advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Pomorskie

Szkoła w Chmurze to miejsce dla leserów? "Tu ludzie wiedzą, że mam mózg"

9 min. czytania
11.03.2024 06:23

Szkołę w Chmurze niektórzy rodzice nazywają miejscem dla leserów. Jedna z zatroskanych matek alarmuje na forum, że dzieci "nie uczą się tam dyscypliny życia". Choć Lilianna Witkiewicz ma dopiero 16 lat, to już odchorowała "dyscyplinę życia". Teraz - słysząc takie określenie - tylko się uśmiecha. - Nie umiem zatęsknić za szkołą systemową. Teraz jestem po prostu mega szczęśliwa - mówi w tokfm.pl.

|
|
fot. Jakub Soja (archiwum prywatne Lilianny Witkiewicz)

Do Szkoły w Chmurze przeszła po "wielkiej dramie o sikanie". Była wtedy uczennicą pierwszej klasy, gdy dyrektorka jej ogólniaka wydała zarządzenie dotyczące korzystania z toalet podczas lekcji. W efekcie prawo do wyjścia miał tylko uczeń z orzeczeniem od lekarza. Pozostali byli zdani na łaskę nauczycieli. - Podnosiłam rękę i pytałam, czy mogę wyjść do ubikacji, a pani: "Jak bardzo ci się chce?". Musiałam odpowiadać przed całą klasą: "Bardzo, bo muszę zmienić podpaskę". Dla mnie to nie był problem, ale inne dziewczyny się wstydziły - wspomina szesnastoletnia Lilianna Witkiewicz.

Gdy nauczycielkę przekonała taka odpowiedź, przerywała lekcję, dzwoniła do sekretariatu i mówiła przy wszystkich: "Dzień dobry, pani Krysiu, dziecko chce do toalety. Czy może je pani tam odprowadzić?". - Innym razem nauczyciel nie chciał wypuścić dziewczyny. Ale gdy usłyszał o okresie, przewrócił oczami i zarządził: "No dobra, wstajemy i idziemy". To była akurat klasa matematyczno-fizyczna z prawie samymi chłopakami. Wszyscy szli za dziewczyną korytarzem, a potem czekali pod kiblem, aż się ogarnie - opisuje nastolatka.

Witkiewicz zaczęła walczyć o prawa uczniów w swojej szkole. Była jedną z osób, która rozmawiała z dyrektorką, a gdy to nie pomogło, opowiedziała o sprawie w mediach. Od niektórych rówieśników słyszała, że niszczy reputację ogólniaka. Całą tę sytuację mocno przeżyła. - Miałam już wtedy początki depresji, a po wybuchu tej dramy przestałam dawać sobie radę psychicznie. Były dni, kiedy nie potrafiłam wstać z łóżka, a co dopiero pójść do szkoły. Gdy już się zmusiłam, to zdarzało się, że w drodze do niej wysiadałam z autobusu i mama zgarniała mnie z przystanku, po czym wracałyśmy do domu. Moje zdrowie psychiczne podupadło i zaczęłam zawalać szkołę, zaległości rosły - opowiada.

Potrzebna była terapia, ale terminy na NFZ okazały się odległe. W prywatnych gabinetach nie było lepiej, ale gdy w końcu udało się umówić wizytę u specjalisty, pojawił się następny problem. - Terapeutka miała dla mnie czas tylko przed południem, więc opuszczałam lekcje. Dyrektorka szkoły wezwała moich rodziców i powiedziała, że absolutnie nie mogę leczyć się w godzinach zajęć. Zaczęła się kolejna drama. Kiedyś dostałam ataku paniki i zapytałam nauczycielkę, czy mogę pójść do szkolnej psycholożki. Usłyszałam, że nie, bo mamy ważny materiał do przerobienia - wzdycha Lilianna.

Wcześniej lubiła ten ogólniak i dobrze się w nim czuła, ale w końcu stało się dla niej jasne, że już się w nim nie odnajdzie. Z mamą podjęła decyzję o przeniesieniu do Szkoły w Chmurze. Odtąd mogła dostosowywać godziny nauki do terapii. Bo w Chmurze nie ma dzwonków ani tradycyjnych lekcji. - Jest wolność - podkreśla moja szesnastoletnia rozmówczyni.

Szkoła w Chmurze. "Jak te dzieci sobie poradzą?"

Ta wolność nie podobała się poprzedniemu rządowi. Minister edukacji z PiS nazwał ją nawet "patologią".  Mówił, że uczniowie Szkoły w Chmurze "korzystając z braku zainteresowania niektórych rodziców, obchodzą obowiązek szkolny". - Będziemy z tym walczyć, aż skończymy z tą patologią, która wyrosła na edukacji domowej - zapowiedział Przemysław Czarnek. Co prawda, nie zdążył skończyć ze Szkołą w Chmurze, ale udało mu się radykalnie ograniczyć jej finansowanie, przez co zwolniono część nauczycieli i zrezygnowano z niektórych inwestycji. Mimo to zapisywali się do niej kolejni uczniowie. Jest ich już ok. 28 tysięcy.

Nie tylko Czarnek podchodzi z nieufnością do wolności nastolatków. Na grupach rodziców w mediach społecznościowych znajduję wpisy o "szkole dla leserów", którzy "nic nie robią". Jedna z zatroskanych matek pyta: "Jak te dzieci poradzą sobie później w korporacjach, skoro nie uczy się ich dyscypliny życia?".

Lilianna już odchorowała "dyscyplinę życia". Teraz - słysząc takie określenie - tylko się uśmiecha. Proszę, by oprowadziła mnie po swojej codzienności. - W zasadzie wstaję, kiedy chcę, bo sama planuję sobie dzień. Dwa razy w tygodniu mam jogę o godz. 7, więc muszę zbudzić się bardzo wcześnie. Ale dzisiaj spałam do 13, bo wczoraj grałam swój spektakl, o którym później ci opowiem. Niekiedy lekcje zaczynam o 8, a innym razem po południu. Po prostu mam zrobić swoje, nieważne, o jakiej porze i gdzie - tłumaczy szesnastolatka.

Niekiedy uczy się w kawiarni lub w bibliotece, bo potrzebuje zmienić otoczenie. Bierze wtedy laptop, siada przy stoliku i nie wychodzi, dopóki nie skończy rozwiązywać zadań. Gdy jednak już to zrobi, ma czas na swoje "zajawki", np. ćwiczenia z wokalu i ruchu scenicznego. Lubi też wyskoczyć na spacer do lasu, który ma blisko domu.

- W szkole systemowej spędzałam np. siedem godzin dziennie, ale nie można było tego nazwać nauką. Jestem osobą z ADHD i trudno było mi się skupić na lekcjach. Jeśli z tych siedmiu godzin przepracowałam dwie, to już było dobrze. Poza tym w szkole było dużo zapychaczy, niepotrzebnych rzeczy. Jasne, że cieszyłam się, gdy nie było pani nauczycielki i oglądaliśmy film. Tylko że ten czas mogłam spędzić bardziej efektywnie. Teraz mam go więcej, bo szybciej się uczę. Mogę rozwijać siebie. Ale też na przykład raz w tygodniu idealnie posprzątać pokój, swoje miejsce pracy. Gdy chodziłam do szkoły systemowej, po prostu nie miałam na to siły. Teraz po ogarnięciu pokoju mówię sobie: "Kurczę, mam tak ładnie i mogę się zabierać do pracy" - opowiada.

W niektóre dni nie uczy się w ogóle, a w inne robi to od rana do wieczora. Przyznaje, że choćby dlatego Szkoła w Chmurze nie jest dla każdego. - Jak ktoś ma trudność z ogarnięciem się, wzięciem odpowiedzialności za swój rozwój i naukę, to w Chmurze może się nie odnaleźć. Ale ja nie jestem taką osobą, bo zależy mi na edukacji. Mam też większą motywację, jeśli sama sobie wyznaczę cel niż wtedy, gdy ktoś to zrobi za mnie. Dlatego sama się pilnuję, a rodzicom robię tylko update o tym, czego już się nauczyłam. Na przykład pokazuję im prezentację, którą przygotowałam na egzamin. Ale też nie dlatego, że muszą mnie sprawdzać. Bardziej na zasadzie: tak zajarałam się tematem, że muszę z wami się tym podzielić! - tłumaczy uczennica trzeciej klasy szkoły średniej.

Szkoła w Chmurze. Wakacje już w kwietniu

Uczy się tych samych przedmiotów, które miała w "systemówce". Tyle że teraz nie jest odpytywana, tylko co kilka tygodni zdaje egzaminy online. W przygotowaniach do nich pomagają "karty pracy", które znajduje na internetowej platformie Szkoły w Chmurze. - To są takie zagadnienia, które przerabiam, by zdać egzamin. Są tam podpowiedzi, z jakich materiałów mogę skorzystać: podręczników online, linków do różnych artykułów i filmików na YouTube. Ale to tylko propozycje, bo mogę się uczyć, z czego jest mi najwygodniej - opisuje Lilianna.

Jeśli nie potrafiłaby zrozumieć np. jakiegoś prawa fizyki, mogłaby umówić się na konsultację z nauczycielem. Połączyłaby się z nim na Zoomie i poprosiła o wyjaśnienie. Ale Lila mówi, że jeszcze nie miała takiej sytuacji. Woli przeszukać internet i sama znaleźć rozwiązanie problemu.

Szkole w Chmurze wybiera dni i godziny, w których może podejść do egzaminu. Najchętniej te przedpołudniowe, by nie stresować się cały dzień w oczekiwaniu na testy. Ustne zdaje indywidualnie, a pisemne z kilkudziesięcioma uczniami. Loguje się wtedy na Zoomie z włączoną kamerką, by nauczyciel widział, że to ona. A potem rozwiązuje zadania, uzupełniając tabelki, dopisując brakujące słowa albo przesuwając wirtualne kafle. Gdy skończy, klika "Wyślij", a komputer liczy, ile jej odpowiedzi było poprawnych. Procentowy wynik jest później przekładany na ocenę.

- Ustny wygląda tak, że zdzwaniam się z nauczycielem na Zoomie i przez 15-20 minut rozmawiamy. Omawiam jakieś zagadnienie z danego przedmiotu albo robię prezentację. Na początku zawsze się stresuję, ale to szybko mija. Nauczyciel zazwyczaj zaczyna spotkanie od pytania, jak się czuję albo co u mnie słychać. Robi się miło i luźno. A potem się odpalam. Kiedyś na rozszerzonej biologii zrobiłam prezentację o pingwinach. Nauczycielka zobaczyła, jaką mam mega frajdę, gdy o tym mówię. Sporo przeczytałam i obejrzałam z pięć filmów dokumentalnych o tych pingwinach. Opowiedziałam o ich budowie, ale nie tak teoretycznie, tylko np. jak to się dzieje, że im nogi nie marzną, gdy stoją w śniegu. Doceniła moje przygotowanie. Wynik: 100 procent - uśmiecha się Lilianna.

W szkole systemowej bardzo męczyła się na historii, a w Chmurze ją polubiła. Zamiast kuć na blachę tylko daty, nazwiska i bitwy, zaczęła składać je w poszczególne zagadnienia i robić z nich prezentacje. - Na pierwszym egzaminie w Chmurze opowiedziałam o sufrażystkach. Bardzo zajarałam się tym tematem i też chyba dostałam 100 procent. Egzaminatorom zależy, by uczniowie zagłębili się w dane zagadnienie, wyczerpali je przy omówieniu, a nie robili tego na odwal - mówi.

Po egzaminie zazwyczaj robi sobie dzień wolny i przeznacza go na swoje "zajawki". Za to z ferii rezygnuje, bo nie chce marnować czasu. Dzięki temu wyrabia się z materiałem wcześniej i może zdać ostatni egzamin w kwietniu. A potem zaczyna wakacje.

Szkoła w Chmurze. "Bardzo mnie śmieszą takie opinie"

Wolność, jaką mają "chmurzanie", to niejedyne zmartwienie niektórych dorosłych. Niedawno wiceszefowa resortu edukacji Katarzyna Lubnauer stwierdziła, że wzrost liczby uczniów w edukacji domowej to "zła wiadomość". - Ponieważ edukacja to nie jest tylko wiedza, ale również socjalizacja, koledzy, których poznajemy, współpraca w grupie - powiedziała polityczka.

Lilianna Witkiewicz żartuje, że nie ma czasu odpowiadać na takie opinie, bo odkąd przeniosła się do Chmury, zajęta jest swoją socjalizacją. - Teraz bardzo mnie śmieszą takie słowa, ale gdy zmieniałam szkołę, bałam się, że mogę stracić kontakty z ludźmi. A okazało się, że mam ich o wiele więcej niż w "systemówce". Tam brakowało mi czasu na budowanie prawdziwych relacji. Były raczej takie powierzchowne, na zasadzie: "A co tam u ciebie?". Teraz mogę tworzyć nowe i je pogłębiać - opowiada.

Idąc do Chmury, myślała, że będzie jej brakowało wycieczek szkolnych. Szybko jednak przekonała się, że może je sama organizować. Zrobiła to na zakończenie roku szkolnego. - Wystarczyło na internetowej platformie Chmury zaproponować wypad na plażę w moim Gdańsku, a zgłosiła się duża grupa chętnych. Nauczyciele zawsze w takich sytuacjach pomagają. Zrobiliśmy piknik, graliśmy na gitarze i spędziliśmy ze sobą fajny czas. Każdy z Chmury może przyjść na takie spotkanie, żeby poznać nowych ludzi. Po prostu musimy je sami zorganizować, bo stawiamy na samodzielność. Już nie jesteśmy traktowani jak w szkole systemowej, czyli jak małe dzieci, które tylko plączą się pod nogami i trzeba je pilnować, by nie wychodziły same do łazienki, bo jeszcze coś sobie zrobią - podkreśla.

Jak dodaje, przez to traktowanie w "systemówce" była bardziej introwertyczna, a teraz otworzyła się na innych. - W Chmurze ludzie wiedzą, że mam mózg, przemyślenia i mogę podejmować decyzje. Mama mnie czasem pyta, czy nie żałuję przejścia do Chmury. Odpowiadam, że to była fantastyczna zmiana w moim życiu. Nawet nie umiem zatęsknić za szkołą systemową. Nie mieści mi się w głowie, że mogłabym tam wrócić. Teraz jestem po prostu mega szczęśliwa - stwierdza moja rozmówczyni.

Szesnastoletnia reżyserka, scenarzystka i aktorka z "Chmury"

Lilianna dobrze pamięta, jak w dawnej szkole podupadło jej zdrowie psychiczne, dlatego teraz chce skorzystać ze swoich doświadczeń. - We współpracy z piętnastoma osobami robię spektakl, którym zwrócimy uwagę na temat zdrowia psychicznego i kryzysów samobójczych u młodzieży. Wiem, jakie to ważne, bo w moim starym ogólniaku dwie osoby podjęły próby samobójcze. Niestety jedna skończyła się śmiercią. Nasz spektakl jest tworzony przez ludzi, które same były w kryzysie samobójczym albo mają w otoczeniu takie osoby - wspomina.

Jest autorką scenariusza do przedstawienia, jego reżyserką, a także gra w nim jedną z postaci. Ze znajomą napisała też słowa do piosenek, bo to spektakl muzyczny. Jego akcja rozgrywa się w Szybkiej Kolei Miejskiej, czyli popularnej w Trójmieście SKM-ce. - Spektakl ma tytuł "Przedostatni Przystanek". Jedzie w nim Kami, który jest w kryzysie samobójczym. W trakcie podróży odkrywa, że ma do przejechania cały przystanek. Jeszcze wszystko w jego życiu może się zmienić. Zauważa tę nadzieję i nie chce się poddawać. Bo jak powiedział mój kolega na jednej z burz mózgów, "przedostatni przystanek nie jest miejscem końca i ty też nie kończ w tym miejscu". SKM-ka to metafora życia - tłumaczy.

Pieniądze na spektakl zebrała ze znajomymi w internecie. Napisała też do SKM Trójmiasto i dostała od nich patronat. - Spotkanie z przedstawicielami kolei było dość poważne. Musieliśmy się do niego przygotować, by ich przekonać, że nasz projekt wart jest uwagi. Zapewnili, że pomogą nam we wszystkim. To nas wiele nauczyło na przyszłość - mówi szesnastolatka.

O pomoc poprosiła też psycholożkę i suicydolożkę. Sprawdziły, czy w scenariuszu nie ma kwestii, które mogłyby zaszkodzić osobom w kryzysie samobójczym. Specjalistki mają również wziąć udział w dyskusji, która odbędzie się po premierze przedstawienia.

- Chciałabym, żeby widzowie usłyszeli, jak radzić sobie z takimi kryzysami. Gdy w szkole systemowej dostałam ataku paniki, a nauczycielka nie chciała mnie wypuścić do psycholożki, to uświadomiłam sobie, że nie wszyscy dorośli wiedzą, jak ważne jest dbanie o zdrowie psychiczne. Nasz spektakl i dyskusja po nim mają zwiększyć świadomość tego problemu i pokazać jego rozwiązania. Gdy to się uda, spełni się moje marzenie - podsumowuje Lilianna Witkiewicz.

Premierowy pokaz "Przedostatniego Przystanku" odbędzie się 3 kwietnia w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku.  Więcej informacji znajdziesz na Instagramie twórców projektu.

Źródło: TOK FM