,
Obserwuj
Lubelskie

Przyjechała do Polski dzień przed wybuchem wojny. "Raz poszłam po pomoc i usłyszałam, że mi się nie należy"

4 min. czytania
19.02.2023 09:00
- Miałam wyjechać z Odessy sama, potem miała dołączyć mama z moim 6-letnim synkiem. Ale miałam jakieś złe przeczucia. Czułam, że wydarzy się coś strasznego - opowiada nam Maryna, która do Lublina przyjechała 23 lutego 2022 roku, dzień przed wybuchem wojny w Ukrainie. Chciała zdobyć lek dla chorej matki. Jej złe przeczucia się sprawdziły. Wybuchła wojna, a zaraz potem Maryna straciła mamę.
|
|
fot. Anna Gmiterek-Zabłocka/ Radio TOK FM

Pani Maryna pochodzi z Odessy. Wcześniej przez kilka miesięcy była na stażu w Lublinie, miała stypendium, współpracowała z lubelskimi urzędnikami. Wróciła do Ukrainy, gdy dowiedziała się, że jej mama jest chora na raka. Potrzebowała leku, który nie był w Ukrainie refundowany. Maryna robiła zbiórki, by zebrać na to pieniądze. - I to się nawet udawało, ale szukałam sposobu, by mieć pewność, że ten lek będzie dla mamy dostępny na dłuższy czas - opowiada.

Wiedziała, że w Polsce lekarstwo jest objęte refundacją, dlatego postanowiła przyjechać do naszego kraju, do pracy. Chciała mieć ubezpieczenie, ubezpieczyć mamę i jej pomóc. Przez internet znalazła pracodawcę, który chciał ją zatrudnić, miała się stawić w pracy w Lublinie 23 lutego, dzień przed agresją Rosji na Ukrainę.

- Miałam wyjechać z Odessy sama, potem miała dołączyć mama z moim 6-letnim synkiem. Ale miałam jakieś złe przeczucia. Czułam, że wydarzy się coś strasznego. Powiedziałam rodzinie, że czuję, że będzie wojna. Dlatego nie zostawiłam synka, kupiłam bilet również dla niego - opowiada pani Maryna. Mama została w Ukrainie, miała dojechać później.

Najpierw wojna w ojczyźnie, potem śmierć mamy

Gdy 24 lutego wybuchła wojna, Maryna była już w Polsce. - To był dla mnie szok, bo z jednej strony to przeczuwałam, ale z drugiej - wiedziałam, że tam zostali moi bliscy, moi znajomi - opowiada. Miała pracę, włączyła się w pomaganie uchodźcom. Bardzo szybko podjęła też działania, by sprowadzić do Lublina chorą mamę. - Była w drodze dość długo, dostała zapalenia płuc. Jej stan się pogorszył, ale wierzyliśmy, że jak do nas dojedzie, to się podleczy i z tego wyjdzie - mówi Ukrainka. Niestety, bardzo szybko okazało się, że mamie nie uda się pomóc. - Była pod opieką świetnych specjalistów, Polacy mi bardzo pomogli, ale nie udało się - opowiada.

- To było dla Maryny ogromne przeżycie. Pomagaliśmy jej zorganizować pogrzeb, ale też byliśmy z nią w tym niezwykle trudnym czasie - opowiada Ewelina Graban, urzędniczka z Centrum Współpracy Miedzynarodowej Urzędu Miasta Lublin. Pogrzeb był prawosławny, kobieta spoczęła na cmentarzu w Lublinie. - Nigdy nie organizowałam pogrzebów. Nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Musiałam pamiętać choćby o tym, że musi być prawosławny krzyż - mówi pani Maryna.

Kobieta została w Polsce z 6-letnim synkiem. - Te dni po śmierci mamy to był dla mnie bardzo smutny czas żałoby. Często płakałam. Mój synek nie do końca rozumiał, co się dzieje. Nie wiedział, jak mi pomóc. Powiedziałam mu, że może mnie w takiej chwili głaskać po głowie, bo to mi pomoże. I tak robił, gdy tylko zaczynałam płakać - opowiada nasza rozmówczyni.

Była pewna, że synek - jako, że nie słyszał wybuchów, alarmów, odgłosu rakiet, bo wyjechali przed wojną - nie wie, czym jest walka i nie przeżywa tego emocjonalnie. - Ale raz narysował w przedszkolu takie straszne obrazy. To mi dało do myślenia. Wiedziałam, że byłam w błędzie. Wychowawczyni powiedziała, że muszę przestać śledzić doniesienia z Ukrainy, przeglądać telefon czy czytać w internecie, bo jemu się to udziela - dodaje Maryna.

Jak mówi, zaczęła z synem rozmawiać. Tłumaczyć mu, co się dzieje. W naturalny, dziecięcy sposób. Pytał choćby o to, czy jeśli w ich dom w Odessie uderzy bomba, to straci wszystkie zabawki, które tam zostawił. - Starałam się mu wytłumaczyć, że nie wiem, że może się tak zdarzyć, ale że zabawki nie są najważniejsze, kupimy nowe. Najważniejsze, by nikomu się nic nie stało - mówi gość TOK FM.

Pani Maryna nie kryje, że początki w Polsce nie były łatwe. Zgodnie z wprowadzonymi przez nasz kraj przepisami, nie była i nie jest uchodźczynią, bo przyjechała dzień przed wojną. Nie należała się jej żadna pomoc, nie dostaje wsparcia w postaci 500 plus na synka. Nie mogła też liczyć na wsparcie rzeczowe czy na karty zakupowe do supermarketu, które dostawali inni uchodźcy. - Raz nawet poszłam po taką kartę, ale usłyszałam, że mi się nie należy. Nikt nie chciał wysłuchać mojej historii, nie było na to czasu - opowiada. Pomagali jej znajomi z Polski.

Ostatecznie zmieniła pracę. Obecnie pracuje w urzędzie miasta - zajmuje się promocją w Centrum Współpracy Międzynarodowej. Włącza się w pomoc uchodźcom. Świetnie mówi po polsku, stara się jakoś ułożyć sobie życie. Czy wróci? Chciałaby, ale to na razie nic pewnego.

- Pani Maryna jest osobą niezwykle dzielną, bardzo dużo przeżyła. Cieszę się, że z nami pracuje. Wszystko dzięki programowi Cash for Work i Polskiemu Centrum Pomocy Międzynarodowej. Staramy się ją wspierać i pomagać. Jest bardzo ważnym wsparciem dla naszego zespołu - mówi dyrektor Centrum Współpracy Międzynarodowej w Lublinie Krzysztof Stanowski.

Gdy pytamy Marynę, za czym najbardziej tęskni, bez chwili wahania odpowiada, że za morzem. - Jak się mieszka nad morzem, to raczej się nad nim często nie bywa. A ja tuż przed wojną bywałam tam prawie codziennie. Nie wiem dlaczego. Nie potrafię sobie tego dzisiaj wytłumaczyć. Ale czułam taką potrzebę. Staram się nie myśleć o osobach, które tam zostały, bo to jest bardzo trudne, ale takim symbolem tej mojej tęsknoty jest właśnie morze. Bardzo chciałabym je zobaczyć - opowiada.