,
Obserwuj
Mazowieckie

"I co? I nic!". Nielegalne wyścigi w Warszawie. "To nie jest tak, że te wyczyny są bagatelizowane"

6 min. czytania
08.10.2024 06:29
Nielegalne wyścigi samochodowe regularnie zakłócają bezpieczeństwo na drogach stolicy. Po serii tragicznych wypadków służby wydają się ściągać białą flagę. Wciąż jednak przedstawiają to jako walkę z wiatrakami.
|
|
fot. Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl

Stołeczna policja zintensyfikowała działania przeciwko kierowcom, którzy z ulic Warszawy zrobili sobie tor wyścigowy. Szef MSWiA Tomasz Siemoniak chwalił się, że w ostatni weekend września ujawniono cztery zgrupowania ludzi przygotowujących się do nielegalnych wyścigów.

Nielegalne wyścigi i policyjne akcje

W wyniku akcji policjanci nałożyli 308 mandatów na łącznie ponad 134,5 tys. zł, zatrzymali 55 dowodów rejestracyjnych i 20 praw jazdy. Wobec 19 kierujących skierowali wnioski o ukaranie do sądu. Zatrzymali też dwie osoby. Czynności przeprowadzono w Warszawie i w ościennych powiatach. Łącznie skontrolowano 558 pojazdów.

Jak przekonuje Komenda Stołeczna Policji, nie są to jedyne działania prowadzone przez policjantów, które mają na celu poprawę bezpieczeństwa na drogach. Regularnie prowadzone są bowiem akcje: "Prędkość" i "Ciche Miasto II".

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Równie regularnie w Warszawie odbywają się także nielegalne wyścigi. O problemie mówi się już od kilku lat. Jednak szczególnie głośno było o nim w ostatnich tygodniach - po wypadku na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie, gdzie prawdopodobnie Łukasz Ż., ścigając się volkswagenem arteonem, uderzył w prawidłowo jadące auto, którym do domu wracała rodzina z dziećmi. Zabił w ten sposób 37-letniego Rafała. A żona i dzieci mężczyzny trafiły do szpitala. Nagranie tego zdarzenia wstrząsnęło opinią publiczną w Polsce.

Bodnar chce rzucić rękawicę bandytom drogowym. Będzie nowe przestępstwo?

Na problem nielegalnych wyścigów od lat zwracają uwagę także aktywiści. Ostatnio bierność w tej sprawie wytykał stołecznym funkcjonariuszom Jan Mencwel. Warszawski radny ze stowarzyszenia "Miasto Jest Nasze" opublikował w social mediach wymowne zdjęcie, które pokazuje jak przez wybryki jednego kierowcy, cała kilkupasmowa jezdnia została zablokowana.

"Zrobiła to grupa Warsaw Night Racing, która od dawna jawnie opisuje swoje wybryki. Ba - chwalą się nimi w social media. Wrzucają jakby nigdy nic film, na którym ktoś driftuje sobie nocą BMW, a cała ulica stoi przez niego w korku. I co? I nic!! Są całkowicie bezkarni. A przecież ryk takich wyścigów słychać na kilometry. Nie wspominam już o blokowaniu drogi, ewidentnym łamaniu przepisów i stwarzaniu olbrzymiego zagrożenia" - napisał.

"Jeśli w tak ewidentnej sytuacji nie da się po prostu rozbić tej grupy, to naprawdę znaczy że mamy państwo z kartonu i potrzebna jest pilna zmiana prawa" - ocenił radny. I dodał: "Gdzie była policja? Dobre pytanie. Przypominam tylko, że jak Ostatnie Pokolenie blokuje ulice to policja jest tam w sekundę i ściąga ich z jezdni siłą".

Byłam na blokadzie Ostatniego Pokolenia. Opowiem Wam, jak było

'Trzeba było wielkiej presji społecznej, żeby policja wzięła się wreszcie do roboty'

Mencwel w rozmowie z portalem 'Raport Warszawski' pochwalił weekendową akcję stołecznej policji, ale zaznaczył, że to dopiero początek drogi. - To krok w dobrym kierunku, ale trzeba było wielkiej presji społecznej, żeby policja wzięła się wreszcie do roboty. Ważne, że to się wreszcie wydarzyło, bo apelowaliśmy o to latami i nie było żadnej reakcji władz ani policji - powiedział.

Brak odpowiednich działań zarzucał policji też reporter Bartosz Józefiak, autor książki "Wszyscy tak jeżdżą", który zbierając materiał do publikacji postanowił sprawdzić, jak to wygląda. - Sam incognito brałem udział w takim zdarzeniu w Łodzi. Odbywa się to wszystko przy niesłychanej bierności polskiej policji. Organizatorzy mówili, że policjanci po cywilu sami biorą udział w takich wyścigach, choć nie udało mi się tego zweryfikować. Ale wiem, że policja o tym wiedziała, bo pojawiała się na miejscu po trzech godzinach i nikomu nawet nie wystawiała mandatu. A my zmienialiśmy miejsce - opowiadał gość "Mikrofonu" TOK FM.

Nielegalnie ścigają się po miastach. Ekspert wskazuje dwie grupy. 'Jedni śmieją się z drugich'

Policjant: Na naszych oczach nie dzieje się praktycznie nic

Policja jednak stanowczo odpiera te zarzuty. - Policjanci reagują na wykroczenia i przestępstwa. Natomiast jeśli takiego nie ma - tzn. ktoś nam zgłasza, że na jednym z parkingów dochodzi do dantejskich scen wyścigów czy kręcenia bączków, przyjeżdża patrol, a nic takiego się nie odbywa, to policjanci, jeżeli nie widzą wykroczenia, nie mają jak zareagować - mówi w rozmowie z tokfm.pl aspirant Kamil Sobótka z zespołu prasowego Komendy Stołecznej Policji.

Jak przekonuje, tak właśnie było w przypadku kierowcy "kręcącego bączki" i blokującego S8. - Dostaliśmy taką informację, nie wiemy czy od przechodnia czy kogoś, kto był w tym zatorze drogowym. Natomiast po przyjeździe policjantów na miejsce nikogo tam nie zastali - przekazuje asp. Sobótka. I tłumaczy, że skoro ruch odbywał się płynnie, nikt nie został w żaden sposób rozliczony. - Natomiast materiały, które do nas będą spływać albo już spływają, będą na pewno weryfikowane. To na X oglądał chyba każdy, ale to muszą być filmy, które pozwolą nam na zidentyfikowanie kierowcy - wskazuje policjant.

Zdziwienie może jednak wywoływać fakt, że policja nie jest w stanie wcześniej namierzyć organizatorów i uczestników takich wyścigów samochodowych, skoro chociażby wspomniana grupa Warsaw Night Racing (WNR) sama ogłasza się i często dokumentuje swoje "wyczyny" w mediach społecznościowych.

'To nie jest tak, że te wyczyny są bagatelizowane'

Aspirant Sobótka twierdzi, że policjanci nie mają takiej wiedzy. Przekonuje, że grupy takie jak WNR to bardzo hermetyczne środowiska. - Organizatorzy nielegalnych wyścigów dobrze zdają sobie sprawę z naszych działań i stosują strategie mające na celu uniknięcie kontaktów z policją. Informacje o miejscu i czasie są rozsyłane konkretnym osobom na zaszyfrowanych komunikatorach internetowych - wskazuje.

Szybko jednak jestem w stanie dotrzeć zarówno do otwartej jak i zamkniętej grupy, gdzie wskazywany jest czas oraz miejsce wyścigu. - Te wszystkie grupy na pewno są monitorowane przez policjantów. Tyle, że tam na pewno nie jest tak wprost napisane: "spotkajmy się o tej i o tej w danym dniu, powiedzmy na Alejach Jerozolimskich". Bo jeśli taka informacja jest, tam na pewno zbiorą się policjanci. Natomiast jeśli widzą w danym miejscu patrol policji, to taki wyścig się nie odbędzie - odpowiada aspirant.

I dodaje: - Jeżeli zdarza się, że te wyczyny są nagrywane i jesteśmy w stanie zweryfikować kierującego, chociażby po tablicach rejestracyjnych, wtedy przyjmujemy zawiadomienie o wykroczeniu i zajmujemy się taką sprawą. To nie jest tak, że te wyczyny są bagatelizowane. Natomiast pamiętajmy o tym, że policjanci z garnizonu stołecznego mają obowiązek zapewnić obywatelom bezpieczeństwo w wielu innych obszarach.

Były policjant: Drogowa kontrola policyjna w Polsce, to jak wygrana czwórki w Totolotka

Ponad 150 zdarzeń na dobę

Tu otwiera się więc problem nie tylko skuteczności pracy operacyjnej, chęci, czy związanych przepisami rąk, ale też niedoborów jeśli chodzi o liczbę policjantów w stolicy. - Oczywiście staramy się, żeby w ruchu drogowym było jak najbezpieczniej, ale pamiętajmy, że każdej doby w mieście stołecznym w Warszawie policjanci podejmują prawie 2 tysiące różnych interwencji. Mamy ponad 150 zdarzeń na dobę tylko jeśli chodzi o drogi - kolizji, wypadków itd. - wskazał Sobótka.

A, jak podał, nawet w przypadku najprostszej kolizji, obsługa takiego zdarzenia trwa ok. dwóch godzin. - Więc tych dwóch policjantów wówczas nie jest w stanie jednocześnie stać na skrzyżowaniu i wypatrywać interesujących nas pojazdów - powiedział policjant.

Funkcjonariusz twierdzi także, że wiele publikowanych informacji ma na celu zmylić policjantów. - Wielokrotnie te spotkania są specjalnie ogłaszane w mediach społecznościowych tak, że odbędą się powiedzmy na M1 w Markach, a tak naprawdę będą na jakiejś ulicy w Piasecznie, co utrudni naszą pracę i nie pozwoli szybko zareagować - usprawiedliwia policję Sobótka.

I przekonuje, że nawet jeśli takie spotkanie dochodzi do skutku, to policjanci nie mogą za wiele zrobić. - Zapewniam panią, że w 99 procentach jest tak, że jeżeli pojawia się patrol, to samochody stoją. I kogo tak naprawdę możemy ukarać, jeżeli młodzież sobie stoi przy swoich samochodach, nic nie robiąc i nie popełniając żadnego wykroczenia? - pyta retorycznie. - Jeszcze za stanie na parkingu ustawodawca nie dał nam takiego przywileju, żebyśmy mogli kogokolwiek ukarać - mówi.

- Możemy takie osoby wylegitymować, sprawdzić te pojazdy (czy nie są przerobione tak, że zakłócają ład i porządek publiczny), sprawdzić osoby pod kątem uprawnień. Ale niech mi pani wierzy, że za każdym razem, kiedy działamy i na miejsce przyjeżdża policja, na naszych oczach nie dzieje się praktycznie nic, co by ewentualnie wzbudzało nasze zainteresowanie. Jeżeli pojawiają się patrole policji, oni najczęściej się rozjeżdżają i jadą w inne miejsce - podsumował asp. Sobótka.

Nielegalne wyścigi. Będą zmiany w prawie?

Szef MSWiA Tomasz Siemoniak zapowiadał niedawno zmianę przepisów. - Konsultowaliśmy się z prezydentem i jesteśmy gotowi przedstawić nowelizację prawa tak, aby organizatorzy i uczestnicy nielegalnych wyścigów podlegali karom, by policja mogła walczyć z patologią. Podkreślił, że liczy na wsparcie samorządów, szczególnie większych miast, bo "tam ta patologia ma miejsce". Zaznaczył, że Komenda Główna Policji przygotowała stosowne zapisy. - Po konsultacjach z samorządami, ze stroną rządową, będziemy nowelizować ten przepis - dodał.

Aktywiści MJN postulują, aby zmienić prawo tak, żeby umożliwić również karanie próby zorganizowania nielegalnych wyścigów, jak ma to miejsce w Niemczech.