,
Obserwuj
Ludzie

Kiedy pracujące dziecko było oczywistością. "Pięć lat kończyło, już je do fabryki zabierali"

tokfm.pl
7 min. czytania
30.08.2025 20:51

"Staszek mógł się niepokoić, czy sobie poradzi, albo zastanawiać, kiedy dostanie pierwszą wypłatę. Mógł też odczuwać ciekawość, bo niektóre dzieci marzyły o pracy w fabryce. Uczono je, że praca jest dobrem, więc i fabryka jest dobrem - mimo że płacą marnie, że w każdej chwili grozi redukcja, a majster może cię stłuc za byle co. Robota to robota - trzeba się cieszyć, że jest na chleb" - pisze Magdalena Kopeć w książce pt. "Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. Jak zmuszano dzieci do pracy".

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. Jak zmuszano dzieci do pracy" autorstwa Magdaleny Kopeć, wydanej 21 maja 2025 roku nakładem wydawnictwa Wielka Litera.

W objęciach fabryki

Pięć lat dziecko kończyło, już je ojcowie do fabryki zabierali. Zima nie zima. O piątej rano już przy robocie. Spać się chciało dzieciakowi, ale gdzie tam! Nieprzytomnego wlekli do fabryki, i dalej, noś szpulki, podawaj co tam trzeba. Zimą śniegi po pas, dzieciaki płaczą, a tu nic, tylko dymaj bratku ze starymi! Nosili nas na rękach, bośmy oczu otworzyć nie mogli i przez śniegi po ciemku nie bylibyśmy się przekopali. Uciec do domu nie sposób, bo i drogi z tych sal się nie znało, a jeśli się dzieciak zabłąkał na inną salę, to dostał lanie od ojca.

Jakie wrażenie robiła na dziecku wielka, głośna i duszna hala fabryczna? Może nam się wydawać, że musiała je przerażać, a prowadzone do pracy ośmio- czy dziesięciolatki na progu robiły znak krzyża. I że - jak wspominał w wierszu pewien robotnik - z drżeniem serc patrzyły, jak pary "kolikami targają":

Zapoznałem się z przędzalnią, tkalnią a także bielnikiem
W ten sposób się stałem
Z dziecka robotnikiem

Wiedziałem co gremple i co salfaktory
Co robią na weberni
Szumiące transmisje, tryby i motory.

Widziałem ja pary, co kolikami targają
Różne żelazne dziwadła
Gdy są na obrotach, to aż mury drgają.

Ale emocje towarzyszące dzieciom w pierwszych dniach pracy fabrycznej bywały tak różne, jak ich charaktery, przygotowanie, dotychczasowe życie i warunki rodzinne. Na pewno powinniśmy się w pewnej mierze wyzbyć współczesnego punktu widzenia: dzisiejszy trzynastolatek nie byłby w stanie zrobić większości rzeczy, które wiek temu wykonywały młodsze od niego dzieci.

Jeśli więc w 1897 roku ojciec przyprowadził do fabryki wyrobów wełnianych "Landau i Weile" na ulicy Kątnej w Łodzi trzynastoletniego Stasia, by przy znajomym majstrze uczył się roboty, to poza zwykłą, wynikającą z niewyspania niechęcią, chłopiec nie odczuwał pewnie silniejszych emocji. Fabrykę znał, ojciec pracował w niej od lat. Staś bywał tu od małego, przynosił obiady albo przychodził pomagać. Może kiedyś onieśmielał go i przytłaczał widok wielkiej bramy oraz trzypiętrowego ceglanego budynku z kominami, kotłami i groźnie buczącą maszynownią na parterze, ale teraz, gdy był już prawie dorosły, fabryka to dla niego miejsce jak każde inne. Chłopak oswoił się z hałasem, poznał rozkład hal, wie, gdzie wchodzić, a jakich miejsc unikać i którego majstra się wystrzegać. Fabryka to naturalna część jego środowiska. Dokoła były zresztą dziesiątki podobnych - Łódź wyglądała z łąk nieodległej Retkini jak wielki jeż z dymiącymi igłami. Owszem, Staszek mógł się niepokoić, czy sobie poradzi, albo zastanawiać, kiedy dostanie pierwszą wypłatę. Mógł też odczuwać ciekawość, bo niektóre dzieci marzyły o pracy w fabryce. Uczono je, że praca jest dobrem, więc i fabryka jest dobrem - mimo że płacą marnie, że w każdej chwili grozi redukcja, a majster może cię stłuc za byle co. Robota to robota - trzeba się cieszyć, że jest na chleb.

"Pastuszkowie, gazeciarze, tkaczki. Jak zmuszano dzieci do pracy", Magdalena Kopeć
fot.

Wielka Litera

O wiele bardziej ten dymiący jeż przerażał przybysza ze wsi, przyzwyczajonego do innej pracy i innego rytmu życia. Takie dziecko po przyjeździe do miasta, z rodzicami lub samodzielnie, zderzało się z zupełnie inną codziennością. Chwilę później witała je fabryczna syrena, stukot czółenek, pęd maszyn czy drażniący zapach. Wiejskie dziecko z pewnością bało się o wiele bardziej - podobnie zresztą jak świeżo przybyli do miasta dorośli, o których zasiedziali robotnicy wypowiadali się z pogardą, kpiąc z ich lęku. (...)

W fabryce każde dziecko, czy młodsze, czy starsze, musiało przywyknąć do panującego systemu i się do niego dostosować. Sygnał do rozpoczęcia pracy dawała syrena. Potem wszyscy odsuwali się od maszyn, bo uruchamiano pasy transmisyjne i przy braku ostrożności mogło dojść do wypadku. Wieczorem syrena wyła ponownie, oznajmiając wyczekiwany koniec pracy. Maszyny stawały, pasy transmisyjne zwalniały, by z niemal widoczną ulgą się zatrzymać.

Takiemu fabrycznemu rytmowi podporządkowane było życie tysięcy dzieci - choćby czternastoletniej Michaliny. Chodziła do pracy na wpół do szóstej. Z domu do fabryki miała jakieś dwa i pół kilometra. Gdy zjawiała się na miejscu, strażnicy dopiero rozplombowywali sale. Michalina zakładała fartuch, stawała przy krośnie i starannie oglądała czółenko. Jeśli było zniszczone czy pęknięte, nie odbijało dobrze - wtedy robota szła kiepsko, można było nawet zrobić sobie krzywdę. Już jej się zdarzyło, że czółenko wypadło i uderzyło ją w piersi; chodziła potem z sińcem. Następnie szła do magazynu po szpulki, nakładała je na czółenko i gdy tylko ruszyła transmisja, uruchamiała maszynę.

Dwa razy w tygodniu krosno trzeba było omieść. Na sygnał odsuwała się prędko, bo znaczyło to, że puszczają transmisję. Maszyny ruszały i robił się niesamowity huk. Tkaczki miały specjalny system porozumiewania się na migi. Michalina początkowo z przerażeniem patrzyła na znaki dawane jedna drugiej, ale szybko zrozumiała ich znaczenie. "Jadło się przy krosnach - wspominała. - Wtedy, gdy krosna szły dobrze. Często śniadanie jedliśmy w ratach, ugryzło się i już trzeba było biec do maszyny, bo na przykład nitka się zerwała".

W zależności od branży i rodzaju produkcji warunki w pomieszczeniach fabrycznych nieco się różniły. Ale we wszystkich najczęściej było ciemno - małe okna dawały niewiele światła, a promienie słońca nie mogły przebić się przez brudne szyby. W powietrzu unosił się kurz z tkanin lub pył i popiół z klepiska czy podłogi, po której deptały nieustannie dziesiątki stóp.

Gdy wszedłem do jednej z sal, zwanej sortownią (gdzie wełna oczyszcza się z niepotrzebnych cząstek), dziwny i bolesny uderzył mnie widok. Wyobraźmy sobie izbę dość długą, a niską tak, że średniego wzrostu człowiek sufitu ręką dostaje. Żadnej zgoła nie ma tu wentylacyi, żadnego środka odświeżania powietrza. Atmosfera zabójcza tamuje formalnie oddech i nieprzywykłego do niej wprawia w pewien rodzaj omdlenia […].

W większości zakładów wentylacji nie było aż do początków XX wieku. Okres międzywojenny przyniósł pod tym względem niewielką poprawę, właściciele zaczęli bowiem dostrzegać związek pomiędzy warunkami pracy a wydajnością robotników. Niemniej nadal istniały i takie fabryki, w których panowały warunki XIX-wieczne, a elektryczne oświetlenie pojawiło się dopiero kilka lat po drugiej wojnie światowej.

Redakcja poleca

Pelagia Pawelska, inspektorka pracy z województwa kieleckiego, przeglądając dokumentację wypadków przy pracy ze swojego okręgu za 1932 rok, odnotowała:

Sięgam po nową wiązkę. To przemysł ceramiczny […] cegielnie i huty szklane. Wypadków jest 9. Oto w cegielni przy wożeniu cegły dziewczyna przytłukła sobie palec u ręki, przy przetaczaniu koła zębatego chłopiec uległ pokaleczeniu dłoni. Przy obsłudze walców do gniecenia gliny chłopiec uległ zmiażdżeniu dłoni. W hutach szklanych: młodociana dziewczyna t.z.w. formiarka ulega dwukrotnie w ciągu roku oparzeniu raz ręki, drugi raz twarzy roztopionem szkłem, niesionem na t.z.w. "piszczeli" przez majstra hutniczego. Wypadki oba powoduje ten sam majster, nieuważny lub może złośliwy, bo nieraz wchodzi w grę przy pracy kwestja płci. Chłopiec młodociany doznaje oparzenia oka roztopionem szkłem, tam dziewczynie na głowę spada rura przewodu powietrznego, chłopiec kaleczy palec przy smarowaniu liny od windy, inny przy szlifowaniu wyrobów szklanych.

Teoretycznie branże szklarska czy ceramiczna to przemysł lekki. Ale lekki był on tylko z nazwy. Zaliczały się do niego nie tylko pracownie krawieckie czy szwalnie, ale też pralnie i farbiarnie. Praca w nich niosła ze sobą szczególne zagrożenia, z których dziś mało kto zdaje sobie sprawę. W pralniach groźny był chlorek, w farbiarniach - inne substancje chemiczne i ich wyziewy. Prasowalnia? Niby nic takiego. Można się oczywiście poparzyć, ale kto nie dotknął nigdy gorącego żelazka? Jednak żelazka na duszę bądź pudełkowe, w których tliły się węgielki, oraz żelazka gazowe, które zaczęto stosować w okresie międzywojennym, to urządzenia zupełnie inne niż te, którymi posługujemy się dzisiaj. Pierwsze wymagały siły i doświadczenia, by nie zrobić sobie krzywdy i nie zniszczyć ubrań. Gazowe niby uwalniały od ciągłego pilnowania temperatury, ale wydzielały spaliny. Jedno żelazko używane przez służącą w pokoiku z oknem nie szkodziło bardzo, ale wytrzymanie w zamkniętej prasowalni z wieloma stanowiskami i żelazkami było trudne dla osób postronnych - nawet dla inspektorów. Nieprzywykłe płuca nie potrafiły oddychać dziwnym, śmierdzącym powietrzem. Pracownicy natomiast w ogóle już tych wyziewów nie czuli. Halina Krahelska wspomina:

Gdy raz na przykład weszłam do małej fabryczki grzebieni przy ul. Wolskiej, nie byłam w stanie odetchnąć z powodu zapierającego oddech kwasu octowego którym było przesycone powietrze. Ze zdumieniem patrzałam z progu na pracujące w tej atmosferze robotnice. Zaśmiały się one wesoło, gdy mnie łzy popłynęły z oczu na skutek szczypania kwasem octowym.

Redakcja poleca

W papierniach problemem były opary kleju, szlifierze z kolei wdychali pył metalowy. Podobnie przy galwanizacji - gazy i wyziewy. W jednej z hut szkła w obwodzie warszawskim sortowaczki i pakowaczki nie pracowały w hali, tylko w otwartej szopie. Odbieraczki noszące szkło do ostudzenia przechodziły od rozżarzonego pieca na dwór - nieustannie z upału na zimno i z powrotem. W fabrykach chemicznych robotnicy często pracowali wśród trujących gazów i oparów, w papierniach szczególnie złą sławą cieszyły się sortownie szmat - ze względu na brud, pył i kurz. Robotnice - bo najczęściej pracowały tam kobiety - wymiotowały, cierpiały na migreny, pylicę i problemy z oczami. W halach, gdzie bielono masę ze szmat za pomocą chloru, ludzie nieraz ulegali silnym zatruciom. W cukrowniach na wydziale nalewarni panował skwar. Robotnicy - jeśli mieli odwagę albo już nie byli w stanie pracować - skarżyli się, jak ci z fabryki wstążek jedwabnych Rejchera w Warszawie:

Warunki sanitarne w fabryce są fatalne, w latrynach zalegają zamarznięte stosy fekaliów. W fabryce jest brudno, zamiatana jest raz w tygodniu. W fabryce nie ma ogrzewania, ludzie nieustannie chorują. Lekarz przychodzi dwa razy w miesiącu, ale nie daje leków, tylko recepty na leki, na które robotników nie stać.

O udogodnieniach, takich jak bieżąca woda, umywalnia czy ustęp, często w ogóle nie było mowy. Inspektorzy pracy działający w okresie międzywojennym powtarzali te same zarzuty wobec większości właścicieli: złe warunki pracy i warunki higieniczne, niedostateczne oświetlenie, brak wentylacji czy umywalni. Wyciągi mające pochłaniać pyły i zanieczyszczenia działały nieprawidłowo, nie działały wcale - albo w ogóle ich nie było. W najlepszym wypadku można było otworzyć okna. (...)

Posłuchaj: