"Ciągłe darcie kotów" i konflikt między płciami. Ciemna strona ukochanej lektury dzieci
"Ulubiona książka z dzieciństwa", "pierwsza prawdziwa, jaką przeczytałam", "ukochana, najlepiej zapamiętana lektura ze szkoły, a przecież jedna z pierwszych". To powszechne opinie o "Dzieciach z Bullerbyn" Astrid Lindgren. Samo Bullerbyn stało się synonimem szczęśliwego dzieciństwa, życia w pokoju i porządku. Cały czas jest przyjemnie i wesoło, nikt nie jest zły, nikt nikogo nie krzywdzi - takie było życie w Bullerbyn. Czy taka "utopia dla dzieci" może mieć swoją mroczną stronę? Co można wyczytać pomiędzy tymi sielankowymi wierszami? Czy wizja Bullerbyn nie jest aż nadto konserwatywna?
- Nie należę do grupy osób, które wychowały się na "Dzieciach z Bullerbyn". Ta książka kompletnie mnie nie zainteresowała, gdy byłam dzieckiem, a teraz poczułam, że ma coś za uszami i trzeba ją czytać bardziej krytycznie - stwierdziła Renata Lis, pisarka i tłumaczka, na antenie Radia TOK FM.
Posłuchaj:
Podejrzana sielanka
W opinii Lis taka krytyczna lektura może być trudna, bo wymaga naruszenia utrwalonych przyzwyczajeń. Książkowe biografie autorki, Astrid Lindgren, kojarzą się pisarce z hagiografią - wszystko w nich jest "wygładzone, pozytywne, optymistyczne i dające nadzieję". Tymczasem wiemy przecież, że życie Lindgren było dalekie od sielanki - pierwsze dziecko urodziła jako nastolatka, potem była nieszczęśliwa w małżeństwie. Jednak zdaniem Lis w zbiorowej świadomości pisarka otoczona jest "infantylnym kokonem" i nie można o niej mówić jak o normalnym człowieku.
- Obraz dzieciństwa, który u niej znajduję, też wydaje mi się podejrzany - zaznaczyła Lis w audycji Anny Piekutowskiej. - Nie mam na to żadnych dowodów, ale jako zwykła czytelniczka tak to widzę. W co drugim zdaniu w tej książce pojawiają się określenia "wesoło" albo "przyjemnie", nikt nie jest zły i nikogo nie krzywdzi. Nie dzieje się nic, co byłoby zalążkiem jakiejś traumy. Dla mnie to jest totalnie nieprawdziwe. Nie odnalazłam się w tym świecie. Jakbym była nauczycielką i miałabym omawiać tę lekturę z dziećmi, starałabym się zadbać o te osoby w klasie, które nie mają życia tak słodkiego jak bohaterowie książki - powiedziała Lis. - Jak dziecko ma trudniejsze życie, ono nie znajdzie w tej lekturze nic - dodała.
Pisarka podkreśliła, że w "Dzieciach z Bullerbyn" możemy wyczytać komentarze narratorki na temat tego, że tylko pełna rodzina "z mamusią i tatusiem" jest normą i nie może być inaczej. - Dziecko z niepełnej rodziny, które będzie to czytać, może poczuć się tak, jakby ktoś negował jego istnienie. Powinno być więcej różnorodności w tym świecie. Trudno jednak oskarżać o to Astrid Lindgren, która urodziła się w 1907 roku. To była kompletnie inna epoka, więc można to jej podejście zrozumieć, ale czytając jej książkę dziś, pamiętajmy, że coś się w tym świecie zmieniło.
Lis przeszkadza również to, że cała narracja została umocowana na konflikcie dziewczyny kontra chłopcy. Zdaniem pisarki jest to "ciągłe darcie kotów". - Układy pokazane w książce są stereotypowe, głównym napędem narracji jest konflikt między płciami. Jest to irytujące. Role wśród dorosłych bohaterów również są podzielone dość typowo - zauważyła pisarka.
Zabawa z niczego
Gdy do Bullerbyn przyjeżdża kobieta z dużego miasta wraz z córką, stwierdza ona na koniec, że mieszkanie tam musi być nudne. Dzieci komentują, że przybyszka jest głupia i nic nie rozumie, bo Bullerbyn jest najlepszym miejscem na świecie. Lis nazywa to "ideologią zaścianka, ocenną, hierarchizującą". Mimo to pisarka zauważa jednocześnie w tej historii sporo pozytywnych elementów. W Bullerbyn jest dużo pracy i dzieci są do niej włączone, mają liczne obowiązki - takie jak pielenie chwastów z zagonu, udział w sianokosach czy sadzenie kartofli - ale nie są przez dorosłych wykorzystywane. Dostają za to pieniądze i mogą sobie coś kupić, co w tamtych realiach było ogromną nagrodą. W Bullerbyn rozwija się też spółdzielczość - dzieci zbierają nadwyżki wiśni, po czym idą na drogę i sprzedają je przejeżdżającym. Ma to formę spółdzielni, ponieważ dzieci z wszystkich trzech zagród mają równy udział w zyskach i to pomimo tego, że drzewka owocowe nie rosną u wszystkich.
W książce widać też dużo miłości do przyrody i do zwierząt. - Astrid Lindgren była zagorzałą obrończynią praw zwierząt. Widać to w "Dzieciach…" i to jest ogromna wartość tej lektury. Wspólny czas spędzony w otoczeniu przyrody i zwierząt gospodarskich pokazany jest jako coś wspaniałego. Do tego zabawy z niczego, bo dzieci same budują jaskinie w stogach siana albo urządzają wyprawy na kamień na jeziorze. To jest coś, co kiedyś znaliśmy, a co utraciliśmy, czyli zabawa bez pieniędzy, bez infrastruktury - stwierdziła Lis.
Najważniejsza jest przyjaźń
Czy jest to też historia końca dzieciństwa? Finalnie następuje przecież powrót do szkoły, a bohaterowie mają coraz więcej dorosłych obowiązków. - Astrid Lindgren miala 40 lat, gdy książka się ukazała, jest to więc pisane z perspektywy kogoś, kto z nostalgią patrzy wstecz i zapisuje to, co chce, żeby przetrwało z jego dawnych przeżyć - zauważyła Renata Lis.
Co współcześnie możemy wyciągnąć z tej lektury? Zdaniem Lis przede wszystkim afirmację przyjaźni. - Dorosłe dzieci z Bullerbyn możemy odnaleźć choćby w serialu "Friends". Dzisiaj dużo robimy, żeby dowartościować przyjaźń, bo czujemy, że jest czymś wyjątkowym. To jest motyw, dzięki któremu "Dzieci z Bullerbyn" wpisują się we współczesną wrażliwość - podsumowała pisarka.