,
Obserwuj
Małopolskie

Milenka połamała kości czaszki, szpital próbował to ukryć. "Mam żal"

3 min. czytania
11.06.2025 12:41
Szpital Położniczo-Ginekologiczny Ujastek w Krakowie próbował zataić poważny wypadek noworodka przed rodzicami, personelem i opinią publiczną - wynika z ustaleń "Gazety Wyborczej".
|
|
fot. Sylwia Penc/ Agencja Wyborcza.pl
  • Noworodek wypadł z wózka w Szpitalu Ujastek i doznał poważnych obrażeń głowy, w tym złamania kości czaszki z przemieszczeniem i krwotoku nadtwardówkowego. Jak ujawniła 'Gazeta Wyborcza', personel próbował zataić wypadek przed rodzicami i opinią publiczną;
  • Nagrania z monitoringu potwierdziły, że dziecko nie zostało złapane - jak twierdził szpital - lecz spadło na podłogę. Sprawę bada prokuratura i Rzecznik Praw Pacjenta;
  • Rodzice zarzucają szpitalowi brak transparentności i minimalne działania naprawcze. Milenka wymaga teraz stałej opieki lekarskiej i rehabilitacyjnej.

 

Sprawa dotyczy Milenki, dziewczynki, która 26 lutego urodziła się w tej placówce z maksymalną oceną w skali Apgar. Kilkanaście godzin po porodzie dziecko wypadło z wózka transportowego, uderzyło głową o podłogę i doznało złamania kości ciemieniowej z przemieszczeniem oraz krwotoku nadtwardówkowego.

Oficjalnie "dziecko zostało złapane w locie". Nagrania z monitoringu pokazały coś innego

'Spędziliśmy z Milenką chwilkę, później pielęgniarka zabrała dziecko, odjechała wózeczkiem. Po chwili usłyszeliśmy huk i przeraźliwy płacz. Popatrzyliśmy na siebie, ja wykrztusiłem tylko: to chyba Milenka' - wspominał w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" ojciec dziecka.

Szpital początkowo informował, że dziecko doznało jedynie "niewielkiego obrzęku", z kolei w oficjalnych dokumentach zapisano, że "dziecko zostało złapane w locie". Dopiero nagrania z monitoringu, udostępnione rodzicom dopiero po kilku tygodniach, potwierdziły, że pielęgniarka ciągnęła wózek tyłem, bez kontaktu wzrokowego z dzieckiem, które faktycznie upadło na podłogę. "Po prostu nas oszukała" - skomentował ojciec Milenki.

Dwie minuty na postój. Mali pacjenci i ich rodzice zostali na lodzie

Zdarzenie zostało zgłoszone policji, a Prokuratura Rejonowa w Krakowie prowadzi postępowanie ws. narażenia noworodka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia przez personel medyczny. "Obecnie nie sposób wykluczyć żadnych z trzech zakładanych wersji śledczych, a to: błędu ludzkiego, niesprawności technicznej sprzętu, względnie nieszczęśliwego wypadku" - przekazała rzeczniczka Oliwia Bożek-Michalec.

Równolegle sprawę bada Rzecznik Praw Pacjenta, również pod kątem decyzji medycznych w trakcie porodu, który zakończył się cesarskim cięciem pomimo ryzyka wynikającego z małopłytkowości matki.

Co teraz z Milenką? "Boję się o nią przez cały czas"

Rodzice Milenki zarzucają szpitalowi nie tylko zaniedbanie, ale przede wszystkim brak szczerości i próby tuszowania sprawy. "Mam żal - nie o wypadek, bo ten mógł się przytrafić każdemu. O to, że szpital nie był z nami szczery" - mówiła "GW" matka dziecka. "Na raport, który mieliśmy otrzymać do tygodnia od wypadku, czekamy do dzisiaj" - dodał ojciec.

Tę historię opisaliśmy w TOK FM jako pierwsi. Jest szczęśliwy finał sprawy małej Zuzi

Wewnętrzne procedury w Ujastku ograniczyły się po zdarzeniu do BHP-owego szkolenia z obsługi wózka noworodkowego. "Dostaliśmy do ręki opieczętowaną instrukcję, jak z łóżeczka korzystać. A potem kartkę i długopis, by złożyć podpis, że szkolenie się odbyło. Paranoja!" - oceniła jedna z pielęgniarek.

Dziś, trzy miesiące po porodzie, Milenka wymaga stałej opieki specjalistycznej, a rodzice żyją w nieustannej niepewności o jej dalszy rozwój. "Nie ma tygodnia bez kolejnej wizyty. (…) Boję się o nią przez cały czas" - przyznała matka.

Posłuchaj: