Kobiety umierają na porodówkach przez płodocentryzm, a PiS nie widzi problemu. "Rewolucja nadchodzi"
Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2020 roku uznający za niezgodne z Konstytucją przeprowadzanie aborcji w przypadku uszkodzenia lub wad płodu zaostrzył sytuację. Ciężarne kobiety umierają w szpitalach. Tak się stało z Izabelą, Martą czy Justyną, a ostatnio z Dorotą, która zmarła w szpitalu w Nowym Targu. Protesty kobiet, sprzeciwiających się regulacjom, odbyły się w wielu polskich miastach, ale jak dotąd marsze nic nie zmieniły. Kobiety domagają się dostępu do legalnej i bezpłatnej aborcji, a lekarze skarżą się na medialną nagonkę. Politycy, a szczególnie z Prawa i Sprawiedliwości, udają, że sprawy nie ma.
Po tym, gdy odbywamy żałobę po śmierci kobiet, które umarły tylko dlatego, że były w ciąży w Polsce, te słowa są nie na miejscu. Te słowa są bezczelne. Mówię tu o śmierci Izabeli w Pszczynie, Doroty w Nowym Targu, Marty, Anny czy Justyny. Pytanie, ile jest takich historii, które nie zostały ujawnione, a w których kobiety poniosły śmierć czy uszczerbek na zdrowiu, właśnie dlatego, że lekarze nie chcieli im pomóc, bo ulegają presji ze strony władzy, żeby nie wykonywać nawet tych aborcji ratujących życie. Efekt mrożący już się rozlał poza skalę.
Wszyscy doskonale wiemy, że jest to gra polityków obozu rządzącego. Próżno szukać ludzi na świeczniku, którzy nie zdają sobie sprawy, że od 30 lat odkąd funkcjonuje antyaborcyjna ustawa z 1993 roku, dostęp do aborcji jest szalenie utrudniony. Sytuacja po wyroku pseudo Trybunału Konstytucyjnego znacznie się pogorszyła, co nie znaczy, że nie była zła wcześniej. Wie o tym doskonale Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki premier rządu, Adam Niedzielski minister zdrowia i prof. Krzysztof Czajkowski konsultant krajowy ds. ginekologii i położnictwa. Wszyscy oni zdają sobie sprawę z tego, że aborcja jest tematem kontrowersyjnym, a to przekłada się na jakość opieki nad pacjentkami.
W historii medycyny zawsze dochodzi do śmierci okołoporodowych, chociaż miarą rozwoju medycyny jest to, gdy takich zgonów jest coraz mniej. Trzeba sobie zadać pytanie, czy śmierć okołoporodowa była wynikiem nieszczęśliwego wypadku w związku z cichym, bezobjawowym rozwojem zakażenia, którego nie dało się opanować, rzadkiej choroby czy zbiegu złych okoliczności czy jak w przypadku Izabeli w Pszczynie czy Doroty w Nowym Targu - przyczyną było świadome czekanie lekarzy. Zwlekanie lekarzy, ignorowanie objawów pacjentki i jej stanu zdrowia tylko dlatego, że nosiła w sobie płód. W polskiej, bardzo konserwatywnej medycynie funkcjonuje płodocentryzm. Lekarze wolą ryzykować życiem kobiet niż narazić się na zarzut, że wykonują aborcję. To nie jest usprawiedliwienie, żeby porzucać swoje własne pacjentki, żeby milczeć i liczyć się z ich śmiercią. Poza tym procedura medyczna zastosowana w przypadku pani Doroty miała więcej wspólnego ze znachorstwem niż z medycyną.
Dzisiaj lekarze nie chcą się uczyć nowych standardów, nowych wytycznych opracowanych przez WHO, które mają związek właśnie ze zdrowiem reprodukcyjnym. Bo to zdrowie reprodukcyjne traktowane jest jako coś gorszego, wstydliwego. Kobieta ma znosić cierpliwie ból i cierpienie. Do tego jest stworzona. Taka jest jej rola - matki Polki. To wszystko rzutuje na to, że potem podczas porodów dochodzi do przemocy położniczej, że kobiety czują się oceniane, wyszydzane czy obrażane w gabinetach ginekologicznych, a czasami ma to tragiczny skutek w postaci śmierci pacjentki, której trzeba było natychmiast przerwać ciążę.
Lekarze, którzy komentują tę sprawę, mówią jasno: Nie było na co czekać. Tego płodu i tak się nie dało uratować, a nawet jeśli by się udało, to płód nie jest chroniony tak jak jest chroniona kobieta. Kobieta jest zawsze ważniejsza niż płód, po drugie to kobieta musi podjąć ostateczną decyzję , po tym, gdy dostanie pełnię informacji, po trzecie zastosowany reżim łóżkowy- czyli zakaz ruszania się - głowa niżej, nogi w górę tylko sprzyjała rozwojowi sepsy. Panią Dorotę szantażowano, że „zabije swoje dziecko", jeżeli się ruszy, jeżeli przeniesie się do innego szpitala. Ze szpitala, który przechowuje relikwie Jana Pawła II, jest nazwany jego imieniem, a dyrektor tego szpitala jest związany z Suwerenną Polską. To wszystko układa się w jeden obrazek. Trudno to zestawiać ze śmiercią okołoporodową, która wynika z choroby, której nie dało się wcześniej wykryć.
Dzisiaj rzeczywistość wygląda w ten sposób, że pacjentki bardziej ufają aktywistkom i prawniczkom z organizacji kobiecych niż lekarzom. Zdarza nam się, że pacjentki zamiast dzwonić do swojego lekarza prowadzącego, dzwonią do nas - nawet w tak prozaicznych kwestiach jak dolegliwości bólowe w ciąży. Czy to nie jest jakiś zły znak i co ona powinna w tej chwili zrobić. Kontakt z systemem zdrowia jest postrzegany jako niebezpieczny, niegodny zaufania, nie wiadomo, czy lekarz mnie nie okłamie, czy będzie za wszelką cenę chciał ratować prawie martwą ciążę.
My jako fundacja oferujemy bezpłatne całodobowe wsparcie prawne, psychologiczne i organizacyjne, żeby wszystkie prawa pacjentki były respektowane i żeby kobieta dostała to, do czego ma pełne prawo. To nie powinno tak wyglądać, ale dziś do szpitala chodzi się z numerem prawniczki. Bo dzisiaj działa tylko siła argumentu prawnego i postraszenie mediami.
Jest to dla nas dogłębnie smutne, że kolejna kobieta straciła życie, a kolejna rodzina straciła swoją bliską osobę, ale jest to też dla nas skandaliczne. I to drugie uczucie nas napędza i nie pozwala nam przestać czy zastopować naszego rzecznictwa, wsparcia i interwencji tak długo, jak ta nieludzka i niesprawiedliwa sytuacja się nie zmieni. My na tę niesprawiedliwość nie chcemy się godzić.
Z naszych konsultacji i opieki okołoaborcyjnej korzystają różne kobiety z różnych środowisk i o różnych poglądach. Nie pytamy o takie kwestie. Dla nas to nieistotne. Istotna jest wola pacjentek. To jest ich suwerenne prawo, żeby zatroszczyć się o przyszłość swoją czy swojej rodziny. Z tego, jak opisują swoje życie i co mówią, wynika, że chodzą do kościoła i to nie stoi na przeszkodzie, żeby podjąć decyzję o aborcji. Światopogląd i religijność nie sprawiają, że doświadczenie aborcyjne omija kobiety, wręcz przeciwnie. To jest bardzo uniwersalne doświadczenie.
To jest niewybaczalne zaniechanie. Buta, upokorzenie i poniżenie. Te kobiety stać na aborcję, bo mają znajomych lekarzy, mogą wyjechać za granicę, mają znajomości, obracają się w kręgach władzy. Ale już takiej kobiety z Podkarpacia na to nie stać. Ignorowanie tego faktu jest po prostu nieprzyzwoite. To pokazuje też zróżnicowanie społeczne i klasowe dostępu do aborcji.
Nie możemy przestać o tym mówić. Nie tylko wtedy, kiedy ktoś umiera, tylko w międzyczasie. Musimy pokazywać, obnażać brak wiedzy, ale też brak empatii lekarzy. Opowiadać każdą historię i doświadczenie takiej przemocy i poniżenia ze strony świata medycyny. Również te mniej tragiczne. My w tym celu jako Fundacja Federa stworzyłyśmy stronę internetową: historiekobiet.eu. Zachęcamy, żeby każda kobieta podzieliła się swoją historią. Licznik, który jest na tej stronie będzie swoistym aktem oskarżenia. Chcemy ten akt oskarżenia wystawić władzy.
Nie będzie szczęśliwego społeczeństwa, jeżeli ciągle ideologia będzie stawiana nad podmiotowością i autonomią ludzi, którzy mają prawo podejmować decyzje dotyczące ich życia prywatnego i ich zdrowia. Nie będzie też szczęśliwych rodzin, jeżeli państwo nie zapewni lekarza, ale też całego systemu, gwarantującego możliwość egzekwowania tych decyzji. Jeżeli dobro kobiet nie będzie na pierwszym miejscu, jeżeli dla lekarzy ważniejszy będzie płód, dojdzie do totalnego spadku zaufania do medyków.
Będziemy mieli do czynienia z państwem w państwie. Organizacje feministyczne, sieci pomocowe i solidarnościowe będą organizować tę pomoc, ale ona będzie poza systemem, więc w pewnym momencie dojdziemy do wniosku: na co płacimy podatki. Dlaczego utrzymujemy tę władzę, która narzuca nam sposób życia w ogóle nas nie chroniąc.
Na protestach pojawiło się hasło: "Mam odpływ wód płodowych, zaraz wam urodzę rewolucję". Musi dojść do zmiany mentalności w kierunku traktowania kobiet z szacunkiem. Ciągle w naszym kraju jesteśmy postrzegane jako piąte koło u wozu. Mechanizmy przemocy systemowej też są niezmienne. Tak, jakbyśmy cały czas żyły w wiekach średnich.
Co robić, żeby ta sprawa doprowadziła do poważnej zmiany? Jakie jeszcze podjąć działania?
Ujawniać i wyciągać na światło dzienne te historie, ale też łączyć je i pokazywać, że moja dzisiejsza nieprzyjemna sytuacja z gabinetu ginekologicznego to jest ten sam mechanizm instrumentalizacji i uprzedmiotowienia co ten, który odbywa się na porodówce. Gdzie kobiecie nacina się krocze bez pytania i mówi się jej, że kobiety zawsze rodziły w bólu i dawały radę. Albo kobieta z ciążą pozamaciczną, której nikt nie chce przerwać, więc ona czeka tygodniami na oddziale ginekologicznym.
To wszystko jest wspólnym doświadczeniem, chociaż skala tego cierpienia jest trochę inna. To dotyczy naszych kuzynek, sióstr, może za chwilę dotyczyć naszej przyjaciółki, mnie. Mężczyzn, którzy za chwilę mogą zostać wdowcami z dziećmi, bo ich żony umrą na oddziale ginekologicznym. To jest cały czas nasza wspólna sprawa. Trzeba sobie pozwolić na tę złość, nie cenzurować siebie nawzajem. Nie kneblować sobie ust, żeby ta emocja społeczna rzeczywiście zrodziła zmianę stosunków i zmianę tej rzeczywistości, bo my przyzwalamy bardzo często na to zło. Przyzwalamy na to, żeby lekarz nas źle traktował. Nie zadajemy mu pytań, nie zwracamy mu uwagi, nie próbujemy żądać podstawowych praw.
Stworzyłyśmy grafikę, która bardzo dobrze poniosła się w internecie, a były tam podstawowe rzeczy: Możesz wypisać się ze szpitala na własne żądanie. Możesz zmienić szpital, bo nie ma rejonizacji. Możesz żądać wglądu (i zrobić zdjęcie) swojej dokumentacji medycznej. Możesz żądać podania podstawy prawnej tego, co mówi lekarz. Możesz odmówić przyjmowania leków na podtrzymanie ciąży albo wykonania innej procedury. To ciebie trzeba zapytać o zgodę, lekarz nie może decydować sam nad twoją głową. To szereg takich rzeczy, których musimy się domagać.
Musimy ostro reagować na każdą kolejną śmierć kobiety, której nie udało się uratować. W XXI wieku nie można już sobie na to pozwolić. To o jedną śmierć za dużo. Lekarze i decydenci mają obowiązek o nas dbać i uczyć się tego, jak to robić.
Myślę, że świadomość rośnie, a mobilizacja jest utrzymana. Nawet jeśli nie protestujemy codziennie na ulicach, to widzę większą odwagę w żądaniach. Rewolucja nadchodzi. Media coraz odważniej mówią o potrzebie dekryminalizacji aborcji i wykreślenia z kodeksu karnego artykułu 152, który przewiduje odpowiedzialność karną dla lekarza, który wykona aborcję poza wskazaniami z restrykcyjnej ustawy. To wszystko pokazuje, że jesteśmy coraz bliżej: liberalizacji prawa antyaborcyjnego, dekryminalizacji, zniesienia klauzuli sumienia, może do wprowadzenia tematu wykonywania aborcji do programów nauczania na uczelniach medycznych. Mam nadzieję, że wytyczne i szkolenia, które zapowiedział minister zdrowia nie będą wydmuszką, formalizmem, który ma nam zamknąć usta. Dlatego cały czas musimy patrzeć im na ręce, zgłaszać swoje rekomendacje i odważnie mówić o tych postulatach.
Widzimy już zmianę, choćby w języku. My, obrończynie praw człowieka mówiłyśmy od początku o aborcji. Nawet minister zdrowia zaczął mówić o aborcji. Nie mówi "terminacja ciąży, przerywanie ciąży, zakończenie ciąży", a mówi wprost "aborcja".
Poza tym lekarze, którzy za pomocą narzędzi prawnych zostali zobligowani do wykonania aborcji, zauważyli, że nagle nie strzelił piorun z nieba, a świat się nie skończył z tego powodu. Coraz częściej się przekonują, że nie trzeba unikać takiego zabiegu, jeśli pacjentka go potrzebuje.
Żeby przyspieszyć ten proces zmian niezbędne są: nieustępliwość, cierpliwość, konsekwencja i coraz większa odwaga. Nie można zapominać, że zbliżają się wybory i tutaj też trzeba powiedzieć: sprawdzam. Kto, jaki rodzaj regulacji dotyczący praw kobiet nam obiecuje i kto się może z tych obietnic rzeczywiście wywiązać, a dla kogo to tylko obietnice bez pokrycia.
W Irlandii referendum było niezbędne, by zmienić Konstytucję, w której zapisany był zakaz aborcji - w Polsce tak nie jest. O pytaniach referendalnych czy o kształcie referendum decyduje ten, kto ma władzę i pieniądze. Trudno jest mi uwierzyć a potem przyjąć za miarodajny wynik referendum, który może ulec pewnemu zmanipulowaniu czy przekazowi, który nie będzie oddawał w rzeczywisty sposób poglądów społeczeństwa czy potrzeb.
To nie jest debata nad kształtem systemu podatkowego. To nie jest dyskusja nad czymś neutralnym, np. czy chcemy mieć ławki w parku, tylko to dotyczy bardzo intymnej sfery życia konkretnych osób - tylko one mają prawo o tym decydować
Temat praw kobiet jest traktowany jako gorszy, mniej ważny, przez to mniej mobilizujący. Dlatego trzeba utrzymać tę presję, skierowaną wobec polityków czy decydentów, parlamentarzystów. Tutaj potrzebna jest solidarność różnych grup społecznych. Mężczyźni powinni w tym aktywnie uczestniczyć, a nie cicho protestować czy martwić się, czy ich partnerka przeżyje ciążę, dzwonić do nas i prosić tuż przed porodem o udzielenie pełnomocnictwa. Dobrze byłoby po otrzymaniu od nas pomocy dołączyć do walki o wspólną sprawę.
Nadchodzące wybory są jakąś szansą na zmianę tej sytuacji. Nawet jeśli dojdzie do zmiany opcji rządzącej, to trzeba będzie dalej monitorować i stać na straży tego, żeby prawa kobiet nie nie zostały odstawione na boczny tor.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>