Wzruszona Maria Peszek o "Sorry Polsko" na protestach: Jest okrzykiem zagrzewającym do walki o wszystko

- Bardzo często myślę "sorry Polsko", ale to nie jest konstatacja smutna, tylko oczyszczająca i dodająca wiary, że coś się zmienia i ta zmiana jest niezbędnie konieczna nam, Polakom - mówiła w audycji "Kultura osobista" Maria Peszek, wokalistka i autorka tekstów. To jej piosenkę "Sorry Polsko" często słychać w czasie protestów kobiet.
Zobacz wideo

Protesty na ulicach polskich miast i miasteczek trwają od 22 października, kiedy to kierowany przez Julię Przyłębską Trybunał Konstytucyjny ogłosił decyzję, wedle której przepisy umożliwiające terminację ciąży ze względu na ciężkie i nieodwracalne wady płodu są niezgodne z konstytucją. Marsze, manifestacje, blokowanie ulic i skrzyżowań, masowo podejmowane decyzje o jednodniowej przerwie w pracy - akcje protestacyjne nie ustają, a na piątek (30 października) w Warszawie zaplanowano marsz sprzeciwu. 

W czasie demonstracji słychać czy to odtwarzane, czy śpiewane utwory m.in. Marii Peszek, w tym właśnie "Sorry Polsko".

 

- "Sorry Polsko" jest o prawie do samostanowienia, o prawie do wolności. To zawsze była piosenka rewolucyjna, tyle tylko, że dotyczyła prywatnej rewolucji Marii Peszek. Teraz, kiedy słyszę, jak bardzo stała się potrzebna kobietom, jest to dla mnie niesamowicie wzruszające. Sprawia, że czuję się potrzebna, przydatna społecznie jako artystka - mówiła Maria Peszek w rozmowie z Martą Perchuć-Burzyńską.

Pytana, czy w ostatnim czasie często kołacze jej się w głowie właśnie "Sorry Polsko", przyznała, że tak. - Ale to nie jest konstatacja smutna, tylko oczyszczająca i dodająca wiary, że coś się zmienia i ta zmiana jest niezbędnie konieczna nam, Polakom. To brzmi teraz triumfalnie i jest okrzykiem zagrzewającym do walki o wszystko - bo wszystko to godność, to wolność. Tego nie dokonamy bez podstawowej zmiany, a jest nią - w moim rozumieniu - rozdzielenie Polski od Kościoła - wskazała.

- Jak mamy czuć się wolnymi jednostkami w społeczeństwie obywatelskim, jeśli ideą Kościoła katolickiego jest trzymanie wiernych w poczuciu niedoskonałości, uszkodzenia. I tylko przystąpienie do wspólnoty ma sprawiać, że mamy pełnię człowieczeństwa. Jest to okrutne, raz na zawsze trzeba oddzielić te dwa światy od siebie - apelowała.

"Byłam wyśmiewana i uciszana"

Maria Peszek nie miała wątpliwości, że decyzja TK ws. aborcji będzie początkiem "czegoś grubego". - Odczuwam ból i to jest ból współodczuwany przez setki tysięcy kobiet. To jest ból naszych prababek, babek, matek. On musi znaleźć ujście. To jest święty gniew, któremu trzeba dać wybrzmieć - mówiła. 

Odnosiła się również do zarzutów o używanie przez protestujące kobiety wulgaryzmów, w tym pojawiającego się również w postulatach Strajku Kobiet słowa "wypier****ć". - Czymże jest to słowo wobec setek lat prześladowań kobiet, gwałcenia, palenia, a przede wszystkim podtrzymywania ich w przekonaniu, że są gorszą częścią człowieczeństwa? To słowo jest jak katharsis, jest niezbędne - mówiła.

Peszek pokusiła się również o osobiste wyznanie. - Jako kobieta i artystka byłam wielokrotnie uciszana i wyśmiewana, uznawana za wulgarną, nazywana wariatką, i też często wykluczana, głównie z powodu tego, że nie mam dzieci, bo moja macica jest pusta - przyznała w audycji "Kultura Osobista".

Społeczna rewolta jako doświadczenie formacyjne

Rozmówczyni Marty Perchuć-Burzyńskiej przyznała, że obserwując to, co dzieje się na ulicach, czuje ulgę. - Że ta eksplozja gniewu obudziła w ludziach poczucie obowiązku, bo bez tego nigdy nie będziemy obywatelskim społeczeństwem, a jesteśmy tego warci - tłumaczyła. Przyznała, że jej piosenki mogły być ziarnami, które zasiewane od wielu lat w piosenkach, teraz kiełkują, "i to od razu jako baobaby". Ale emocje nie są tu jednoznaczne. - Czuję też strach, boję się agresji, boję się, że poleje się krew, że cena tej cudownej euforii może okazać się straszna - przyznała.

Artystka pytana, czy sama chodzi na protesty, przyznała, że nie. I otwarcie wyjaśniła dlaczego. - Nie wyszłam protestować i nie mogę tego zrobić, chociaż bardzo bym chciała. Mam ataki paniki w połączeniu z taką liczbą ludzi. Tak jest od lat. Mówię o tym otwarcie - wyznała. Ale zaraz dodała: "To nie jest tak, że nie przeżywamy, nie walczymy, nie chcemy tej zmiany. Ktoś musi ogarniać drugą linię frontu, czyli gotować zupę tym, którzy są chorzy". 

Jej zdaniem jednak fala protestów przelewających się przez Polskę będzie dla jej pokolenia doświadczeniem formacyjnym - takim, jak dla starszych pokoleń był np. przełom solidarnościowy czy Powstanie Warszawskie

- A jak już wygramy, to trzeba będzie sprzątać ten potworny bałagan, te ruiny. Boję się, czy starczy nam cierpliwości, czy ci młodzi ludzie będą jej mieli dość dużo, żeby przeprowadzić ten gigantyczny proces. Totalnie wierzę w instynkt przywódczyń strajku. Wiem, że będą unikać agresywności, ale nie jesteśmy tu jedyną stroną - podkreślała artystka.

DOSTĘP PREMIUM