,
Obserwuj
Świat

Polskie dzieci zapędziły Ukrainkę do kąta i puściły jej odgłosy wystrzałów. "Płakała"

8 min. czytania
03.01.2025 06:41

- Polscy koledzy z klasy zapędzali małą Ukrainkę do kąta sali i włączali jej na YouTube głośne odgłosy wystrzałów. Torturowali koleżankę, każąc jej tego słuchać. Gdy wracała do domu, płakała i nie mogła się pozbierać - mówi w tokfm.pl Natalia Panchenko, szefowa fundacji, która pomaga dzieciom ewakuowanym z piekła wojny w Ukrainie.

|
|
fot. Karol Porwich/East News

Jedenastoletnia dziewczynka, zanim trafiła do Polski, przeżyła oblężenie Mariupola. Piła wodę z kałuży i - jak później wspominała jej siostra - jadła upieczone w ogniu myszy, żeby przetrwać. Podczas ucieczki z miasta widziała, jak Rosjanie zatrzymywali auta Ukraińców i do nich strzelali. Na jej oczach martwe ciała wylatywały z samochodów.

- Ojciec bronił Mariupola i trafił do rosyjskiej niewoli. Dziewczynce, jej matce i starszej siostrze udało się wydostać z miasta i Ukrainy. Przyjechały do Warszawy, gdzie im pomagaliśmy. Chodziły na terapię. Potem mała poszła do polskiej szkoły. Tego, co ją tam spotkało, nie zapomnę nigdy. Wcześniej nie słyszałam, żeby dzieciaki robiły sobie tak straszne rzeczy - mówi Natalia Panchenko, szefowa fundacji Stand with Ukraine.

Jak dodaje, wielu ukraińskim uczniom udało się tego uniknąć dzięki zapobiegliwości wychowawców. Przygotowywali polskie dzieci na przyjęcie do klas ukraińskich rówieśników. Rozmawiali o tym, co uchodźcy przeżyli, czego mogą się bać i na co w kontaktach z nimi trzeba uważać. W historii jedenastolatki z Mariupola prawdopodobnie tego zabrakło.

Pijany szeregowy strzelał w auto. 'Żołnierze na oczach cywili ładują do koszyków alkohol'

- Polscy koledzy z klasy zapędzali ją do kąta sali i włączali jej na YouTube głośne odgłosy wystrzałów. Torturowali koleżankę, każąc jej tego słuchać. Gdy wracała do domu, płakała i nie mogła się pozbierać. Bała się chodzić do szkoły. Nie miał jej kto obronić, bo matka była w strasznym stanie. Mimo że była w terapii i zażywała antydepresanty, nie mogła jeść ani pracować. Nie miała siły, żeby ochronić swoje dziecko - opowiada.

Gdy tylko kobieta dostała wiadomość, że jej męża wypuszczono z niewoli, spakowała córki i pojechała z nimi do Ukrainy. Tam nie miały już domu ani poczucia bezpieczeństwa, bo wracały do kraju ciągle ostrzeliwanego przez Rosjan. - Wolały jednak to, niż zostać w Polsce. Nie dziwię się po tym, co mała przeżyła - przyznaje moja rozmówczyni.

Ukraińskie dzieci na wojnie. "W tych historiach jest piekło"

Te dzieci nie mogą spać albo krzyczą przez sen. Moczą się w nocy, dlatego trzeba im zakładać pieluchy. Niektóre wymiotują ze stresu, gdy słyszą odgłosy przypominające ostrzał. Jedne chowają się pod stołem, a inne uciekają pod łóżko i zasłaniają uszy. Płaczą, wybuchają złością i wpadają w otępienie. Reszta opisu Natalii Panchenko brzmi jak litania:

Są dzieci, które rysują wojnę.

Są dzieci, które rysują dużo krwi.

Są dzieci, które rysują wszystko czarnym kolorem. Tęczę. Trawę. Niebo. Słońce.

Nie wszystkim został ktoś bliski, jak jedenastolatce z Mariupola. Przeważnie to sieroty, których rodzice zostali zabici przez Rosjan. Ewakuowano je z przyfrontowych i okupowanych miejscowości do specjalnych schronisk na zachodzie Ukrainy i w Polsce. Od prawie trzech lat pomaga im fundacja Stand with Ukraine.

- Mamy pod opieką zarówno niemowlęta, jak i młodzież do osiemnastego roku życia. Niektóre dzieci straciły domy, błąkały się po ulicach, więc ukraińskie służby je stamtąd zgarnęły i przewiozły w bezpieczniejsze miejsca. Inne zostały ewakuowane z domów dziecka i szpitali, które znajdowały się w strefie działań wojennych - opisuje Natalia Panchenko.

Ukraina na pigułkach. 'Lekarze mówią, że to nawet 90 proc. z nas'

Jednym z takich ośrodków, które wspiera jej fundacja, jest "Miasto Dobra" w Czerniowcach. Znajduje się w nim hospicjum, bo część maluchów cierpi na śmiertelne choroby, które za sprawą wojennego stresu szybko się rozwijają. - W tych historiach jest piekło - wzdycha moja rozmówczyni.

Piekło wojny w Ukrainie. Tutaj są zdjęcia dzieci, które już nie żyją

Piekło wyziera z kącika pamięci "Miasta Dobra". Są w nim fotografie małych pacjentów, których nie udało się uratować. Umierali z dala od rodziców i od świata swojego dzieciństwa. Zdjęcia mają o nich przypominać.

Jednym z nich była pięcioletnia Sofijka. Zachorowała na raka i szybko traciła wzrok, ale marzyła o aparacie fotograficznym. Gdy już dostała go od fundacji, biegała po hospicjum i ciągle naciskała na spust migawki. - Nigdy nie zapomnę jej radości. Była zachwycona i szczęśliwa, że mogła robić nam zdjęcia. Nie mogłam się nadziwić, że wychodzą jej takie piękne, bo przecież słabo już wtedy widziała - wspomina Natalia Panchenko.

Stan Sofijki szybko się pogarszał. Moja rozmówczyni nie wie, co konkretnie dziewczynka przeżyła na wojnie, ale domyśla się, że mała nosiła w sobie traumę, która osłabiała ją w walce z chorobą. - Gdy w tym roku ekipa z naszej fundacji pojechała do "Miasta Dobra", przesłała mi jej zdjęcie. Niestety, stało już w kąciku pamięci, bo Sofijka nie żyje - opowiada ze smutkiem Ukrainka.

Rosja zemści się na Polsce? 'Trzeba mieć spakowaną walizkę'

Na oczach dziecka Rosjanie wybili matce zęby. "Stało się warzywkiem"

Do kącika pamięci trafiła też trzyletnia Mariczka. Szefowa fundacji Stand with Ukraine nie wie, na co dziewczynka chorowała. Pamięta tylko, że w 2023 roku usłyszała od lekarza: "Dziecko pilnie potrzebuje aparatury do oddychania, a my jej nie mamy". Natalia Panchenko natychmiast ogłosiła zbiórkę pieniędzy. Ta jednak szła wolno, bo koszt takiego sprzętu to nawet 100 tys. zł, a ludzie są już zmęczeni wojną i pomaganiem.

- W końcu zadzwonił ktoś z hospicjum i powiedział: "Z tą zbiórką już nie trzeba się tak spieszyć. Bo Mariczka nie żyje". Poczułam tak straszną bezsilność, że aż się popłakałam. Ta sytuacja dała mi jednak mocnego kopa. Robiłam wszystko, żeby z sukcesem zamknąć zbiórkę. Wiedziałam, że aparat będzie potrzebny kolejnym dzieciom. Nie chciałam już dostać wiadomości, że komuś nie zdążyliśmy uratować życia - mówi.

Lekarze z "Miasta Dobra" twierdzą, że sprzęt pomógł uratować życie już sześciorgu dzieciom. Teraz podpięty do niego jest pięcioletni Jegor, którego historię Natalia Panchenko opowiadała już w TOK FM. - Był zdrowym dzieckiem, dopóki nie wybuchła pełnoskalowa wojna. Gdy Rosjanie zajęli jego rodzinne miasto Irpień (obok Buczy ta miejscowość stała się symbolem rosyjskich zbrodni na cywilach - przyp. autora), matka Jegora od razu postanowiła z nim uciekać. Po drodze wpadła jednak w ręce żołnierzy Putina. Znęcali się nad nią na oczach dziecka. Wybili jej zęby kałasznikowem. Na szczęście udało jej się to przetrwać i dotrzeć do "Miasta Dobra" - opisuje.

W tej historii nie ma jednak happy endu. Pod wpływem ogromnego stresu chłopiec przestał mówić, a jego stan gwałtownie się pogorszył. - Tracił jedną sprawność za drugą, aż stał się "warzywkiem". Leży w pieluchach i nie umie już samodzielnie oddychać. Lekarze nie zdiagnozowali u niego żadnych chorób, które mogłyby za tym stać. Wojna to z nim zrobiła - stwierdza moja rozmówczyni.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Dziecko wojny żyje w bajce. "Nie można mu jej zbyt szybko odebrać"

Jeszcze trzy lata temu większość z tych dzieci miała normalne życie: rodziców, przyjaciół i domy. Teraz nie mają nic. By choć trochę złagodzić ich rozpacz, fundacja Stand with Ukraine co roku w grudniu ogłasza zbiórki na mikołajkowe prezenty.

- Zanim coś kupimy, przyjeżdżamy do podopiecznych i prosimy, by napisali listy do Mikołaja. Pewnego razu przy takiej okazji zobaczyłam trzynastoletniego chłopca, który stał z boku i uważnie mi się przyglądał. Zapytam, co by chciał od Mikołaja. A on: "Coś takiego, co byłoby tylko moje. Bo przed wojną miałem mamę, tatę i dom, gdzie wszystko było moje. A teraz nie mam już nic". Popłakałam się, gdy to usłyszałam - wspomina Natalia.

Z kolei dziewczynka, którą ewakuowano z obwodu chersońskiego, wyznała: "Ja to bym chciała do domu, ale już nigdy tam nie pojadę". Panchenko zaraz zaczęła ją pocieszać: "A dlaczego nie? Przecież wojna kiedyś się skończy. Będziesz tam mogła wrócić". Mała Ukrainka pokazała zdjęcie spalonego do ziemi miasteczka i odpowiedziała: "Tutaj był mój dom. Jak mam do niego wrócić?".

Szokujące sekrety zakonnic. W tle zakupy broni i służby Łukaszenki

W pamięć mojej rozmówczyni zapadł też czterolatek, który obmyślił plan na powrót do dzieciństwa, które zabrała mu wojna. Chłopiec wierzy, że jak będzie grzeczny, czyli np. będzie ładnie rysował i słuchał opiekunów z "Miasta Dobra", to mama i tata przyjadą po niego. - Niestety, nikt już o niego się nie upomni. Nie wiadomo, co stało się z jego rodzicami. Jest jednak sierotą, bo ewakuowano go z domu dziecka - opowiada.

Takie maluchy często uciekają ze świata wojny w iluzje, bo tam jest im łatwiej. - Psycholożka tego czterolatka mówiła, że prędzej czy później będzie musiała pokazać mu bolesną prawdę, którą wypiera, ale najpierw chce go na to przygotować. Póki co, chłopiec żyje w bajce, którą sam sobie wymyślił. Nie można mu jej zbyt szybko odebrać, bo trzyma go przy życiu - stwierdza szefowa fundacji Stand with Ukraine.

Ukraińskie dzieci unikają tego jak ognia. "Trzeba być ostrożnym"

Sieroty ewakuowane z domów dziecka zazwyczaj stwierdzają wprost: "Nie mam już rodziców". Przeważnie zdążyły to zaakceptować. Nie można tego powiedzieć o maluchach, które jeszcze do niedawna miały szczęśliwe dzieciństwo. Jak ognia unikają takich wyznań.

- Dlatego staramy się ich nie pytać, czy kogoś mają, bo to tylko powiększyłoby ich ból. Pod tym względem łatwiej nam jest w ośrodku pod Warszawą, bo tam pomagamy dzieciom, które przyjechały z co najmniej jednym rodzicem, babką albo ciotką. A w ukraińskich schroniskach są zazwyczaj kompletnie osamotnione sieroty. Przy nich trzeba być bardziej ostrożnym. Wystarczy, że usłyszą, jak inne dzieci mówią coś o swoich zmarłych mamach, natychmiast uciekają w kąt sali i zaczynają płakać - tłumaczy Natalia Panchenko.

Co grozi Polsce po wojnie? 'Temu scenariuszowi da się jeszcze zapobiec'

Maluchy potrzebują miesięcy pracy z psychologami, by choć trochę odetchnąć od rozpaczy. Smutek nie mija, ale dzieci powoli uczą się, jak sobie z nim radzić. Niektóre zaczynają się uśmiechać, rozmawiać, zawiązywać przyjaźnie z rówieśnikami.

- U wielu podopiecznych widzimy duży postęp. Schodzi z nich stres i stopniowo odżywają. Ale to dotyczy głównie ukraińskich dzieci, które znalazły schronienie pod Warszawą. Nie muszą się już bać Rosjan. W Ukrainie maluchy ciągle tkwią w traumatycznych historiach. Nie mogą się z nich wydostać, bo albo ostrzał, albo przyjeżdżają kolejne dzieciaki, którym Ruscy zamordowali rodziców - opowiada Ukrainka.

"Wtedy wojna dotrze do Polski". Ukrainka: Tego najbardziej się boję

Fundacja pomaga ok. 500 dzieciom, ale - jak mówi Natalia Panchenko - ewakuowanych z wojny i potrzebujących pomocy najmłodszych Ukraińców są dziesiątki tysięcy. A całe ich pokolenie jest dotknięte wojennymi traumami.

- Wierzę, że to pokolenie jeszcze się podźwignie. Ale to, jaka będzie jego przyszłość, w dużej mierze zależy od nas, dorosłych. Musimy pomóc tym dzieciom stanąć na nogi, odzyskać bezpieczeństwo i zaufanie do innych. Nie możemy zostawić ich samych sobie, bo to my jako dorośli jesteśmy za nie odpowiedzialni - podkreśla.

Słyszą, że zdradzają ukraińskich żołnierzy z Polakami. 'Ogromna liczba' rozwodów

Sama ma dzieci, które chociaż urodziły się w Polsce, to należą już do generacji wojny. - Starsza córka ma dopiero cztery lata, a już wie, czym jest rakieta, jaki wydaje odgłos i gdzie się wtedy schować. Przeżyła rosyjski ostrzał, gdy odwiedzaliśmy jej dziadków w Ukrainie. O wiele więcej o wojnie wiedzą tamtejsze dzieci. Myślę, że ich życie będzie znacznie trudniejsze niż ludzi z mojego pokolenia. Dostały traumę na całe życie i pewnie przekażą ją kolejnej generacji. Czyli będzie jak z Wielkim Głodem (wywołana przez władze ZSRR klęska, która w latach 30. XX wieku doprowadziła do śmierci miliony Ukraińców - przyp. autora). Moja babcia przeżyła tę traumę i przekazała ją mamie, a ona mnie. Dlatego do dziś boję się marnowania jedzenia. Nic nie można przy mnie wyrzucić ani nawet zostawić na stole. Myślę, że przekazuję ten podświadomy lęk swoim dzieciom - opisuje moja rozmówczyni.

Jak dodaje, gdy Polacy mówią o pokoleniu wojny, mają na myśli swoich dziadków, a Ukraińcy siebie i własne dzieci. - Chciałabym, żeby Polakom tak zostało. Ale właśnie dlatego powinni pomagać Ukraińcom zatrzymać i zakończyć wojnę na ich terytorium. Dla mnie jest oczywiste, że jeśli Zachód ją zlekceważy, to ona dotrze również do Polski. Dotknie tutejsze dzieci, które - jeśli przeżyją - będą ją przekazywać kolejnym pokoleniom. Tego najbardziej się boję - podsumowuje moja rozmówczyni.

Jeśli chcesz dołączyć do zbiórek fundacji Stan with Ukraine, kliknij >>>tutaj<<<.

Źródło: TOK FM