Lublin już wie, jak dostarczy mieszkańcom węgiel, o ile będzie. "Jest mnóstwo różnych niuansów"
Jak mówi sekretarz Lublina Andrzej Wojewódzki, miasto - by móc sprzedawać węgiel - musiałoby mieć odpowiednie place do jego przechowywania, wagi, sprzęt do załadunku, a także środki transportu. Uznano, że prościej będzie podpisać umowy ze składami węgla, które mają w tym zakresie doświadczenie.
- Pozwala na to ustawa, której projekt poznaliśmy. Jeżeli gmina nie ma podmiotów, które mogłyby sprzedawać węgiel albo posiada takie podmioty, ale proces związany z dystrybucją byłby relatywnie długi - może podjąć współpracę ze składami węgla. I my tak zrobimy - informuje Wojewódzki. - Chcemy wykorzystać ich potencjał i doświadczenie. Wystąpiliśmy również do dwóch spółek na terenie miasta, które posiadają duże składy węgla w związku z prowadzoną działalnością związaną z wytwarzaniem ciepła. Jeśli wyrażą wolę, również je weźmiemy pod uwagę - dodaje sekretarz miasta.
Problemy i wątpliwości
Urzędnicy nie kryją, że rządowy pomysł to szereg wątpliwości i problemów. Samą sprzedażą zajmą się składy węgla, ale ktoś wcześniej będzie musiał przyjąć wnioski od mieszkańców i je rozpoznać. Jak słyszymy, trzeba będzie to zrobić błyskawicznie, by Kowalski czy Nowak dostali opał jeszcze przed zimą. Zgodnie bowiem z proponowanymi przepisami, węgiel po preferencyjnej cenie będzie się należał tylko tym mieszkańcom, którzy wcześniej nie skorzystali - w jakimś innym punkcie - z preferencyjnych cen.
W Lublinie szacunki są takie, że wnioski złoży 5-6 tysięcy osób. Każda z nich - w pierwszym etapie, do grudnia - będzie mogła wystąpić o półtorej tony opału. Do obsługi wniosków, które będą przyjmowane on-line oraz stacjonarnie w Biurach Obsługi Mieszkańców, miasto skieruje 10-15 urzędników. Chodzi o to, by maksymalnie przyspieszyć cały proces. - Jest mnóstwo różnych niuansów, które mogą wystąpić. Spodziewamy się, że podmioty sprowadzające węgiel mogą zażądać za niego opłaty wcześniej niż w ciągu - przewidzianych w ustawie - sześćdziesięciu dni. Z drugiej strony, mieszkaniec wcale nie musi kupić węgla w listopadzie, więc my też nie będziemy mieli płynnego przepływu gotówki. Znaków zapytania jest więcej - mówi Wojewódzki.
Na mocy procedowanych obecnie w parlamencie przepisów, miasta i gminy będą mogły kupować węgiel od importerów po 1,5 tys. złotych za tonę, by następnie sprzedawać go mieszkańcom po nie więcej niż 2 tys. złotych za tonę. Różnica w kwotach ma pójść na obsługę całego przedsięwzięcia.
Obawy o jakość
Samorządowcy obawiają się też, jaka będzie jakość węgla, który dostaną. Jak tłumaczy Andrzej Wojewódzki, można sobie wyobrazić sytuację, że do mieszkańców trafi węgiel złej jakości, który nie będzie chciał się palić. Kowalski będzie chciał go zwrócić. Pytanie, kto pokryje koszty zabrania węgla z jego domu i przewiezienia do dostawcy. Gminy prawdopodobnie będą musiały płacić za to z własnej kieszeni, a wiadomo, że mamy aktualnie koniec roku i pieniędzy brakuje praktycznie na wszystko.
- Jest to quasizadanie zlecone przez rząd, a nie mamy źródła finansowania na jego obsługę. I będziemy musieli zaangażować własne środki finansowe na przygotowanie realizacji tego zadania, czasem nawet na zapłacenie określonych kosztów związanych z samą dystrybucją węgla, a dopiero potem uzyskamy od mieszkańców te pieniądze. Tu jest problem - wyjaśnia sekretarz Lublina.
Wiceminister aktywów państwowych Karol Rabenda powiedział w czwartek w Sejmie, że jeszcze przed procedowaniem ustawy umożliwiającej dystrybucję węgla przez samorządy, zainteresowanie programem wyraziło ponad tysiąc samorządów. - Program będzie w zasadzie powszechny - ocenił wiceminister. Jak wyjaśnił, ustawa przewiduje różne modele dystrybucji - nie tylko bezpośrednio przez gminę, ale także np. poprzez gminę sąsiadującą czy współpracę z działającą w gminie firmą lub firmami. - Wachlarz możliwości dla gminy jest szeroki - ocenił Rabenda.