advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Lubelskie

Dramatyczne dane z Lubelszczyzny. Trzeba będzie likwidować szkoły?

5 min. czytania
27.12.2024 10:05
Do klas pierwszych w lubelskich szkołach poszło w tym roku prawie 3,5 tysiąca dzieci. Ale w 2023 roku nowych mieszkańców Lublina urodziło się zaledwie 2154. A to oznacza, że za trzy lata do przedszkoli, a potem także do szkół, trafi znacząco mniejsza liczba maluchów niż obecnie. Co z tego wynika dla placówek oświatowych i ich pracowników?
|
|
fot. Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl

Dane nie pozostawiają złudzeń. W Lublinie, podobnie jak w wielu innych miejscach w Polsce, rodzi się znacząco mniej dzieci. Zdaniem demografów kryzys może się jeszcze pogłębić.

Dyrektor Wydziału Oświaty i Wychowania Urzędu Miasta Lublin Ewa Dumkiewicz-Sprawka przestrzega, że w obszarze edukacji przed samorządowcami coraz trudniejsze lata. Bo zmniejszająca się zdecydowanie liczba dzieci w przedszkolach i szkołach to realne pytania o przyszłość poszczególnych placówek oświatowych. - W tej chwili ta sytuacja nie jest jeszcze tak dotkliwa, ale już w tym roku mamy kilka samorządowych przedszkoli, gdzie niektóre sale stoją puste, bo nabór był mniejszy niż w poprzednich latach - mówi pani dyrektor.

Dziś jest tak, że w Lublinie działają przedszkola samorządowe, do których dostają się już wszystkie chętne dzieci, ale jest również rozbudowany system placówek niepublicznych. - Obserwujemy wzrost liczby dzieci w przedszkolach niesamorządowych. Ta liczba kształtuje się obecnie na poziomie ponad pięciu tysięcy wychowanków, co stanowi prawie 40 procent wszystkich dzieci - mówi Dumkiewicz-Sprawka. I dodaje, że najbliższe lata pokażą, co dalej.

- Na dziś tak naprawdę trudno przewidzieć, czy mieszkańcy wybiorą dla swoich dzieci sektor oświaty publicznej, czy sektor oświaty niepublicznej - stwierdza gościni TOK FM. Od tego zależeć będzie, ile prywatnych przedszkoli przetrwa, a ile trzeba będzie zamknąć czy przeorganizować. Wiadomo, że są w mieście dzielnice - jak np. lubelskie Czuby i okolice ulic Berylowej czy Gęsiej - gdzie buduje się coraz więcej bloków, osiedla się rozrastają i rozwijają, a co za tym idzie - potrzeba też więcej miejsc dla dzieci. Ale jednocześnie w innych dzielnicach sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna.

Jak miasto próbuje sobie już radzić?

Kilka lat temu niemal przy każdej szkole podstawowej powstały oddziały przygotowania szkolnego, czyli tzw. zerówki dla sześciolatków. - W tej chwili likwidujemy niektóre takie odziały przy szkołach podstawowych, w sytuacji, gdy nie udało się dokonać naboru do nich w tym roku szkolnym. I to są nasze pierwsze działania - przekształcamy szkoły w taki sposób, by rezygnowały z oddziałów zerówkowych i by dzieci mogły się uczyć dalej w swoich przedszkolach, również na poziomie zerówki - mówi pani dyrektor.

Ewa Dumkiewicz-Sprawka podkreśla, że dużym dylematem są szkoły. Samorządowcy - analizując dane demograficzne - apelują do Ministerstwa Edukacji Narodowej o zmiany w przepisach dotyczących organizacji systemu szkół. - Nikomu z samorządowców nie sprawia przyjemności likwidowanie żadnej szkoły. To są naprawdę bardzo trudne, emocjonalne decyzje. Tym bardziej, że szkoły w poszczególnych miejscowościach, na osiedlach czy w dzielnicach odgrywają również funkcję centrów środowiskowych, które integrują daną społeczność - mówi rozmówczyni TOK FM.

Stąd pomysł, by z góry nie zakładać likwidacji szkół, ale - w obliczu wyzwań demograficznych - nieco zmienić prawo. Chodzi m.in. o to, by w związku z problemami z naborem nowych uczniów, nie trzeba było części placówek likwidować, tylko aby można je było łączyć w zespoły szkół.

- To pomogłoby przede wszystkim w tym, że zwykle, jeśli mamy dwie małe szkoły, które działają na tym samym osiedlu, łatwiej byłoby między nimi o porozumienie. Bo jeśli w jednej szkole np. uda się stworzyć dwie klasy pierwsze A i B, to w drugiej najczęściej nie ma na to szans. I pojawiają się pretensje - dlaczego chcecie likwidować szkołę X, a nie Y? Jeśli można byłoby stworzyć zespół szkół, z jedną dyrekcją, to w składzie takiego zespołu funkcjonowałyby obie szkoły, w - przynajmniej na początku - nienaruszonej strukturze - dodaje Dumkiewicz-Sprawka.

Gdy pytamy, czy trzeba się liczyć ze zwolnieniami wśród nauczycieli w ciągu najbliższych sześciu czy siedmiu lat, gdy dzieci w szkołach będzie zdecydowanie mniej, pani dyrektor odpowiada, że raczej nie. - W szkołach w Lublinie jest bardzo dużo nauczycieli, którzy zbliżają się do wieku emerytalnego. I w mojej ocenie, w dużej części będą to po prostu naturalne odejścia na emeryturę - wyjaśnia pani dyrektor.

'Demografowie ostrzegali przed tym od lat'

Prof. Anna Matysiak jest demografką. - My wiedzieliśmy już dawno, że będziemy mieć do czynienia z tym znaczącym spadkiem liczby urodzeń. On jest niejako wpisany w strukturę ludności. To znaczy, jak rodzi się mniej dzieci, to w przyszłości tych potencjalnych rodziców też będzie mniej, a więc będą mieć mniejszą liczbę dzieci. Poza tym, mamy do czynienia od lat z niskim współczynnikiem dzietności - spodziewaliśmy się, że on nie będzie rósł i rzeczywiście nie rósł. Ja zaczęłam pracować w zawodzie już 20 lat temu, i pamiętam dokładnie, jak już wtedy o tym mówiliśmy - mówi gościni TOK FM.

Zdaniem pani profesor państwo nie podjęło na czas odpowiednich działań wyprzedzających. - Myślę, że zaspali urzędnicy wyższego szczebla, którzy w odpowiednim momencie nie pomyśleli o tym, by zmniejszać bariery w posiadaniu dzieci. Bo ludzie chcieli mieć dzieci i można było ten system do tego przygotować. Można było zacząć działania choćby na początku lat dwutysięcznych. A tak naprawdę zaczęliśmy coś robić dopiero w okolicy roku 2013 - mówi prof. Anna Matysiak.

Jak podkreśla, chodzi o wsparcie finansowe dla rodzin (500 plus, obecnie - 800 plus), ale też o politykę mieszkaniową czy rozwój instytucji opiekuńczych dla dzieci (żłobki, przedszkola). - Państwo skupiło się bardzo na samym wsparciu finansowym, nieco odpuszczając kwestię choćby rozwoju żłobków czy przedszkoli. A samo wsparcie finansowe okazało się, że to za mało. My jako demografowie nie spodziewaliśmy się, że danie ludziom gotówki przyniesie przełom, i to się niestety potwierdziło. Potrzeba dużo więcej działań, wsparcia, zrozumienia problemów ludzi, którzy chcieliby zdecydować się na dziecko - podsumowuje prof. Matysiak. Jak mówi, obecnie widać zmianę podejścia, ale jest już zdecydowanie zbyt późno, by na szybko zatrzymać demograficzny trend i zmniejszającą się liczbę urodzeń.

Zawiodły nawet Chiny. Producenci pieluch i klocków już zaczęli się przestawiać