Lublin łączy placówki. Będą likwidacje? "Dużo nerwów, oburzenie społeczne"
"Za dziesięć lat dzieci w szkołach w Lublinie będzie o 40 procent mniej. Takie mamy wyliczenia i jest się o co martwić" - mówi w rozmowie z TOK FM wiceprezydent Lublina Mariusz Banach.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak wyglądał nabór do klas pierwszych;
- Co robią władze miasta, żeby nie likwidować placówek;
- Jak w najbliższych latach może zmienić się sieć szkół.
Sytuacja robi się coraz bardziej dramatyczna, bo rodzi się coraz mniej dzieci. Pisaliśmy o tym już wcześniej. Od tego roku szkolnego w Lublinie ubyła jedna szkoła - zamknięto Szkołę Podstawową nr 19, a uczniów przeniesiono do Szkoły Podstawowej nr 25 przy ul. Sierocej. Ale nie jest tajemnicą, że również inne placówki miały problem z naborem. W części lubelskich szkół powstały tylko pojedyncze klasy pierwsze (podczas gdy odeszły dwie czy trzy klasy ósme).
Tak jest m.in. w Szkole Podstawowej nr 34 w lubelskiej dzielnicy Czechów. Rodzice mówią TOK FM, że pierwotnie słyszeli zapewnienia, że powstaną dwie klasy pierwsze, że będą nieduże, ale jednak dwie. Ostatecznie jednak miasto się na to nie zgodziło i powstała tylko jedna klasa, licząca 25 uczniów. - Cały czas walczymy, bardzo chcemy, by dzieci uczyły się jednak w mniejszych klasach - mówi nam jedna z mam. Inna dodaje, że chętnych do zapisu byłoby może więcej, ale zbyt wcześnie zamknięto rekrutację - po zapełnieniu jednej klasy. - Nie jesteśmy z tego zadowoleni, bo to będzie wyzwanie i dla dzieci, i dla nauczycielki. Poza tym wiemy, że w niektórych szkołach w Lublinie są kilkunastoosobowe klasy. Dlatego cały czas prowadzimy rozmowy - podkreślają rodzice, licząc, że decyzję miasta jeszcze uda się zmienić.
Zwracają też uwagę na coś jeszcze - mają obawy, że stworzenie jednej klasy pierwszej i fakt, że nie powstała zerówka spowoduje, że miasto będzie chciało również ich szkołę za jakiś czas "wygasić". - Boimy się tego, że dzieci teraz pójdą do pierwszej klasy, a za rok czy dwa okaże się, że musimy je przenosić. Chcielibyśmy mieć pewność, że jednak nie - słyszymy w rozmowie z nami.
Co na to miasto?
Wiceprezydent Mariusz Banach odpowiada, że nie ma szans na podzielenie klasy 25-osobowej na dwie mniejsze. - Nas jako miasta po prostu na to nie stać - mówi gość TOK FM. - I to nie wynika z tego, że nie chcemy tych pieniędzy dać - my po prostu ich nie mamy - dodaje.
Miasto - w wyliczeniach przygotowanych specjalnie dla nas - wskazało, że pieniądze z budżetu państwa na oświatę są uzależnione od liczby uczniów. "Standard A (podstawowy) na ucznia w roku 2025 wynosi 9477 zł. Ze środków tych należy sfinansować funkcjonowanie szkoły. Zwiększenie liczby oddziałów powoduje zwiększenie liczby etatów nauczycieli i wzrost kosztów funkcjonowania. Jeżeli w miejsce jednego oddziału utworzone zostaną dwa - koszt jest dwukrotnie wyższy" - przekazała nam rzeczniczka ratusza, Justyna Góźdź.
Z danych które uzyskaliśmy wynika, że owszem, są w Lublinie szkoły, gdzie w klasie pierwszej jest 16 czy 18 uczniów. Ale miasto nie miało w tym przypadku innego wyjścia. Bo placówka musi przyjąć wszystkie dzieci ze swojego rejonu - jeśli mieszka w nim np. 36 dzieci, to nie można ich umieścić w jednej klasie, bo zgodnie z prawem może ona liczyć maksymalnie 25 uczniów. Więc wtedy powstanie dwóch klas pierwszych jest obligatoryjne.
Plany likwidacji szkół?
Wiceprezydent Banach zapewnia, że miasto nie ma takich planów, choć sytuacja demograficzna w przedszkolach i szkołach staje się coraz trudniejsza. Na razie jednak wybrano metodę łączenia placówek. Pierwsze takie decyzje już były - powstały zespoły szkolno - przedszkolne. - Pojawił się w nich nawet taki pomysł, by nauczyciel z przedszkola kontynuował pracę z tymi samymi dziećmi także w edukacji początkowej w szkole. I wiem, że to się sprawdza, dzieci znają swoją panią, a rodzice też czują się bezpieczniej - tłumaczy wiceprezydent Lublina.
Takie rozwiązanie może też w przyszłości - choć nie wiadomo jakiej - czekać Szkołę Podstawową nr 34, obok której mieści się przedszkole. - Zapewne też będziemy takie połączenie rozważać. Chcę też uspokoić rodziców, że nie rozmawiamy o likwidacji tej szkoły - dodaje gość TOK FM. Jak tłumaczy, korporacje samorządowe walczą też o to, by można było łączyć w zespół dwie różne szkoły. Chodzi o to by dyrektor był jeden, administracja jedna, ale by nie trzeba było zwalniać nauczycieli.
- Nie ukrywam, że szykujemy się dzisiaj bardzo poważnie do zmiany sieci szkół, która jest przed nami. To są zawsze decyzje bardzo emocjonalne, dużo nerwów, oburzenie społeczne. Bo ludzie są do danej placówki przyzwyczajeni, szkoły mają swoją tradycję, która się po prostu często wypala, kończy, gdy nie ma już dzieci - tłumaczy Mariusz Banach. - Wszystko musimy robić tak, by dało się to też jakoś finansowo poskładać. Niestety, my w samorządach nie mamy studni bez dna. Nie mamy na to pieniędzy, by organizować edukację w małych oddziałach, w małych szkółkach - wyjaśnia gość TOK FM.