Wziął kredyt i wtedy się zaczęło. "To już trwa od 17 lat. Nie mogę się uwolnić"
- 15 stycznia przypadła 10. rocznica 'czarnego czwartku'. To dzień, kiedy Szwajcarski Bank Narodowy (SBN) podjął decyzję o 'uwolnieniu' kursu franka szwajcarskiego. Waluta przekroczyła wówczas 5 zł. Po decyzji SBN wysokość salda kredytów i ich rat 'wzrosła o kilkadziesiąt procent powyżej kwoty wypłaconego kredytu'.
- Informatyk Marcin Kowalewski wziął kredyt we frankach w 2007 r. Początkowo rata wynosiła ok. 3 tys. zł, ale w 2016 r. wzrosła do ponad 5 tys. zł.
- Od 2016 roku walczy w sądzie. - Nie sposób nie przywołać słów jednego z ministrów: Polskie państwo działa wyłącznie teoretycznie. Potwierdzam te słowa ze łzami w oczach: Państwo z dykty - mówi w rozmowie z tokfm.pl.
Nawet 10 lat po 'czarnym czwartku' (przypadł 15 stycznia br.), kiedy kurs franka skoczył do 5,19 zł niechętnie wraca do tamtych dni. - Nie poszedłem do kasyna i nie postawiłem wszystkiego na jedną kartę. Nie zagrałem w pokera. Nie zagrałem na Forexie. Moja decyzja była bardzo racjonalna, a jednak przyszło mi za nią zapłacić bardzo wysoką cenę - mówi w rozmowie z tokfm.pl informatyk Marcin Kowalewski.
Jak od razu dodaje, przestał się już biczować, że być może popełnił błąd, bo wziął kredyt w szwajcarskiej walucie. - Nadal się jednak zastanawiam, co mogę jeszcze zrobić, żeby się od niego uwolnić. Tym bardziej, że trwa to już 17 lat - dodaje.
Kredyt we frankach. "Byłem bardzo dumny"
Pierwszy kredyt wziął w 2007 roku - 700 tys. zł na zakup domu w stanie surowym i dokończenie jego budowy. A że banki uznały wtedy, że nie ma zdolności kredytowej w złotówkach - współpracował na działalności gospodarczej krócej niż rok - to jedyną możliwością, by kredyt w ogóle dostać, był ten we fraku. I to w jednym tylko banku. - Na placu boju został Getin Bank (potem przemianowany na Getin Nobel, a dzisiaj to Getin Nobel w upadłości zarządzany przez syndyka). Przy czym bank widział, że jestem w podbramkowej sytuacji, więc zaproponował mi zbójeckie warunki. I tak np. marża była o ok. 2 pkt proc. wyższa niż kredyty, które dostawali moi koledzy w innych bankach - wspomina.
Mimo to, umowę podpisał, bo - jak tłumaczy - postanowił, że będzie sprytny. Miał gotowy plan. - Założyłem, że wezmę kredyt na 50 lat, by jak najmniej płacić bankowi przez pierwsze lata. A kiedy będę miał już działalność dłuższą niż dwa lata, to wtedy zrefinansuję go w innym banku. W ten sposób Getin zarobi na mnie najmniej. Byłem bardzo dumny ze swojego pomysłu! Kurs franka był wtedy jednym z najniższych w historii, bo wahał się między 2 a 2,6 zł. Poza tym nieźle wówczas zarabiałem, więc nie obawiałem się, że plan się nie powiedzie - opowiada.
"Wygrać antyszóstkę w totolotka"
Pieniędzy na dokończenie budowy domu jednak nie starczyło i rok później Marcin Kowalewski zgłosił się do banku z prośbą o kolejny kredyt. Tym razem o 150 tys. zł. - Frank miał wtedy absolutne minimum, więc - patrząc z dzisiejszej perspektywy - udało mi się wygrać antyszóstkę w totolotka - ocenia.
16 lipca 2008 roku notowania franka szwajcarskiego po raz pierwszy w historii zeszły poniżej 2 zł. Dzień później przypadł pierwszy kurs zamknięcia z jedynką z przodu.
Przy okazji, doradca Open Finance, za którego pośrednictwem zaciągał kredyt, zaproponował mu w ramach ubezpieczenia na życie poliso-lokatę. - Pamiętam, że doradca pokazywał mi symulację, że oto amerykańska giełda rośnie średnio 11 proc. rocznie. Nawet przy uwzględnieniu wszystkich kryzysów, baniek i korekt. Do tego dołączył wykres obrazujący, że jeśli będę na poliso-lokatę wpłacał 300 zł miesięcznie, to po ok. 20 latach ta zarobi tyle, że sama spłaci mi kredyt. Zamiast zwykłej polisy na życie miałem więc coś, co miało jeszcze dać mi niebagatelne pieniądze - mówi, podkreślając, że cały czas starał się być rozważny i ostrożny. Wysłuchać wszystkich głosów ekspertów o kredytach frankowych.
Choć, jak zastrzega, niemal wszyscy i tak mówili jedno: Polska gospodarka, po wstąpieniu przez Polskę do UE, jest europejskim tygrysem. Mamy wzrost gospodarczy zdecydowanie wyższy niż wzrost gospodarczy starych państw Unii Europejskiej. W związku z czym - i jest to pewne jak amen w pacierzu - także złotówka będzie się umacniać w stosunku do franka szwajcarskiego i do euro. Jak przyznaje, był to dodatkowy czynnik, który sprawił, że zyskał poczucie: Tak, decyzja, którą podejmuję, jest racjonalna.
Inna rzecz, że niektórzy koledzy z dłuższym stażem w pracy podpowiadali: Powinno się brać kredyt w walucie, w której się zarabia. Ale, jak podkreśla, w mediach nadal podawano, że 'kredyty frankowe są świetne, a perspektywy przed frankowiczami rewelacyjne'.
"Utknąłem w windzie między piętrami"
Kubłem zimnej wody okazał się wzrost franka do 3,33 zł pół roku później, kiedy świat przeżywał apogeum recesji po upadku banku inwestycyjnego Lehman Brothers. - Już wtedy wiedziałem, jak bardzo się na to wszystko nabrałem. Tym bardziej, że zaczęły się też różne dyskusje, czy te kredyty są w ogóle dobre dla Kowalskiego czy nie. Z czasem KNF przypomniała, że nadzór przed laty ostrzegał przed ryzykiem, związanym z zadłużaniem we frankach - przyznaje rozmówca tokfm.pl. Potem Komisja Nadzoru Finansowego wprowadzała kolejne nowele rekomendacji S, co powodowało, że gwałtownie spadła liczba udzielanych kredytów walutowych, zwłaszcza we frankach szwajcarskich.
- Dla mnie, kiedy planowałem zrefinansować swój kredyt w innym banku, było to jak utknięcie w windzie między piętrami. Poczułem się jak matni. Znalazłem się w sytuacji bez wyjścia, a przecież miałem już rodzinę. Tak wpadłem w depresję. Zaczęło mi się też sypać małżeństwo - przyznaje.
Wtedy jeszcze nie wiedział co zrobi. Brał pod uwagę różne scenariusze. Zapisał się na terapię. Brak leki od psychiatry. Trafił na stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu. Poznał historię "współupolowanych" - tak mówią o sobie ci, którzy walczą z kredytem we frankach, ale też ci, których partnerzy targnęli się z tego powodu na życie. Z czasem zaczął się zastanawiać nad wyjazdem zagranicę - nawet jeśli miałaby to być praca na zmywaku w Anglii. A także np. pójściem do sądu. Choć, jak od razu dodaje, orzecznictwo było wtedy "nieciekawe". - Słychać było jednak o tym, że banki korzystają z bankowego tytułu egzekucyjnego, a ten pozwalał wypowiedzieć umowę i natychmiast dokonywać egzekucji z całego majątku. Zdałem sobie z czasem sprawę, że to, co było moim największym marzeniem, stało się kulą u nogi. Ale taką przyczepioną komuś, kto jest na pełnym morzu i płynie wpław. Czułem, że ciągnie mnie na dno - przyznaje.
"Kurs franka to ruletka, która stale się kręci"
Z czasem kurs franka jeszcze wzrósł. 15 stycznia 2015 r., po decyzji banku centralnego Szwajcarii - który ogłosił, że przestaje bronić kursu franka wobec euro - waluta oszalała i osiągnęła 5,19 zł.
- Wtedy uświadomiłem sobie, że to tak naprawdę ruletka. Ona się stale kręci - może się zatrzymać na 5,19 zł, ale przecież nie musi. Może osiągnąć dowolną, absurdalną wartość. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że frank jest traktowany jako waluta rezerwowa, to kiedy pojawiają się różne niepokoje - ekonomiczne, czy polityczne czy np. wojskowe - to przywiązywanie się nawet do tej bardzo teraz niekorzystnej dla nas frankowiczów wartości nie ma sensu. Za chwilę frank może przecież kosztować 7 zł albo 8 zł - przyznaje.
Przypomina też sobie, że z czasem zaczęły się pojawiać pierwsze głosy o tym, że kredyty frankowe są niezgodne z polskim prawem. - Bywało nawet, że część frankowiczów "wygrywała", choć rozstrzygnięcia były różne - od odfrankowienia do stwierdzenia nieważności umowy. W pewnym momencie podjąłem decyzję: teraz albo nigdy. To był rok 2016 - mówi. Wtedy jego rata sięgała już ponad 5 tys. zł, podczas gdy pierwsza wynosiła ok. 3 tys. zł.
- I jaką strategię Pan przyjął? - dopytuję.
- Najbardziej obiecującą, jeśli chodzi o ówczesne orzecznictwo, czyli zaniechanie spłacania rat bankowych, by być pozwanym przez bank. O co chodziło? To na pozywającym ciążył obowiązek wykazania zobowiązania. W praktyce: bank, wypowiadając umowę, przeliczał kwotę kredytu z franków na złotówki. Mówił, np. "Drogi kredytobiorco pożyczyliśmy ci 850 tys. franków, to teraz ty nam oddaj, np. 1,4 mln zł". Przy czym to bank musiał wykazać przed sądem, w jaki sposób dokonał przeliczenia. Wtedy, jak argumentował mój prawnik, łatwiej było obalić tezę banku, że należność wynosi 1,4 mln zł - odpowiada.
Jak jednak dodaje, problem w tym, że bank wypowiedział umowę "w getinowo-noblowy" sposób. - To wypowiedzenie warunkowe. Można by się było przyczepiać, czy wypowiedzenie jest skuteczne, czy nie. Niemniej skierowałem sprawę do sądu w Lublinie. Byłem przygotowany, oprotestowałem wyrok z e-sądu i sprawa poszła do ponownego rozpatrzenia - dodaje.
Decyzja miała też swoje inne następstwa. Kiedy przestał spłacać kredyt, został wpisany do BIK, stracił możliwość np. wzięcia leasingu i kupowania na raty. - Nie żeby mi to przeszkadzało, bo mam teraz awersję do zadłużania się na jakichkolwiek kwoty - deklaruje.
"Anioł Stróż poszedł spać"
Sąd uznał, że umowa jest nieważna, a kredyt zostanie rozliczony złotówka do złotówki. - Zapłaciłem 450 tys. zł, to wszystko jako kapitał, a teraz muszę jeszcze oddać 400 tys. zł. - Wydawałaby się, że to happy end, ale Anioł Stróż poszedł w tym momencie spać, bo bank upadł i jest teraz pod zarządem syndyka - ubolewa.
Zarówno on, jak i syndyk odwołał się od wyroku. Dlaczego? Marcinowi Kowalewskiemu nie podobały się trzy rzeczy. Pierwsza: mimo wygranej, sąd orzekł, że powinien ponieść koszty procesu. Druga: wyrok był niepełny, bo bank dalej był wpisany w hipotekę kaucyjną nieruchomości. Nie został w sentencji wyroku zobowiązany, by się niej wykreślić. Trzy: jego historia kredytowa dalej jest w BIK; w sentencji wyroku nie znalazło się stwierdzenie, żeby także tu dokonać korekty.
Dlatego podjął decyzję, że będzie się odwoływał. Tym bardziej, jak deklaruje, że nie miał 400 tys. pod ręką. A fakt, że miał hipotekę kaucyjną i był ujęty w BIK sprawiał, że nie mógł zaciągnąć ani kredytu, ani pożyczki na te 400 tys. zł.
- To byłby dobry wyrok, gdyby udało mi się te 400 tys. zł pożyczyć. A teraz nie dość, że syndyk, to jeszcze bardziej rozmontowany polski system sądowniczy. Dość powiedzieć, że minęły trzy lata od momentu, kiedy napisałem wspólnie z prawnikiem apelację i nie mam jeszcze wyznaczonego nawet terminu pierwszej rozprawy. Sytuacja w sądach wygląda na tyle dramatycznie, że jesienią 2023 roku sąd podjął decyzję o zawieszeniu postępowania, a dokument sądowy potwierdzający ten fakt przyszedł do mnie w sierpniu albo we wrześniu 2024 roku. Czyli papier z szuflady sędziego do szuflady referendarza albo kogoś, kto nadaje temu bieg i wysyła to pocztą szedł dziewięć albo nawet dziesięć miesięcy! - oburza się.
Dodaje od razu, że wspólnie z kancelarią odwołał się także od tego i teraz czeka na dalszy ciąg.
Frankowicz na wojnie z bankiem
- Co by pan sobie dzisiaj powiedział, gdyby znów miał 30 lat i tę wiedzę, którą ma pan dzisiaj? - dopytuję.
- Wiele razy zadawałem sobie to pytanie. Zresztą to był jeden z elementów terapii: czy popełniłem wówczas błąd? 'Nie' - brzmi moja odpowiedź. Pewnie podjąłbym ją drugi raz - odpowiada krótko.
Po chwili dodaje, że jeżeli ktoś zawiódł w tej sytuacji, to państwo, które nie zrobiło nic, by ochronić Kowalskiego. - Tymczasem problemem frankowym zostało dotkniętych ok. 700 tys. rodzin w Polsce, więc decyduje efekt skali. Poza tym i sama skala nieprawidłowości była bardzo duża. Ale dwie kwestie są fundamentalne i sprawiają, że kredyty frankowe są niezgodne z polskim prawem. Pierwsza, co jest dzisiaj najczęściej podnoszone w sądzie - banki miały złe klauzule przeliczeniowe i nie informowały o ryzyku. Druga - w ramach umowy kredytu każdy, kto taki kredyt frankowy zawierał, dostawał tak naprawdę dwa instrumenty finansowe: zwykły kredyt złotówkowy i SWAP walutowo-procentowy. Bez informacji, wymaganych przez dyrektywę unijną - wylicza.
Dlatego część frankowiczów zdecydowała się, podobnie jak Marcin Kowalewski, iść na wojnę z bankiem. Z danych Stowarzyszenia "Stop Bankowemu Bezprawiu" wynika, że na koniec 2023 r. w sądach toczyło się co najmniej 150 tys. spraw dotyczących kredytów frankowych na łączną kwotę ok. 58,6 mld zł. Jak mówił prezes stowarzyszenia Arkadiusz Szcześniak na konferencji, spraw frankowych może być ich więcej, bo niektóre banki - jak BPH, Deutsche Bank czy upadły Getin Noble - nie są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. A tym samym nie są zobligowane do upubliczniania informacji o prowadzonych sprawach sądowych. Według szacunków prezesa "Stop Bankowemu Bezprawiu" rzeczywista ich liczba może więc sięgać ok. 200 tys. - Nie jest to liczba mała, ale w stosunku do liczby zawartych umów, ciągle to nie jest nawet połowa - zaznaczył Szcześniak.
Zgodnie z przedstawioną przez niego prezentacją najwięcej takich spraw toczy się przeciwko PKO BP (36,5 tys). Następne są kolejno: Bank Millenium (24,4 tys.), Santander (21,6 tys.), mBank (19,5 tys.), Bank Pekao (8,2 tys.) i BNP Paribas (6,5 tys.).
Szcześniak przekazał też, że zawartych zostało blisko milion umów objętych ryzykiem walutowym, a ich wartość w szczytowym okresie, czyli w 2011 roku, osiągnęła niemal 200 mld zł. Na koniec 2023 roku czynnych umów - zgodnie z relacją SBB - było 246 tys.
"Państwo z dykty"
- W polskim prawie bankowym nie zmienił się ani jeden przecinek - z wyjątkiem tego, że zniknął bankowy tytuł egzekucyjny zakwestionowany przez Trybunał Konstytucyjny. Natomiast orzecznictwo jest diametralnie inne - zwraca uwagę Marcin Kowalewski.
Zastrzega, że widać też było różnego rodzaju mody. Najpierw, jak wskazuje, sądy odrzucały argumenty frankowiczów i uznawały, że kredyty są zgodne z prawem, potem było tzw. odfrankowienie, a na koniec orzekano o nieważności umowy. - W moim przypadku sprawa w sądzie ciągnie się już ponad 9 lat. I nadal nie wiem, kiedy się zakończy - mówi.
Dopytywany, z czym został po 17 latach od wzięcia kredytu, odpowiada krótko. - Mam 47 lat i 400 tys. zł do oddania bankowi. Domu jak nie mogłem sprzedać, tak nie mogę - wylicza. Jak jednak ocenia, jeśli wziąć pod uwagę koszty psychiczne - ktoś mógłby powiedzieć: gość się rozkleja nad sobą, trzeba być twardym - to zapłaciłem bardzo wysoką cenę. Odechciewało mi się żyć. Czułem się osaczony, osamotniony i oszukany - przyznaje.
- Skoro już przy podsumowaniach jesteśmy, to jak się panu podoba zapowiedź projektu, nad którym pracuje teraz Ministerstwo Sprawiedliwości? Resort wyjaśnił we wpisie, że celem ustawy jest 'stworzenie norm prawnych umożliwiających sądom szybsze rozpoznawanie spraw dotyczących kredytów denominowanych lub indeksowanych do franka szwajcarskiego' - dopytuję.
- Mnie to już nie dotyczy, natomiast to na pewno krok w dobrym kierunku. Tylko pamiętajmy też, że są tacy ministrowie, którzy się śmieją i mówią: 'Dwa razy obiecać, to jak raz dotrzymać obietnic' - ironizuje.
Inna rzecz, jak wskazuje, że syndyk Getin Noble w ramach ugody proponuje teraz, że frankowicz może zyskać umorzenie reszty długu, ale tylko pod warunkiem, jeśli sumarycznie spłacił co najmniej 200 proc. użyczonego kapitału. - Absurdalne! Tutaj znowu nie sposób nie przywołać słów jednego z ministrów: Polskie państwo działa wyłącznie teoretycznie. Potwierdzam te słowa ze łzami w oczach: Państwo z dykty - kwituje.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >