Jak się bada suszę? "Dane spływają co kilka minut. Prawdziwa rewolucja"
- Oczywiście mamy ostatnio deszcze, ale po bardzo długim okresie bez żadnej kropli sytuacja jest trudna. Gleba bardzo szybko wchłania wodę, ale w głębszych partiach ziemi wciąż w wielu miejscach jest sucho. Poza tym nasze sady już wcześniej były spustoszone przez bardzo niskie temperatury w marcu i w kwietniu - rozkłada ręce pan Wojciech, rolnik spod Radzynia Podlaskiego.
- Z końcem maja padało. I to bardzo porządnie, ale głównie w zachodniej i północno-zachodniej Polsce. Tam sytuacja w rolnictwie jest dobra - mówi profesor Andrzej Doroszewski z puławskiego Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa, który od lat zajmuje się tematyką suszy. W innych regionach, w tym w województwie lubelskim, już tak dobrze nie jest.
Z ostatniego raportu wynika, że Lubelszczyzna jest poważnie zagrożona suszą, a tegoroczne plony mogą być niższe o około 20 procent. Chodzi m.in. o zboża jare, ale też rzepak czy zboża ozime. Problem jest również z krzewami i drzewami owocowymi, które najpierw zostały bardzo dotkliwie zniszczone przez mróz, a dziś dochodzi susza.
Instytut Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa temperatury powietrza w Polsce bada od 1871 roku. - To już 154 lata. Bez wątpienia możemy powiedzieć, że w tym okresie średnia temperatura wzrosła o dwa stopnie Celsjusza. Jednocześnie, mniej więcej od 2000 roku, zanotowaliśmy wzrost o 1,3 stopnia. Widać więc niepokojącą tendencję - wskazuje prof. Doroszewski.
Jak nie susza, to piraci. Morskie autostrady stoją, a trampki z Chin płyną dłużej i drożej
Jak bada się suszę?
Do Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa dane spływają regularnie - niektóre nawet co kilka czy kilkanaście minut. Pochodzą z różnych instytucji. Najwięcej - z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej (który ma ok. 500 stacji obserwacyjnych), ale jest też Centralny Ośrodek Badań Upraw. - Obserwujemy też, że przybywa stacji do obserwacji pogody, które są stawiane przez samorządy. Co roku stawiają po 10-20 stacji, a to dużo. W sumie stacji samorządowych jest już 160. Do tego dochodzą stacje z projektu eDWIN [projekt finansowany ze środków unijnych, ostrzega m.in. przed załamaniem pogody - przyp. red.] - wylicza Doroszewski.
Jak dodaje, skalę możliwości obserwacyjnych oddaje to, ile mamy stacji w całej Polsce. - Gdy powstawał system do obserwacji suszy w 2007 roku, stacji było 220, teraz mamy ich 1100 - mówi profesor. I tłumaczy, że dzięki temu możliwości analizy sytuacji są o wiele większe - na podstawie informacji o temperaturze powietrza, wilgotności, prędkości wiatru czy usłonecznieniu.
- Ale najważniejsze dane, przy analizie tematyki związanej z suszą, to informacje o poziomie opadów. I tu w 2020 roku nastąpiła prawdziwa rewolucja, gdy zostały udostępnione dane z systemu POLRAD. To polska sieć radarów meteorologicznych. Otrzymujemy stamtąd informacje o opadzie z prawie 1,3 miliona danych. To materiał z obszarów o powierzchni 500 metrów na 500, czyli naprawdę niewielkich. I to są dane otrzymywane przez nas co kilka minut, co daje nam ogromne możliwości do analizy - tłumaczy pracownik puławskiego IUNG.
Profesor dodaje, że obecnie trudno prognozować, jaki sezon w rolnictwie nas czeka i co dalej z suszą m.in. na Lubelszczyźnie, zwłaszcza w jej północnej części. Ale jeśli upalnych dni będzie bardzo dużo, to może się okazać, że ten stan się pogłębi.
Anomalie pogodowe. Samorządy nie są przygotowane
Dr Mateusz Dobek to klimatolog z Lublina, pracuje w Instytucie Nauk o Ziemi i Środowisku na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Pytamy go m.in. o gwałtowne opady, z którymi w ostatnim czasie mierzył się Lublin i Lubelszczyzna. Zdarzały się sytuacje - m.in. na początku czerwca - gdy w ciągu kilku godzin spadło tyle deszczu, co normalnie w dwa czy trzy tygodnie. - Bez wątpienia obserwujemy zmiany długofalowe, klimatyczne w atmosferze, w tym wzrost częstości różnych zdarzeń ekstremalnych w pogodzie. Dane pomiarowe nam to jasno pokazują - mówi naukowiec z Lublina.
Jak dodaje, samorządy w zdecydowanej większości nie są jeszcze na to przygotowane. - Infrastruktura w wielu przypadkach nie jest jeszcze dostosowana do tak ekstremalnych opadów. Kanalizacje burzowe nie mieszczą takiej ilości wody opadowej, pojawiają się podtopienia i to jest duże wyzwanie. To pole do współpracy naukowej między naukowcami, instytutami naukowymi a samorządami, by szukać takich rozwiązań, które dostosują nasze otoczenie do tych zmian klimatu - podkreśla Mateusz Dobek. - Jest też dużo do zrobienia w temacie łagodzenia skutków wysokich temperatur, które mogą być groźne dla dzieci czy osób starszych - dodaje.
Jak wskazuje, wiele działań w poszczególnych miastach czy gminach nie brało w ostatnich latach tego pod uwagę. - Choćby słynne hasło "beztonozy", z którą się spotykamy w miastach, czyli usuwanie zieleni czy projektowanie nowych osiedli, na których zieleń jest często wypierana, bo wszystko jest zabudowywane. Takie myślenie musi być przemodelowane. Potrzebujemy więcej drzew, więcej skwerów, więcej powierzchni, które przyjmą opad - dodaje gość TOK FM.
Naukowiec tłumaczy, że naszą czujność usypia nieduża wartość wzrostu temperatury w ostatnich latach. - Bo jak słyszymy o wzroście o jeden stopień, to nam się wydaje, że to nie ma większego znaczenia. Bo co to jest ten jeden stopień Celsjusza? A to naprawdę istotny wzrost - podkreśla Dobek.