Jak zatonął prom "Estonia"? "Mamy do czynienia z tajemnicami"
Zaledwie kilkanaście miesięcy po zatonięciu promu "Jan Heweliusz", na Bałtyku doszło do kolejnej katastrofy, tym razem promu "Estonia". Zginęły wtedy 852 osoby. Były kapitan żeglugi wielkiej i ekspert od katastrof morskich Marek Błuś podkreślał w TOK FM, że także w tej sprawie nadal "bardzo wielu rzeczy nie wiemy". - Estoński rząd nie odpuszcza. Cały czas toczy się śledztwo - mówił.
- Zatonięcie promu "Estonia" na Bałtyku w 1994 roku to jedna z największych katastrof morskich ubiegłego wieku;
- Wciąż trwają spekulacje i dochodzenie w sprawie przyczyn tej tragedii;
- Były kapitan żeglugi wielkiej i ekspert od katastrof morskich Marek Błuś wskazywał w TOK FM na kilka wersji dotyczących wyjaśnienia zatonięcia promu.
Prom "Estonia" zatonął w nocy z 27 na 28 września 1994 roku na Morzu Bałtyckim, gdy płynął z Tallina do Sztokholmu. Na pokładzie znajdowało się 989 pasażerów i członków załogi. Katastrofa pochłonęła 852 ofiary, co czyni ją jedną z najtragiczniejszych w ubiegłym wieku. W przeciwieństwie do katastrofy promu "Jan Heweliusz", wówczas na Bałtyku panował sztorm, jednak warunki pogodowe określane były jako mieszczące się w normach dla żeglugi i wszystkie statki pływały rozkładowo. Jednak podobnie jak w przypadku polskiej jednostki, choć minęły dziesięciolecia, to ta tragedia wciąż budzi wiele wątpliwości i pytań.
Różne wersje katastrofy
Jak mówił w TOK FM Marek Błuś, były kapitan żeglugi wielkiej, ekspert od katastrof morskich i dziennikarz, istnieje kilka wersji wydarzeń dotyczących zatonięcia "Estonii". Przypomniał, że ocaleni opisywali różne dźwięki, które słyszeli tuż przed tragedią. Część z nich miała być związana z tym, że ruchoma klapa, tak zwana furta dziobowa, odrywała się i jednocześnie uderzała o burtę statku. W momencie gdy odpadła, miała pociągnąć za sobą rampę prowadzącą na pokład samochodowy, która się otworzyła i - jak ujął rozmówca Macieja Zakrockiego - jak wielka łyżka zaczęła nabierać wodę do wnętrza pokładu. To właśnie ta sekwencja zdarzeń, jak zaznaczył, stanowi oficjalne wyjaśnienie przyczyn katastrofy.
Ekspert zwracał uwagę, że według wersji zaprezentowanej przez estoński rząd w 2006 roku, przebieg katastrofy wyglądał inaczej niż w oficjalnym raporcie estońsko-szwedzko-fińskiej komisji sprzed 28 lat. - Rampa prowadząca na pokład, na którym znajdowały się samochody, nie miała wówczas całkowicie odpaść, lecz jedynie częściowo się uchylić. W związku z tym statek nie mógłby nabierać wody w takiej ilości, która doprowadziłaby do katastrofy - wyjaśniał.
Wśród nieprzekonanych jest też między innymi szwedzki inżynier okrętownictwa Anders Björkman, autor książki "Katastrofa Estonii: Prawda i kłamstwo". Według niego przyczyną zatonięcia promu nie było uszkodzenie furty dziobowej, lecz dziura w burcie poniżej linii wodnej. - On twierdzi, że gdyby kadłub był całkowicie szczelny, to woda zbierająca się na pokładzie samochodowym (wyłącznie przez otwartą rampę) spowodowałaby wywrócenie się statku do góry dnem i jednostka przynajmniej przez pewien czas powinna utrzymywać się w tej pozycji na powierzchni - powiedział gość TOK FM. - Tak było w przypadku promu "Jan Heweliusz", natomiast "Estonia" położyła się na burcie - podkreślił.
- Wiadomo, że wkrótce po tym, jak odkryto obecność wody w kadłubie, statek zaczął się gwałtownie przechylać. W pierwszym momencie przechył mógł sięgnąć nawet 50 stopni, choć zwykle takie oceny w relacjach świadków bywają nieco przesadzone - mówił Błuś. - Później, ku zaskoczeniu wszystkich, prom zaczął się prostować i ustabilizował się przy przechyle około 15 stopni. Temu momentowi większość uratowanych zawdzięcza życie, bo dostali oni czas na to, żeby wydostać się na zewnątrz - zaznaczył w audycji "Maciej Zakrocki przedstawia".
"Mamy do czynienia z tajemnicami"
Ekspert od spraw katastrof morskich zaznaczył, że wciąż "nie wiemy bardzo wielu rzeczy" związanych z zatonięciem promu "Estonia". - Estoński rząd nie odpuszcza. Cały czas toczy się śledztwo, którego szczegóły na pewno nie przechodzą do opinii publicznej. Mam nadzieję, że będziemy się czegoś dowiadywać - powiedział.
Jak wskazał przy tym Marek Błuś, w raporcie opublikowanym przez stronę estońską w 2006 roku "pojawiły się zarzuty o fałszowaniu nagrań wideo wykonywanych podczas pierwszych nurkowań przy wraku". W jego ocenie istotne jest to, że "te wątpliwości nie są już zgłaszane przez prywatne osoby drążące sprawę, ale pochodzą od organu rządowego". - Wszystko to prowadzi do wniosku, że mamy do czynienia z tajemnicami, które nadal pozostają strzeżone - dodał dziennikarz.
Źródło: TOK FM, fot. Accident Investigation Board Finland