,
Obserwuj
Kujawsko-pomorskie

W tej szkole nie ma wakacji. "Nie możemy zostawić uczniów samych sobie"

Beata Korzeniowska
5 min. czytania
08.07.2023 08:00
- Z naszej szkoły nie da się po prostu wyjść i do kolejnego dnia nie myśleć o uczniach - mówi dyrektorka szkoły szpitalnej Bydgoszczy. Tu, mimo wakacji, nie ma przerwy w spotkaniach. Pedagodzy pomagają dzieciom i młodzieży przetrwać trudny czas leczenia. - Czasem jest ciężko, a my musimy być wsparciem dla nich i ich rodzin - słyszymy.
|
|
fot. Kuba Ociepa / Agencja Wyborcza.pl

- Czasem po prostu samo bycie z drugim człowiekiem jest lepsze niż rozmowa. Lepiej usiąść i potrzymać za rękę niż powiedzieć o dwa słowa za dużo. Zwłaszcza w obliczu śmiertelnie niebezpiecznej choroby - mówi Izabela Maciejewska, dyrektorka Zespołu Szkół Specjalnych nr 33 dla Dzieci i Młodzieży Przewlekle Chorej w Bydgoszczy.

Jak wyjaśnia, nauczyciel w szpitalnej szkole jest przede wszystkim pedagogiem. - Nie da się pracować w takim środowisku, na co dzień spotykać się z tymi trudnymi sytuacjami, z cierpieniem i dramatami całych rodzin, gdy nie ma się ogromnych pokładów empatii i miłości do drugiego człowieka - przyznaje.

W szpitalnej szkole program nauczania dostosowuje się do stanu zdrowia dziecka. - Kiedy widzimy, że nasz podopieczny bardzo cierpi, jest po ciężkim zabiegu, zaglądamy do niego na moment. Robimy to nie po to, by przypomnieć mu o zadaniach z matematyki, ale po to, by wiedział, że jesteśmy - mówi Maciejewska.

Szpitalna szkoła. Jak to działa?

Nauka w szpitalnej szkole odbywa się w małych zespołach podzielonych ze względu na wiek. Są więc klasy 1-3 i 4-8 szkoły podstawowej oraz młodzież ze szkół średnich. Grupy liczą po kilka-kilkanaście osób, ale czasem zdarza się, że w danej grupie jest tylko jedno dziecko. - Nie ma szkolnych ławek. Siedzimy przy wspólnym stole. Starsi uczniowie pomagają młodszym, razem rozwiązują zadania czy dyskutują o historii - wyjaśnia Maciejewska.

- To spore wyzwanie dla nauczyciela, bo często ma na jednej lekcji kilka tematów. Jednak trzeba sobie odpowiedzieć na ważne pytanie: co jest głównym celem tych lekcji. Nie chcemy, by młody człowiek kilka czy kilkanaście dni przeleżał w łóżku, najczęściej ze smartfonem w ręku. Chcemy mu pokazać, że szkoła jest ważna, że bardzo ważne jest budowanie relacji. Przede wszystkim wypełniamy tym dzieciom czas. Uczymy ich też, jak ważne jest pomaganie innym, rozmowa. To jest wartość dodana - opowiada nasza rozmówczyni.

Nauczyciele ze szpitalnej szkoły widzą, jak ważną rolę odgrywają zarówno w życiu tych młodych osób, jak i w procesie leczenia. - Gdyby nie to, wielu pedagogów nie byłoby w stanie pracować w takich warunkach. Z naszej szkoły nie da się po prostu wyjść i do kolejnego dnia nie myśleć o uczniach. Mówi się, że profesjonalizm polega na tym, że wychodzę z pracy i nie zabieram jej do domu. Tutaj tak nie można - mówi dyrektorka. - Nie da się nie myśleć o Jasiu, który dzisiaj dowiedział się, że ma guza mózgu, lub o Agatce, która słabnie w oczach. My wiemy, co ich czeka... Czasem jest ciężko, a my musimy być wsparciem dla nich i ich rodzin - podkreśla.

'W wakacje też uczymy'

W bydgoskiej szkole szpitalnej pracuje prawie 60 nauczycieli, którzy regularnie pojawiają się na wszystkich oddziałach dziecięcych. Zajęcia są prowadzone w Szpitalu Uniwersyteckim im. Jurasza, w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym i w Szpitalu Zakaźnym. W sumie to 15 oddziałów.

- Kiedy do naszego zespołu dołączają nowi nauczyciele, opowiadamy im, jak wygląda nasza praca. Jednak te osoby muszą same tego doświadczyć. Muszą wejść na oddział, poszukać dzieci, poprowadzić dla nich zajęcia i dopiero wtedy mogą zdecydować, czy chcą tak pracować i czy po prostu po ludzku dadzą radę - mówi Maciejewska.

Bydgoska szkoła szpitalna to nie tylko podstawowe lekcje. Każdy nauczyciel prowadzi zajęcia pozalekcyjne. - Są podobne do lekcji wychowawczych w masowych szkołach, ale w większym wymiarze. Nasz nauczyciel z takimi zajęciami jest na oddziale około pięciu godzin dziennie - wyjaśnia nasza rozmówczyni.

Ale to nie wszystko. - Grupa, która w danym momencie nie ma lekcji, może rozwijać się plastycznie, muzycznie i - co może wydawać się zaskakujące - my od kilku lat w szpitalach z dziećmi gotujemy - mówi Maciejewska. - Mamy sprzęt od sponsorów, ale część kupiliśmy z programu Laboratoria Przyszłości. Takich zajęć najwięcej prowadzimy w klinice psychiatrii. Kiedy mówimy, że dzisiaj będą pieczone gofry, wszyscy chcą je robić. Ba, jeśli jakieś dziecko ze względów zdrowotnych nie może bawić się z nami, dzieci pieką gofry czy ciastka dla niego! To dodatkowa lekcja empatii - dodaje.

Oprócz tego uczniowie wyplatają makramy, robią origami albo bransoletki dla siebie i bliskich. Dzięki temu choć na chwilę mogą zapomnieć o tym, gdzie są i co ich spotkało. - Dlatego to, że są wakacje, nie może oznaczać, że ich zostawiamy samych sobie. Nie taka jest nasza rola - podkreśla nasza rozmówczyni.

'Choroba nie odsuwa na boczny tor'

Nauczyciele odwiedzają też dzieci leczone onkologicznie. - Kiedyś nie było takiej możliwości, ale dziś, jeśli tylko lekarze na to pozwalają, zakładamy ubrania ochronne, fartuchy, rękawiczki i wchodzimy do sali, by chociaż przez 15 minut posiedzieć z uczniem. Nie poprowadzimy całej lekcji, ale na przykład powiemy, że może to czy to przeczytać i lepiej się poczuć. Pokazujemy dziecku albo nastolatkowi, że ktoś się o niego troszczy, ktoś o nim myśli i że ta choroba nie odsuwa go na boczny tor - tłumaczy dyrektorka.

Bydgoska szpitalna szkoła została wyróżniona Nagrodą im. Janusza Korczaka. - Zarówno Korczak, jak i Irena Sendlerowa, która jest patronką naszej szkoły, to nie tylko autorytety, lecz także osoby wyznaczające kierunek naszego działania jako szkoły, kierunek naszego myślenia i to, w jaki sposób podchodzimy do dzieci - mówi pedagożka.

Jak dodaje, świat chorych dzieci często jest przepełniony bólem. - I my, nauczyciele, w tych różnych sytuacjach, także tych bardzo dramatycznych, jesteśmy z tymi dziećmi. Staramy się swoją obecnością, gestem, słowem, uczynić ten ich świat odrobinę lepszym, bardziej kolorowym i radosnym. Próbujemy im pokazać, że świat - mimo tego, co ich spotyka - jest jednak piękny - podkreśla.

'Wolelibyśmy, żeby nie chorowały'

Maciejewska zwraca też uwagę na jeszcze jedną sprawę. W 'normalnej' szkole, jak mówi, często zwyczajnie nie ma czasu na pewne rzeczy. - W klasie jest 30 uczniów, których trzeba przygotować do egzaminów. Program nauczania jest przeładowany. Nie ma przestrzeni na zaprzyjaźnianie się z uczniem - wylicza. - U nas nauczyciel jest jednocześnie psychologiem, przyjacielem, bo tego wymaga sytuacja - mówi.

Zaznacza jednak stanowczo: 'Wolelibyśmy, żeby dzieci nie chorowały, żeby nie musiały cierpieć, ale na to nie mamy wpływu'. - Mamy natomiast wpływ na to, jak znoszą leczenie, długi pobyt w szpitalu i jaką lekcję wynoszą ze swojej ciężkiej choroby. Pokazujemy im, że zawsze warto być dobrym i życzliwym człowiekiem, nawet kiedy dźwiga się ciężki bagaż doświadczeń. A może zwłaszcza wtedy? - podsumowuje.