,
Obserwuj
Polska

Praca Ukraińców w Polsce. "Wszyscy brali tabletki przeciwbólowe"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
20.09.2026 10:03
Obserwuj nas na Google

"Mijały kolejne tygodnie - bez zmian. Ludzie dzwonili nawet do konsulatu, na czerwoną linię. Słyszeli: 'A co my mamy poradzić? Wy na czarno pracujecie. Możecie ukraść piłę, wtedy przyjedzie policja i może ktoś zada koordynatorowi pytanie o pracowników i może wyjdzie, że na czarno u niego jesteście'". Publikujemy fragment książki Joanny Mikulskiej pt. "Pierogów już nie robię. O szarej strefie usług opiekuńczych".

Ogłoszenie o pracę (zdj. ilustracyjne)
Ogłoszenie o pracę (zdj. ilustracyjne)
fot. Patryk Ogorzalek / Agencja Wyborcza.pl

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Joanny Mikulskiej pt. "Pierogów już nie robię. O szarej strefie usług opiekuńczych", która ukazała się 1 lipca 2026 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

- Chcę podpalić to miasto. Żeby go nie było, ale najpierw niech cierpi tak jak ja. Swojej matki nie widziałam przez pierwsze cztery lata życia. Potem przeprowadzaliśmy się dziesiątki razy. Pamiętam ściany pokryte szronem i spanie pod dwiema warstwami pierzyn, w czapkach. Nie było pieniędzy na opał. Ci faceci mojej matki próbujący mnie zgwałcić, od których uciekałam. Żeby ten Gdańsk spłonął, za te wszystkie krzywdy, których doświadczyłam.

Olena Kovalchuk (ukr. Олена Ковальчук) siedziała na przystanku autobusowym i była wściekła. Nie miała śmiałości, żeby krzyczeć, była w Polsce od dwóch tygodni. Złość i bezsilność przemieniła w łzy. Właśnie dostała mandat za jazdę bez biletu i musiała wysiąść z tramwaju. A bilet przecież miała! Kupiła przed wejściem i ściskała w ręku. Gdy dwóch rosłych mężczyzn podeszło do niej i poprosiło o bilet, łzy nie pomogły, mandat wlepili. Po prostu nie wiedziała, że musi go skasować, nie rozumiała nawet tego słowa. Wytłumaczyli jej, że należność trzeba opłacić w ciągu siedmiu dni, inaczej mogą być problemy na granicy przy wyjeździe z Polski.

Do Gdańska trafiła przypadkiem. Nie ona to miasto wybrała. Do Polski przyjechała, żeby pracować w Biedronce. W Warszawie okazało się, że wakat był tylko w Gdańsku, rozdzieliła się ze znajomą. Dostała pracę w magazynie, tylko na nocki.

Miała rozładowywać towar na regały. Nie można było tego robić w dzień, bo sklep był pełen ludzi. Do tego koordynator Ukrainiec krzyczał na pracowników i popędzał. Przy jej wadze - czterdzieści pięć kilo - wrzucenie kilku ciężkich pudeł z masłem na najwyższą półkę w lodówce graniczyło z cudem. Po dwóch tygodniach straciła siły, nawet na cuda, i jeszcze ten mandat. Siedząc na przystanku, poczuła, że ma dość.

Wieczorem postanowiły z koleżanką uciec z tego miasta. Spakowały się po cichu i w bezruchu czekały rano w pokoju, aż koordynator, który spał za ścianą, wyjdzie z budynku. Gdy tylko wsiadł do auta, wybiegły z torbami na pociąg i ruszyły do Warszawy. Koleżanka Oleny znalazła im pracę na plantacji malin pod stolicą.

− Uciekłyśmy! Ale dokąd? Co to było!? Bunkier, stary betonowy budynek, częściowo pod ziemią, mieszkaliśmy w osiem osób. Miejscowości nie pamiętam. Jedliśmy maliny, które zbieraliśmy na wielkim polu. Gdy padał deszcz, po prostu nas tam zostawiali. Zapłacili dopiero po groźbach, że wezwiemy policję. Uciekałyśmy dalej. I trafiłyśmy gorzej. Tę nazwę pamiętam: Wólka Radzymińska. Wywozili nas piętnaście kilometrów w las. Do oczka. Oczko to był fragment lasu otoczony budowlaną siatką z cienkiego drutu. Wyrywaliśmy tam chwasty po dziesięć godzin dziennie. Czasami rękami, czasem nożycami ogrodniczymi wokół sadzonek: dębu, brzozy, grabu. Nawet w niedziele pracowaliśmy. Cały czas w gumowcach. Zostawiali nas samych w tych oczkach. Trzynaście dziewczyn i kilku mężczyzn. Tam było wszystko: łosie, żmije, miedzianki i komary. Kleszcze w pachwinach, pod pachami. Kilka razy zaatakowały nas szerszenie. Po kilku dniach pracy tak bolały mnie ręce, że nawet spodni nie mogłam zdjąć w toalecie ani rozczesać włosów. Wszyscy brali tabletki przeciwbólowe. Znowu miałam taką myśl, że pójdę na policję i poproszę, aby mi tylko dali pieniądze na dojazd do granicy, nic więcej nie potrzebowałam - wspomina Olena.

Quiz: Co się działo w mijającym tygodniu? Quiz TOK FM dla śledzących newsy na bieżąco

Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!

Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.

Poprawnych odpowiedzi Zniżka
  • 100% -40%
  • 81-99% -30%
  • 61-80% -25%
  • 41-60% -20%
  • 0-40% -10%
  • Promocje nie łączą się.

    Progi nagród Strzałka rozwiń
    1/10 "Jesteśmy narodem, który może utracić terytorium, ale nigdy nie stracimy duszy" - w jakim kontekście Karol Nawrocki wypowiedział te słowa?

    Koordynatorem pracy był młody chłopak, Polak. Nie chciał płacić, żartował: "Dzisiaj bank nie pracuje, a jutro święto". Olena przeczuwała, że nie dostaną tych pieniędzy, postanowiła oszczędzać. Po jedzenie woził nas do wiejskiego sklepu, kupowałam tylko to, co potrzebne. Mijały kolejne tygodnie - bez zmian. Ludzie dzwonili nawet do konsulatu, na czerwoną linię. Słyszeli: "A co my mamy poradzić? Wy na czarno pracujecie. Możecie ukraść piłę, wtedy przyjedzie policja i może ktoś zada koordynatorowi pytanie o pracowników i może wyjdzie, że na czarno u niego jesteście".

    − Zaczął się nad nami znęcać - tłumaczy Olena. - Zamykał mnie w toalecie, gasił światło i tak zostawiał, a z całą grupą jechał do lasu. Albo pytał mnie: "Zrobisz mi loda?". Przy wszystkich. Powiedziałam mu, że nie chcę tego słuchać. W deszczowe dni nie dało się pracować w oczkach. Zawoził nas wtedy na skraj lasu, przy drogach szybkiego ruchu, i kazał sprzątać. Sedesy, ekrany od telewizorów, pety. Zmuszał nas, żeby chodzić po lesie i zbierać te, jak to się nazywa? - Jagody? - dopytywałam. - Nie, nie - prezerwatywy. Wyrzucone, zużyte prezerwatywy. W lesie, przy tych drogach stoją prostytutki, każda ma swoje miejsce. I tam zatrzymują się samochody, pięć minut, dziesięć, i wyrzucają. I nam kazał to zbierać. Po co? Żeby czysto było. Plułyśmy i zbierałyśmy. Do worka na śmieci. Chodziłam po tym lesie i nie wierzyłam, że to się dzieje: jechałam do Biedronki pracować, a w lesie pod Warszawą prezerwatywy zbieram. Jak niewolnicy my byliśmy - podsumowuje.

    Redakcja poleca

    W dniu rozliczenia koordynator zostawił ich i uciekł. Mężczyźni prawie pobili właściciela firmy, gdy przyjechał. Wezwali policję, ci wzięli ich paszporty i powiedzieli tak: "Wy na czarno, wam nic pomóc nie możemy, prawo po jego stronie. Ale jeśli chcecie, możecie zrobić tak: straż graniczna przyjedzie i zabiorą mu kontrakt, a was deportują. Wybierajcie: albo deportacja, albo po cichu, bez pieniędzy jedziecie na Ukrainę". Wszyscy wybrali, choć to słowo tu nie pasuje, tę drugą opcję. - Po tych kilku tygodniach w Polsce wróciłam z dwustoma złotymi w kieszeni - wspomina. - Gdy zadzwoniła znajoma, która szukała kogoś na zmianę, do opieki, i powiedziała, że w Gdańsku, zaczęłam na nią krzyczeć: "Nie chcę! Niech spłonie ten Gdańsk!". Ale ona zaczęła mi tłumaczyć, że to inna praca, że pieniądze do ręki, że pod dachem. Miała rację. Jak jechałam na tę opiekę, to spóźniłam się na autobus i torbę swoją zostawiłam w taksówce. Przyjechałam bez ubrań i bez jedzenia. Wszystko dostałam, tak mi było tam dobrze. Ludzie mnie szanowali: sąsiedzi, pracodawcy. Dach nad głową i pewna zapłata. Wtedy myślałam, że to awans. (...)

    Tania jako opiekunka osób starszych współpracuje z agencją pośrednictwa pracy opiekuńczej, która nie zapewnia jej żadnej umowy, ubezpieczenia ani wizy pracowniczej, natomiast zachęca do kontaktu, szczególnie w trudnych sytuacjach. Tania w ciągu pięciu lat pracy zadzwoniła raz. A wszystko przez pana Andrzeja.

    Jego rodzina wybrała ją z kilkudziesięciu innych opiekunek. Przez telefon ustalili, że będzie przychodziła dwa razy w tygodniu na trzy godziny. Pan Andrzej mimo swoich osiemdziesięciu pięciu lat potrzebował tylko podstawowej opieki: zakupów, sprzątania i przygotowania jedzenia. Pamięta, że kroiła wtedy czerwoną paprykę na sałatkę warzywną. I nagle poczuła rękę na ramieniu, a potem oddech na szyi. - Co pan robi? Panie Andrzejku? Chce mi pan coś powiedzieć? - zapytała pojednawczo. Usłyszała: - Chcę. Ja nie traktuję pani jak zwykłą pracownicę, tylko jak swoją dziewczynę. - Przypomniała sobie wtedy, że pan Andrzej jest z tego samego roku co jej zmarły kilka lat temu ojciec i początkowo tak go traktowała. Zaczęła się śmiać i obróciła wszystko w żart. Nic nikomu nie powiedziała, bardzo chciała o tym zapomnieć.

    Gdy przyszła następnym razem, na biblioteczce z książkami zobaczyła ułożoną frontem okładkę książki Rosyjskie prostytutki, ze środka wystawała zakładka. Długo nie mogła uwierzyć, że staruszek specjalnie ją tu postawił. Nie dało się jej "odzobaczyć". Innym razem, gdy chciała włożyć robocze ubranie, pan Andrzej zaproponował, by zrobiła to w korytarzu, bo chce popatrzeć na młode ciało. Weszła do łazienki i przebierając się, jedną ręką trzymała drzwi, bo zamek był zepsuty. Czuła, że mężczyzna stoi przy drzwiach. Zadzwoniła do swojej agencji pracy. – Koordynatorka zaczęła ze mną żartować: "Może trzeba było wyjść za mąż, mieszkanie by pani miała. Wiele dziewczyn tak robi" - relacjonuje. – Nie wiedziałam, co powiedzieć. - Opowiada dalej: - Pan Andrzej zawsze mnie pytał: "Nie odejdzie pani ode mnie?", ja mu na to: "Jak pan będzie grzeczny, to nie odejdę", na co on z przekonaniem: "Jeśli pani odejdzie, to zawołam policję i panią przyprowadzą”. Od samego początku, zamiast ustalonej z agencją stawki dwadzieścia złotych za godzinę, płacił mi dwadzieścia pięć. Moja siostra namawiała mnie, żebym została, że za takie pieniądze można pocierpieć. Ale zaczynałam się brzydzić tych pieniędzy. Odeszłam, gdy w lokalnym sklepie dowiedziałam się, że jestem jego piątą opiekunką. Wiem, że na naszych niedzielnych spotkaniach mogę tę historię głośno opowiedzieć i że będę zrozumiana. Dlatego są mi potrzebne jak powietrze.

    Redakcja poleca

    (...)

    Olga Beglinska szła do swojego pokoju i płakała. Od rodziny, której ojcem się opiekuje, a wcześniej zajmowała się też matką, od trzech lat próbowała doprosić się o umowę, a co za tym idzie: ubezpieczenie. Za każdym razem słyszała: "Nie mamy pieniędzy". W końcu przyjęła to za pewnik. - Chodziłam na kolejne spotkania grupy "Mogę na mnie liczyć" i okazało się, że po pierwsze za pracę, jaką wykonuję, mogłam zarobić więcej, a po drugie mogłam być legalnie zatrudniona. Gdy wracałam do domu, czułam nie tyle smutek, co złość. Czułam się oszukiwana. Bo nie dość, że nie miałam umowy jak inne kobiety, to sama musiałam sobie organizować legalny przyjazd do Polski. Ty jesteś z Otwocka, tak? Wiesz skąd znam to miasto? Musiałam się nauczyć tej nazwy, bo miałam wizę do pracy do Otwocka. Więc jakby mnie pogranicznik zapytał, gdzie jadę, to musiałam bez zająknięcia odpowiedzieć. Rodziny, u której pracuję, zupełnie to nie interesuje. Podobnie jak mój codzienny stres. Za każdym razem gdy idę ulicą, boję się, że zatrzyma mnie policja i zapyta: "A dlaczego ty jesteś tu, a nie w Otwocku?".

    Albo na granicy, gdy będę wyjeżdżać, pogranicznik zadzwoni do pracodawcy w Otwocku, i okaże się, że tam nie pracowałam. I będę mieć zakaz wjazdu i karę pieniężną, i to za co? Za to, że opiekowałam się starszym mężczyzną?

    Najważniejsze spotkanie było wtedy, gdy wypracowałyśmy postulaty. Wcześniej tylko płakałyśmy, ale od tego momentu zaczęłyśmy mówić, co i jak chcemy zmienić.

    Posłuchaj:

    194628