"Wagony zostały ściśnięte jak harmonijki". 12 lat od katastrofy kolejowej pod Szczekocinami
3 marca 2012 roku, o godz. 20:55, doszło do największej katastrofy kolejowej w Polsce. Pod Szczekocinami, w miejscowości Chałupki, zderzyły się ze sobą czołowo dwa pociągi osobowe: TLK 'Brzechwa' z Przemyśla do Warszawy i Interregio 'Jan Matejko' relacji Warszawa-Kraków. Pociąg jadący ze stolicy wjechał na tor, po którym z naprzeciwka jechał pociąg Przemyśl-Warszawa.
Huk. Potężny. Gigantyczny. Przeraźliwy. To pierwsze wspomnienie pasażerów obu pociągów. Ci z 'Brzechwy' czują trzy uderzenia, ci z 'Matejki' tylko jedno. Gigantyczna siła rzuca nimi jak lalkami, lądują jedni na drugich
- opisuje w książce 'Zderzenie czołowe. Historia katastrofy kolejowej pod Szczekocinami' Bartosz Jakubowski (Wydawnictwo Krytyki Politycznej).
Tuż po zderzeniu pociągów na pomoc pierwsi ruszyli mieszkańcy Chałupek i sąsiednich wsi. Wyciągali z wagonów poszkodowanych, przynosili koce i gorącą herbatę lub po prostu trzymali uwięzionych w wagonach za rękę i pocieszali. Przynosili też kanapki i herbatę strażakom pracującym przy wrakach pociągów.
Służby kryzysowe wojewody śląskiego o katastrofie dowiedziały się po godz. 21 od pogotowia w Zawierciu. Przed godz. 22 w akcję ratowniczą zaangażowano 30 karetek. Na miejsce skierowano też śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Po wypadku strażacy przez wiele godzin przeszukiwali zniszczone wagony w poszukiwaniu poszkodowanych. Akcję poszukiwawczą zakończono w poniedziałek 5 marca.
Na miejscu katastrofy pojawili się: premier Donald Tusk wraz z grupą ministrów i ówczesny prezydent Bronisław Komorowski, który ogłosił dwudniową żałobę narodową.
Katastrofa pod Szczekocinami. Co ustalili śledczy?
Częstochowska prokuratura ustaliła, że do katastrofy przyczyniły się błędy dwojga dyżurnych ruchu z posterunków Starzyny i Sprowa, którym zarzucono nieumyślne sprowadzenie katastrofy kolejowej - skierowali jadące z naprzeciwka pociągi na ten sam tor. Dyżurni odpowiadali też za poświadczenie nieprawdy w dokumentacji kolejowej.
W lipcu 2016 roku częstochowski sąd wymierzył dyżurnym kary 4 lat i 2,5 roku więzienia. Prokuratura uznała je za zbyt łagodne i wniosła apelację. 26 stycznia 2018 roku Sąd Apelacyjny w Katowicach podwyższył kary, skazując prawomocnie Andrzeja N. na 6 lat więzienia, a Jolantę S. na 3,5 roku. Dyżurni zostali uznani za winnych nieumyślnego sprowadzenia katastrofy, a uniewinnieni od zarzutu poświadczenia nieprawdy w dokumentach.
Sądy uznały, że na tragedię złożyła się seria ludzkich błędów. Według ustaleń procesu N. - mając informację o braku kontroli położenia zwrotnic - w nienależyty sposób sprawdził rozjazdy i nie zabezpieczył ich. Potem dał zezwolenie na jazdę i skierował pociąg Warszawa-Kraków na niewłaściwy tor, przeznaczony dla ruchu innego pociągu. Jolancie S. sąd przypisał m.in. niewykorzystanie funkcji 'alarm' w systemie radiowym i brak innych działań, które mogła podjąć w wyniku wątpliwości co do prawidłowości wyprawienia pociągu.
Sąd wskazywał też m.in. na rolę drużyn trakcyjnych obu pociągów, które tuż przed katastrofą kontynuowały jazdę mimo sygnałów do tego nieuprawniających. Ponadto maszyniści nie obserwowali we właściwy sposób toru przed sobą. Inaczej - co m.in. udowodnił przeprowadzony po katastrofie eksperyment procesowy - szybciej zauważyliby, że oba składy zmierzają do zderzenia. Postępowanie w tym zakresie zostało umorzone - załogi zginęły.
Katastrofa pod Szczekocinami. Wyjątkowa książka
O całym zdarzeniu niezwykle szczegółowo opowiada wspomniana już książka Bartosza Jakubowskiego, pt.: 'Zderzenie czołowe. Historia katastrofy kolejowej pod Szczekocinami' (Wydawnictwo Krytyki Politycznej). Jakubowski - jako jedyna osoba postronna - otrzymał dostęp do akt sprawy sądowej i postępowania prokuratorskiego. Książka dzieli się na cztery części. Opowiada zarówno o samym wypadku, akcji ratowniczej, ale też procesie, sposobie relacjonowania go przez media oraz o stanie kolei w Polsce.
'Książka ujawnia nieopisywane wcześniej okoliczności, sytuacje, zdarzenia i dokumenty. Wyłania się z nich przerażający obraz kartonowego państwa, którego motto brzmi: 'Śmiało, zmieścisz się'' - podaje wydawca. We wrześniu 2022 roku była szeroko omawiana w audycji 'Poczytalni' w TOK FM. Dziennikarze radia zwrócili uwagę m.in. na precyzyjny, rzetelny i uporządkowany opis zdarzeń i ich konsekwencji. Zwracali też jednak uwagę pełne emocji relacje świadków zdarzenia czy bliskich ofiar.
- Te wagony zostały ściśnięte jak harmonijki. Tam byli ludzie. Zimno, noc. Ogromna walka z czasem. Targały mną ogromne emocje, kiedy to czytałam - opowiadała Martyna Osiecka.
- Gdy czytałem o akcji ratunkowej i o tym, co się działo się w pierwszych minutach i godzinach po katastrofie, to odniosłem wrażenie, że tam, gdzie zawodzi system, nie zawodzą ludzie. Mieszkańcy, ratownicy, strażacy czy lekarze, którzy z własnej woli pytali, czy są potrzebni. Wielkie ukłony dla nich. Ale tak, miałem też poczucie 'kartonowości' państwa - opowiadał Piotr Balazs.
Źródła: PAP, własne