Depresja polityczna. Walkę z PiS przypłacili terapią. Jak podoba im się nowa władza?
Maria Pudelska ostatnie lata spędziła na ulicy, walcząc w obronie demokratycznych wartości i praw człowieka. - Zaczęło się w 2016 roku, gdy - przez Facebooka - zapisałam się na marsz w Warszawie w obronie Lecha Wałęsy. Poznałam wtedy - w autokarze, którym jechaliśmy z Lublina do Warszawy - wielu wspaniałych ludzi. Zorientowałam się, że nie jestem sama. Że wiele osób myśli tak samo jak ja - że władza zaczyna niszczyć nasz kraj. I tak zaczęłam działać - opowiada w TOK FM.
- Miałam poczucie, że mam depresję polityczną. Tak to sobie nazwałam. Były momenty, że nie mogłam spać. Z nerwów i stresu z powodu tego, co działo się w Polsce. Tak było choćby wtedy, gdy przed Pałacem Kultury i Nauki podpalił się człowiek albo po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Nie mogłam zrozumieć, jak to jest możliwe, że do czegoś takiego dochodzi - opowiada pani Maria.
Dlaczego zdecydowała się na działanie w Komitecie Obrony Demokracji? Podkreśla, że zrobiła to w dużej mierze dla swoich wnuków. - Wiedziałam, że jeśli nic się nie zmieni, to wyjadą z Polski. Nie będą w tym kraju żyły i zostanę sama. A tego bym bardzo nie chciała - podkreśla.
Magdalena Bielska - dziś liderka Komitetu Obrony Demokracji na Lubelszczyźnie - nie kryje, że aktywność w KOD wymagała niemal codziennego zaangażowania. - Pamiętam np. taki moment, gdy wracałam z Warszawy, z nocy przed Sądem Najwyższym, i dostałam informację, że ci, którzy zostali w Lublinie, już następnego dnia chcieli się spotkać przed lubelskim sądem. I trzeba było od razu działać - wspomina.
- Pamiętam ten czas jako ciągły ruch, ciągły bieg, brak czasu na zastanawianie się, ciągłe bycie na ulicy i czuwanie - na wypadek, gdyby nasz rząd wymyślił coś nowego i trzeba byłoby działać - opowiada Bielska. Jak dodaje, na wielu protestów była z córką, której nie miała z kim zostawić. - Mam poczucie, że ten czas zabrał jej w jakimś sensie dzieciństwo, zabrał jej też mnie - przyznaje pani Magda.
Zza biurka w IT przeniosła się na ulice. Protesty 'przypłaciła' terapią i... małżeństwem
"Jak serial, który się skończył"
Michał Chmielewski, psycholog społeczny i specjalista od marketingu politycznego - słuchając tych historii - nie ma wątpliwości, że kilkuletnie życie na ciągłej adrenalinie może doprowadzić do depresji czy wypalenia.
- Nic tak nie męczy, jak duże zaangażowanie emocjonalne. Wysiłek fizyczny często męczy o wiele mniej i podlega szybszej regeneracji naszego organizmu niż wysiłek emocjonalny. A tutaj wiele osób w tym czasie przeżywało bardzo silne emocje przez bardzo długi czas. I tak, u tych osób może występować "depresja polityczna". To bardzo mocne określenie, ale - w mojej ocenie - celne - mówi w TOK FM. - Te osoby cały czas działały. A teraz to się skończyło. To trochę taki syndrom serialu, który się skończył - dodaje psycholog społeczny.
Małżeństwo z Obywateli RP: Przenieśliśmy nasze wkurzenie z kanapy na ulice
Ci, z którymi rozmawiamy o tej kilkuletniej ulicznej aktywności, nie kryją, że wiele osób ostatecznie musiało skorzystać z terapii. Bo pojawiły się np. stany lękowe czy wypalenie aktywistyczne. - Ja nie miałam depresji, ale wypalenie - tak. Czym się to objawiało? Gdy ktoś mówił: "musimy zrobić protest, wyjść na ulicę, nie możemy milczeć", to ja mówiłam "nie". Musiałam skorzystać z terapii - nie będę tego ukrywać - tak jak spora część z nas - opowiada Agnieszka Czerederecka ze Strajku Kobiet.
"Depresja polityczna". Reportaż TOK FM
W reportażu "Depresja polityczna", który zostanie wyemitowany na antenie Radia TOK FM w piątek 13 września 2024 roku o godz. 20, opowiadamy o ludziach, którzy ostatnie lata spędzili na ulicy, w ramach walki o wolne sądy, praworządność, prawa mniejszości czy prawa kobiet. To opowieść o ich działaniach, zaangażowaniu, kreatywności, emocjach i trudach, z którymi musieli się mierzyć. Ale też o tym, jak zareagowali na wynik wyborów 15 października i zwycięstwo demokratycznej opozycji - jakie mieli w związku z tym oczekiwania i na ile to, o czym wtedy myśleli, rzeczywiście się spełnia.
Nasi bohaterowie mówią m.in. o wierze w działania ministra Adama Bodnara, ale też o rozczarowaniu choćby tym, co dzieje się na polsko-białoruskiej granicy. To również opowieść o tym, co zyskali w ostatnich ośmiu latach, ale też - co ten czas im zabrał i czy było warto.