Wójt Soliny pisze do Tuska w sprawie... niedźwiedzi. "Jestem już bezradny"
- Wójt Soliny twierdzi, że zdecydował się na list do premiera, bo 'jest bezradny';
- Problem niedźwiedzi w Bieszczadach nie jest nowy, ale zdaniem mieszkańców osiągnął poziom, którego nie da się już ignorować;
- GDOŚ pracuje nad uruchomieniem specjalnej grupy interwencyjnej, która miałaby monitorować sytuację w regionach objętych ryzykiem;
- Nie wszyscy jednak zgadzają się z tezą o przeludnieniu niedźwiedzi w Bieszczadach. Dr Robert Gatzka - ekspert w dziedzinie drapieżników z Parku Ochrony Bieszczadzkiej Fauny - przekonuje, że sprawa została wyolbrzymiona.
"Kto weźmie odpowiedzialność za tragedię, która może się wydarzyć?" - pyta wójt Soliny w swoim liście do premiera Donalda Tuska. Podkreśla, że dotychczasowe środki nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. - Napisałem do premiera, bo jestem już bezradny. Wszystkie dotychczasowe działania, czyli płoszenie, odstraszanie i odławianie drapieżników, nie przyniosły efektów. Ludzie domagają się konkretnych działań - tłumaczy Adam Piątkowski.
Problem niedźwiedzi w Bieszczadach nie jest nowy, ale zdaniem mieszkańców osiągnął poziom, którego nie da się już ignorować. Oficjalne dane mówią o około stu osobnikach żyjących na tym terenie, jednak lokalni myśliwi i leśnicy są przekonani, że populacja może być nawet trzykrotnie większa. - I ja im wierzę - mówi Piątkowski.
Mieszkańcy boją się niedźwiedzi
Mieszkańcy tłumaczą, że szczególnie poruszyło ich zdarzenie z połowy kwietnia, kiedy to niedźwiedzica zabiła 21 kóz w gospodarstwie prowadzonym metodami ekologicznymi. - No jest strach. Chodzą po chodnikach, drogach, koło szkół - mówiła wtedy reporterowi TOK FM pani Justyna. - Boimy się o dzieci, nie puszczamy ich samych na podwórko - dodawała pani Elżbieta.
Jeszcze w kwietniu wójt Soliny złożył formalny wniosek o odstrzał pięciu osobników. Jak dotąd nie otrzymał odpowiedzi.
Leśnicy z Podkarpacia ostrzegają. 'Ból i zawroty głowy zaczynają się po 15-20 minutach'
Mieszkańcy - aby odstraszyć niedźwiedzie - mogą korzystać z petard, broni hukowej czy paintballa. Twierdzą jednak, że to tylko chwilowo odstrasza zwierzęta. Tymczasem na użycie skuteczniejszych środków - takich jak broń gładkolufowa z pociskami gumowymi - pozwolenie ma jedynie policja. - Ale zanim przyjedzie patrol, zwierzę dawno znika - mówi Piątkowski.
Co z tymi niedźwiedziami? GDOŚ zapowiada propozycje zmian w prawie
W odpowiedzi na apele mieszkańców Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska Piotr Otawski zapowiedział projekt nowelizacji ustawy o ochronie przyrody. Ma ona umożliwić - w uzasadnionych przypadkach - wydanie zezwoleń na użycie broni gładkolufowej z gumowymi pociskami także przez inne służby. - Chciałbym, żeby przepisy weszły w życie do końca roku. Na razie czekają w kolejce, aż zajmą się nimi posłowie - tłumaczył Polskiej Agencji Prasowej Otawski.
Równolegle GDOŚ pracuje nad uruchomieniem specjalnej grupy interwencyjnej, która miałaby monitorować sytuację w regionach objętych ryzykiem, a w razie konieczności - podejmować działania odstraszające. Projekt - jak zapowiada Otawski - może ruszyć jesienią. Oprócz działań bezpośrednich planuje się również wdrożenie programów edukacyjnych skierowanych do mieszkańców, mających na celu m.in. właściwe zabezpieczanie śmietników i kompostowników, które często przyciągają zwierzęta do ludzkich siedlisk.
Okrywała sarnę własnym ciałem. Ekspertka łapie się za głowę. 'Dziwiń się, że zwierzę przeżyło'
To ludzie są winni? "Problem nie wziął się z powietrza"
Nie wszyscy jednak zgadzają się z tezą o przeludnieniu niedźwiedzi w Bieszczadach. Dr Robert Gatzka - ekspert w dziedzinie drapieżników z Parku Ochrony Bieszczadzkiej Fauny - przekonuje, że sprawa została wyolbrzymiona.
- Problemem nie jest nadmierna ilość niedźwiedzi w Bieszczadach. Teraz jest ich około 100, a miejsca jest przynajmniej dla 300. Kluczowe jest ustalenie, ile z tych zwierząt rzeczywiście wchodzi w konflikt z człowiekiem, które konkretnie są to osobniki i czy ich zachowanie stanowi realne zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi - mówi i przekonuje, że tych "problemowych" niedźwiedzi jest mało. - Zresztą pretensje można mieć tylko do ludzi. Niezabezpieczanie odpadów bio, zwierząt gospodarczych, śmieci, łatwo dostępne resztki jedzenia blisko domów… Ten problem nie wziął się z powietrza - tłumaczy dr Gatzka.
Tymczasem mieszkańcy oczekują konkretnych rozwiązań. - Nie chcemy, żeby ktoś zabijał te zwierzęta z nienawiści, ale chcemy czuć się bezpiecznie - mówi pani Elżbieta. Wójt Soliny wskazuje na przykład Słowacji, gdzie planowany jest odstrzał nawet połowy populacji niedźwiedzi. - Inni sobie radzą, dlaczego my nie możemy? - pyta. - Na pewno nie tędy droga - ucina krótko Gatzka.