"112 dla zwierząt" przetrwało dzięki darczyńcom. Gdzie jest państwo w tej sprawie?
Pieniądze od prywatnych darczyńców, a nie środki budżetowe pomagają ratować zwierzęta w Polsce. - Nie ma prostego czy szybkiego rozwiązania, które by udrożniło to wszystko i sprawiło, że pomoc zwierzętom by nagle ruszyła z kopyta - przekonuje w rozmowie z Tokfm.pl Mikołaj Jastrzębski ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki.
- Tylko dzięki pomocy prywatnych darczyńców funkcjonować może dalej aplikacja Animal Helper - numer alarmowy dla zwierząt;
- Zbiórki charytatywne to codzienność dla organizacji pozarządowych czy osób prywatnych zajmujących się rannymi, chorymi czy zaniedbanymi zwierzętami;
- Mikołaj Jastrzębski ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki nie ma wątpliwości, że przyczyna braku pomocy od państwa jest prozaiczna - brak środków;
- W rozmowie z Tokfm.pl aktywista widzi jednak nadzieję, że "zapieczony system" się zmienia, czego dowodem jest ponadpartyjna zgoda ws. zakazu hodowli futerkowej.
Już prawie 720 tys. zł (a kwota ciągle rośnie) zebrano w zbiórce na Animal Helper - swego rodzaju numer alarmowy dla zwierząt. Niedawno pisaliśmy, że aplikacja stoi na krawędzi bankructwa, środków wystarczało wówczas na miesiąc działalności.
Fundacja Psia Krew, która stworzyła aplikację, zorganizowała internetową zbiórkę. I niecały miesiąc później, zapewne także dzięki nagłośnieniu sprawy przez media, udało się zebrać środki na dalsze funkcjonowanie (miesięczny koszt to ok. 85 tys. zł).
"Kochani, uratowaliście Animal Helper" - napisano na profilu aplikacji. Tylko dlaczego musieli zrobić to prywatni darczyńcy, a "numeru 112 dla zwierząt" nie finansuje państwo?
Darowizny, a nie budżet
- Utrzymujemy się z darowizn, ze współpracy z naszymi sponsorami. Są firmy, które wspierają nasze działania. Nie jesteśmy finansowani przez państwo czy samorządy. Mimo że de facto wypełniamy lukę systemową, którą powinno wypełniać państwo. 112 dla zwierząt jest czymś bardzo potrzebnym, czego do tej pory w naszym kraju nie było - mówiła nam w październiku Magdalena Matelska, odpowiedzialna za komunikację w zespole Fundacji Psia Krew.
Jak dodawała, pewien problem dla ewentualnego finansowania z budżetu stanowi "międzyresortowość" aplikacji. - Z jednej strony jesteśmy technologią, z drugiej pomagamy zwierzętom, a to już inne ministerstwo. Próbujemy rozmawiać z różnymi politykami. Rozmawiamy z Ministerstwem Rozwoju i Technologii, z Ministerstwem Klimatu i Środowiska, z posłami. Ale to długotrwały proces. A potrzebujemy pieniędzy tu i teraz - podkreślała Matelska.
Od zbiórek na głodne, ranne czy chore zwierzęta w sieci aż się roi. Pomagam.pl: "Nakarm je w Dzień Kundelka", "Razili prądem zagłodzonego psa", "Na ratunek pogryzionemu kotkowi". Zrzutka.pl: "Mania - ostatni pies z Radys", "Prosimy o wsparcie w sterylizacji przybłąkanych kotek", "Pomóż nam zatroszczyć się o kociątka!". To tylko kilka pierwszych z brzegu przykładów. Czy państwo odpuściło sobie zajmowanie się problemami zwierząt?
- Nie wiem, czy odpuściło, czy nigdy nie zaczęło tak na poważnie się nim zajmować - stwierdza w rozmowie z Tokfm.pl Mikołaj Jastrzębski ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki.
Jak przekonuje, składa się na to kilka czynników. Pierwszy jest raczej oczywisty - brak środków. - Głównie jeśli chodzi o Inspekcję Weterynaryjną. Brakuje dofinansowania, zasobów, pracowników. Sama inspekcja bardziej skupia się na bezpieczeństwie żywności niż zwierząt - podkreśla.
Kolejna sprawa to niska świadomość wśród pracowników instytucji, które mają do czynienia ze zwierzętami. - Brakuje wiedzy wśród policjantów czy strażników miejskich, jakie mają obowiązki w zakresie ustawy o ochronie zwierząt - mówi Jastrzębski. Są wyjątki - jak np. Warszawa, gdzie w ramach Straży Miejskiej działa Ekopatrol, a ranne ptaki można oddawać do Ptasiego Azylu. - To bardziej doraźne rozwiązania ze strony samorządów niż samego państwa - dodaje jednak nasz rozmówca.
- Organizacje, które od lat działają na rzecz zwierząt, czasem przejmują na siebie rolę państwa, zapewniając pomoc tam, gdzie jest najbardziej potrzebna, ale tak nie powinno być - podkreśla ekspert. Jak przekonuje, w idealnym scenariuszu powinno istnieć stanowisko Rzecznika Praw Zwierząt albo osobna służba, która mogłaby zajmować się kwestią dobrostanu zwierząt. - Albo osobne ramię Inspekcji Weterynaryjnej. Ale na to potrzeba gigantycznych środków, których prawdopodobnie nie ma - podkreśla. To bowiem pociąga za sobą takie prozaiczne rzeczy jak nowe stanowiska czy przestrzeń biurowa.
Nasz rozmówca wspomina, że pewnego razu wysłał 605 wniosków o dostęp do informacji publicznej do powiatowych lekarzy weterynarii. Chciał sprawdzić, jak wygląda nadzór nad fermami futerkowymi. - Potem wielu inspektorów dzwoniło do mnie i mówiło, że oni po prostu nie mają ludzi, nie mają środków, mają natomiast bardzo dużo podmiotów, które muszą nadzorować. Gdyby chcieli, nie są w stanie przeprowadzać pogłębionych kontroli na tych fermach, na których może być nawet sto tysięcy zwierząt. A według danych jedna taka kontrola trwa dwadzieścia minut. Oni zwracali uwagę, że jest problem. Ale nawet gdyby chcieli, nie są w stanie tego rozwiązać - podkreśla.
Rzecznik od praw zwierząt? "W przyszłości"...
- System jest skostniały i jakby zapieczony. Nie ma prostego czy szybkiego rozwiązania, które by udrożniło to wszystko i sprawiło, że pomoc zwierzętom by nagle ruszyła z kopyta - ocenia Jastrzębski.
Jak wspomina, pojawiły się postulaty, by Inspekcja Weterynaryjna zamiast Ministerstwu Rolnictwa podlegała np. Ministerstwu Środowiska. - Często Inspekcja ma nadzorować podmioty, ale ich głównym zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa żywności, a nie ochrona zwierząt czy ich dobrostanu. Jak zwracamy uwagę na dobrostan, pojawia się konflikt interesów - zaznacza ekspert.
Jastrzębski powraca do pomysłu powołania rzecznika ochrony zwierząt. - Pytanie, co byłoby dokładnie jego zadaniami i jaką miałby moc, co mógłby robić. Na pewno to by w pewien sposób ruszyło do przodu wiele spraw, ale taki postulat od lat się przewija, a potem nigdy nie jest podejmowany i w końcu znika - stwierdza.
Tacy rzecznicy działają na poziomie lokalnym (np. w Krakowie). "Będę bardzo się cieszył, gdy przepisy prawne pozwolą w przyszłości powołać Rzecznika Praw Zwierząt" - mówił natomiast minister rolnictwa i rozwoju wsi Jan Krzysztof Ardanowski… w 2020 roku, ponad trzy lata przed zmianą władzy.
Światełko w tunelu
Mimo wszystko nie jest tak źle. Chociażby patrząc na to, że niedawno doszło do ponadpartyjnej zgody w kwestii zakazu hodowli zwierząt na futra. W październiku Sejm przegłosował całkowity zakaz, z ośmioletnim vacatio legis. Za uchwaleniem regulacji zagłosowało 339 posłów, 78 było przeciw, a 19 wstrzymało się od głosu (zatem zakaz poparło niemal 78 proc. głosujących).
- Głównym argumentem, który wybrzmiewał, był ten od strony empatii, wrażliwości na cierpienie zwierząt i tego, że w XXI wieku już nie powinno być miejsca na skórowanie zwierząt dla ich futer. Coś się zmienia, rusza. Pojawia się wrażliwość w mainstreamie, politycy pochylają się nad tym tematem i są w stanie działać ponadpartyjnie. Zaczyna przebijać się argument, że cierpienie zwierząt nie ma barw politycznych - ocenia Mikołaj Jastrzębski.
I przypomina nieudane prace nad "Piątką dla zwierząt" w 2020 roku. Ona również zakładała zakaz hodowli zwierząt futerkowych, a także zakaz stałego trzymania zwierząt na uwięzi czy ograniczenie uboju rytualnego. - Już "Piątka" pokazała, że troska dla zwierząt od lewa do prawa jest wpisana w naszą kulturę. Tamta propozycja, jak się okazało, była zbyt obszerna i w końcu lobbyści byli w stanie skutecznie ją zablokować. Dziś jest inaczej. Wola polityczna jest dużo silniejsza, politycy są w stanie dogadać się ponad podziałami, nanieść poprawki, pójść na ustępstwa. Zwierzęta na tym bardzo skorzystają. Wszystko idzie w dobrym kierunku, jeśli chodzi o ochronę zwierząt w Polsce - uważa Jastrzębski.
Przeciwko zakazowi hodowli futerkowej była m.in. Konfederacja (a także część PiS, Republikanie i Konfederacja Korony Polskiej). Aktywista przytacza jednak ciekawe spostrzeżenie z przeprowadzonych przez Stowarzyszenie badań elektoratu. - Wychodzi nam, że w elektoracie Konfederacji 52 procent osób popiera zakaz hodowli zwierząt na futra. Ale w Sejmie za tym jest zero procent posłów partii - oni nie do końca kierują się tym, czego chce ich elektorat. Pojawiają się też pojedyncze głosy na Twitterze (X) ze strony kobiet Konfederacji, niektóre panie stają po stronie zwierząt, jednocześnie jasno mówią, że popierają Konfederację i Mentzena - podkreśla Jastrzębski. Może więc zmiany to tylko kwestia czasu?
Źródło: Tokfm.pl