie mogła doczekać porodu i potem dziecko było jej odbierane. Mogła pozostawać z dzieckiem w tym domu do 3 lat, a następnie dziecko trafiało do adopcji. Mogła zatrzymać to dziecko tylko pod pewnymi warunkami - mianowicie, że sama była w stanie je utrzymać, ale kobiety w Irlandii nie miały wtedy możliwości pracy. Nie miały też żadnego wsparcia od rodziny, bo to same rodziny umieszczały je w tych domach matki i dziecka. W związku z tym kobieta nie miała wyjścia - wskazała Abramowicz.
Jak tłumaczyła, ten system działał tak, że "tam trzeba było przebywać, żeby ukryć ciążę przed wspólnotą parafialną". - Jak tylko dziewczyna zachodziła w ciążę, przychodził ksiądz do domu, przychodziła siostra zakonna lub rodzice i ta dziewczyna sami wiedzieli, co robić. Odsyłano taką dziewczynę do domu matki i dziecka, żeby zniknęła z oczu. Mogła wrócić do wspólnoty, ale już bez dziecka. I te dzieci albo szły do adopcji, albo też, jeśli matka się upierała i nie chciała się zrzec praw, trafiały do szkół przemysłowych. To był rodzaj sierocińca, gdzie była ogromna przemoc fizyczna i psychiczna w stosunku do dzieci - relacjonowała dziennikarka.
W domach matki i dziecka kobiety musiały też ciężko pracować, nawet w ciąży, żeby zarobić na swoje utrzymanie. - Pamiętajmy, że akurat w przypadku Tuam były to lata okołowojenne, więc w ogóle bardzo ciężkie - głód, choroby. A dodatkowo tam matki pracowały na oddziale szpitalnym dziecięcym, więc wnosiły wszystkie choroby do tego domu. W związku z tym śmiertelność noworodków była tam znacznie większa niż gdzie indziej - podkreśliła autorka książki "Irlandia wstaje z kolan".
Jak wskazała, "wstyd związany z posiadaniem nieślubnego dziecka był tak ogromny, że nawet po kilkudziesięciu latach nikt nie chciał pomóc odnaleźć dzieciom i matkom szukającym się nawzajem swoich korzeni". - Ponieważ te kilkadziesiąt lat temu np. siostry zakonne zobowiązały się do milczenia aż po grób, bo wtedy np. matka czy rodzina żądała tego milczenia. Ale czasy się zmieniły i Irlandia od kilkudziesięciu lat przechodzi proces, który zaczął się ujawnieniem dzieci księży. Potem ujawniono przemoc, molestowanie, w tym seksualne w szkołach przemysłowych, w domach matki i dziecka i w pralniach magdalenek - podsumowała Abramowicz.