Mieli pilnować, a poszli spać. Strażnicy więzienni na ławie oskarżonych
Chodzi o sprawę z października 2024 roku. Do szpitala psychiatrycznego w Radecznicy na Lubelszczyźnie - na obserwację sądowo-psychiatryczną - trafił Bartłomiej B. - podejrzany o dokonanie zabójstwa i usiłowanie kolejnego morderstwa. Był osobą tymczasowo aresztowaną, dlatego w szpitalu przebywał pod nadzorem funkcjonariuszy Służby Więziennej. Trafił na salę wieloosobową i powinien być pod całodobową obserwacją. Mimo to mężczyzna uciekł ze szpitala.
Z ustaleń śledczych wynika, że w chwili ucieczki mężczyzny pilnować miało dwóch funkcjonariuszy. W trakcie postępowania przeanalizowano zawartość ich telefonów komórkowych i okazało się, że w tym czasie strażnicy - zamiast nadzorować Bartłomieja B. - siedzieli w telefonach.
Usłyszeli zarzuty dotyczące m.in. tego, że dopuścili do kontaktów mężczyzny z osobami postronnymi. Nie skontrolowali też, czy nie ma przy sobie rzeczy, które np. mogłyby mu pomóc w ucieczce.
Na tym nie koniec. Prokuratorzy ustalili również, że strażnicy w czasie pełnienia nocnej służby w szpitalu... ucięlii sobie drzemkę. - Spali, w wyniku czego osadzony dokonał ucieczki ze szpitala, a nadto przed przekazaniem zmiany nie powzięli wiedzy o ucieczce, nie poinformowali funkcjonariuszy kolejnej zmiany o tym fakcie, jak też nie podjęli działań umożliwiających zorganizowanie pościgu - wskazuje rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zamościu Rafał Kawalec.
Funkcjonariusze przyznali się i poprosili o wyroki
Funkcjonariusze początkowo nie przyznawali się do winy, ale w trakcie śledztwa zmienili zdanie. Złożyli wyjaśnienia zgodne z ustaleniami śledczych i poprosili o wydanie wyroków skazujących bez przeprowadzenia rozprawy. Teraz musi się na to zgodzić sąd.
Na ławie oskarżonych zasiądą jeszcze dwaj inni strażnicy więzienni, którzy w trakcie konwojowania osadzonego do szpitala psychiatrycznego zmienili sposób założenia mu kajdanek na rękach i nogach, znacznie zwiększając obwód obręczy. Gdy mężczyzna już przebywał w szpitalu, funkcjonariusze - mimo, że powinni - nie sprawdzili, czy kajdanki są założone prawidłowo. W efekcie - 7 października Bartłomiej B. bez większych problemów samodzielnie je zdjął i uciekł ze szpitala. Policja zatrzymała go dopiero po dziesięciu dniach poszukiwań, w pustostanie na Podkarpaciu. Chciał uciec na Słowację.
Gorzka prawda o Służbie Więziennej. 'Były przypadki, że zatrudniano ludzi z wyrokami'
Kolejni strażnicy nie zorientowali się, że "pilnowany" uciekł
W sprawie zarzuty mieli jeszcze dwaj funkcjonariusze Służby Więziennej - ci, którzy przyszli na służbę jako drudzy, po "śpiochach". Zarzucono im, że - po rozpoczęciu swojej pracy - nie sprawdzili, czy osadzony jest na sali i nie mieli pojęcia o jego ucieczce. Tłumaczyli się tym, że zostali wprowadzeni w błąd przez swoich poprzedników, dlatego ich obrońcy wnieśli o umorzenie tego postępowania. Prokurator się na to zgodził i skierował do sądu wniosek o warunkowe umorzenie postępowania w ich sprawie.
Po wydarzeniach w szpitalu w Radecznicy odwołany - przez ministra sprawiedliwości - został pułkownik Piotr Burak, który pełnił funkcję szefa lubelskiej Służby Więziennej.
Oskarżeni funkcjonariusze odpowiedzą za niedopełnienie obowiązków na służbie, czyli z art. 231 Kodeksu karnego, który mówi: "Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3". Grozi im także odpowiedzialność dyscyplinarna, łącznie z wydaleniem ze służby.
Za co odpowiada Bartłomiej B.?
Sprawa Bartłomieja B. dotyczyła zabójstwa w jednym z domów pod Biłgorajem na Lubelszczyźnie, gdzie znaleziono zwłoki 45-letniego mężczyzny i nieprzytomnego 65-latka. Okazało się, że to ojciec i brat podejrzanego. Obaj mieli poważne obrażenia głowy spowodowane ciosami siekierą. Jeden z nich zmarł później w szpitalu. Zaraz po zatrzymaniu podejrzany Bartłomiej B. przyznał się do winy.