Kontrowersje wokół koncertu Maxa Korzha w Warszawie. "Mógł tam być prowokator"
- Podczas koncertu białoruskiego rapera Maxa Korzha na Stadionie Narodowym w Warszawie doszło do dantejskich scen;
- Zatrzymano 109 osób m.in. za posiadanie narkotyków i naruszenie nietykalności ochroniarzy. 50 osób ukarano mandatami na 11,5 tys. zł, a wobec 38 skierowano wnioski do sądu;
- Podczas koncertu pojawiła się także czerwono-czarna flaga OUN-UPA, sprawa została przekazana do prokuratury;
- Polska prawica próbuję wykorzystać tę sprawę politycznie. Michał Kacewicz w TOK FM wskazał, dlaczego jej narracja jest błędna.
Sobotni koncert białoruskiego rapera Maxa Korzha przyciągnął na Stadion Narodowy w Warszawie około 60 tys. miłośników jego twórczości. Jak mówił w "TOK 360" Michał Kacewicz z telewizji Biełsat, wiąże się to przede wszystkim z bardzo liczną diasporą Białorusinów i Ukraińców w Polsce. - Max Korzh jest bardzo znany. To gwiazda z samego szczytu na szeroko pojętym Wschodzie, także w Rosji (...). Jego przesłania nie są zbyt mocno sformatowane politycznie. On na tym koncercie mówił o potrzebie pokoju, o tym, że ludzie cierpią z powodu polityki, to jest takie bardzo miękkie - wskazał dziennikarz.
Kim jest Max Korzh? Kontrowersje wokół koncertu w Warszawie
O przekazie Korzha najlepiej świadczy to, że - jak podkreślił Kacewicz - nie ma on żadnego problemu z występowaniem w Rosji. Dziennikarz przypomniał te, że raper koncertował na Krymie już po jego zaborze przez Rosję, do którego doszło w 2014 roku. - Przez to przez pewien czas był na czarnej liście artystów, którzy nie mogą koncertować w Ukrainie. Potem został z tej listy zdjęty, ale nadal budzi duże kontrowersje wśród dużej części Ukraińców - mówił w rozmowie z Wojciechem Muzalem.
O koncercie Korzha w Warszawie zrobiło się bardzo głośno po tym, jak prawicowe media i politycy nagłośnili, że w tłumie znalazła się Flaga Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). W poniedziałek stołeczna policja poinformowała, że przesłała do prokuratury materiał dowodowy w sprawie "pojawienia się na stadionie haseł mogących wyczerpywać znamiona czynu zabronionego".
Jak tłumaczył Kacewicz, mówienie o tym, że była to impreza banderowska, jest jednak zupełnie nieuprawnione. - Jeśli już się tego doszukiwać, to dla ukraińskich środowisk nacjonalistycznych ten koncert był bardzo niesmaczny. Oni właśnie mówili do swoich rodaków: "Jak mogliście pójść na ten koncert?". Więc tu jest kompletne niezrozumienie kontekstów - argumentował.
I dodał, że z tego, co wie, na stadionie pojawiła się tylko jedna kontrowersyjna flaga. - Słyszałem, że to nie była wcale flaga UPA tylko flaga Prawego Sektora - organizacji, która mimo różnych opinii jednak nie jest antypolska. Jest ona w tej chwili bardzo zaangażowana w wojnę z Rosją i zdecydowanie antyrosyjska. Tym niemniej, jedna flaga może świadczyć o tym po prostu, że był tam jakiś prowokator, a nie, że był to koncert, który jest określany przez niektóre osoby jako banderowski. To absolutnie nieprawda - zaznaczył gość TOK FM.
Koncert goni koncert. Jak się mieszka obok Stadionu Narodowego?
W ocenie Kacewicza jest wprost przeciwnie. - Max Korzh jest artystą kojarzonym bardziej ze światem rosyjskojęzycznym, jest Białorusinem. Ci, którzy krytykują tę rzekomo banderowską flagę na koncercie, często w bardzo podobny sposób do Korzha wypowiadają się o wojnie. Czyli, że powinien zapanować pokój, ustępstwa ze strony Ukrainy, że trzeba to skończyć itd. To są ich idee. Więc tutaj jest bardzo dużo niezrozumienia, niewiedzy i pewnego rodzaju ideowej schizofrenii. Zresztą jak bardzo często w tego typu przypadkach - podsumował dziennikarz Biełsatu.