Znane miejsce w Bieszczadach spłonęło. "Chwilowo nie mamy swojego kąta"
- Wilcza Jama to znane w Bieszczadach miejsce. Rodzinny biznes prowadzony przez dwa pokolenia;
- W środę w Wilczej Jamie wybuchł pożar, ogień szybko objął całe poddasze, akcja gaśnicza trwała kilka godzin, nikomu nic się nie stało;
- Gdy wieść o pożarze rozeszła się po okolicy, ruszyła fala pomocy;
- "Mamy mnóstwo przyjaciół, więc trudno nie wierzyć, że będzie dobrze" - mówi współwłaściciel Adam Pawlak.
Ogień w Wilczej Jamie pojawił się w środę około godz. 8 rano. Zauważył go jeden z pracowników obiektu, który był na zewnątrz. W środku znajdowały się dwie osoby. - Mój brat był w swoim mieszkaniu, a moja mama - w kuchni na parterze. Nie czuli dymu, nie zorientowali się, co się dzieje - opowiada TOK FM współwłaściciel obiektu Adam Pawlak.
Paliła się część dachu nad mieszkaniem, przy kominie. Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Miejscowi strażacy OSP z Lutowisk byli na miejscu już po kilku minutach, mimo to pożar zdążył objąć całe poddasze. Akcja trwała kilka godzin. Na miejsce ściągnięto posiłki z czterech powiatów: bieszczadzkiego, sanockiego, krośnieńskiego i przemyskiego. Przyjechało też trzech oficerów z Komendy Wojewódzkiej PSP.
Ruszyła fala pomocy
Wilcza Jama to znane w Bieszczadach miejsce. Rodzinny biznes prowadzony przez dwa pokolenia. Zaczynał ojciec w Mucznem, skąd karczma - po 20 latach - w 2010 roku przeniosła się do Smolnika. Do prowadzenia Wilczej Jamy zaangażowali się synowie właściciela.
Gdy wieść o pożarze rozeszła się po okolicy, ruszyła fala pomocy. Już w środę po południu zaczęli przyjeżdżać pierwsi chętni do robienia porządków. W czwartek na miejscu pojawiło się kilkadziesiąt osób. - Jeszcze nie do końca wiemy, jak każdą z nich wykorzystać, ale jesteśmy wdzięczni za taką reakcję - mówi TOK FM Adam Pawlak.
Oglądamy 'Mentzen TV'. 'Ta fabryka obciachu dymi mi w domu co wieczór'
Ruszyła również internetowa zbiórka. W dobę udało się uzbierać ponad 100 tys. złotych. - Dziękuję wszystkim za to wsparcie - mówi Pawlak. - Mamy mnóstwo przyjaciół, więc trudno nie wierzyć, że będzie dobrze - dodaje.
Szczęście w nieszczęściu. Wilcza Jama była zamknięta
Wilcza Jama jest zamknięta dla gości. W restauracji trwa przerwa techniczna. - Marzec to czas, kiedy ruch turystyczny w Bieszczadach nie jest duży. Od kilku lat staramy się akurat w tym miesiącu wykonywać prace gospodarcze - mówi Pawlak.
Nie wiadomo, co było przyczyną wybuchu pożaru - ustalą to specjaliści. Według współwłaściciela nie można wykluczyć, że to sadza w kominie. - To przypadek, że akurat tego dnia przepaliliśmy sobie w piecu, żeby mieć trochę cieplej w mieszkaniach, czego na przykład nie robiliśmy dzień czy dwa wcześniej - mówi Adam Pawlak.
On i jego brat stracili mieszkania na poddaszu. - Jesteśmy cali i zdrowi, tylko chwilowo nie mamy z bratem swojego kąta i roboty - mówi Pawlak.
W czasie akcji strażaków zalane zostało też mieszkanie na parterze, w którym od trzech lat gospodarze przyjmują rodzinę z Ukrainy. To kobieta z trójką dzieci. Nie było ich w budynku w czasie wybuchu pożaru, wyjechali na tydzień - odwiedzić rodzinę w Ukrainie. Wracają w piątek i dopiero wtedy zobaczą, co się stało.