,
Obserwuj
Polska

Syreny w dwóch województwach. A reakcje? "Przegapiliśmy kilka ostatnich kilka lat"

3 min. czytania
17.09.2026 21:26
Obserwuj nas na Google

W związku z zagrożeniem podczas kolejnego rosyjskiego ataku na Ukrainę syreny zawyły na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie. Czy społeczeństwo zdało egzamin? - Dramatem dla mnie jest to, że ludzi kieruje się w miejsce zbiórki do ewakuacji pożarowej - komentował w "TOK360" prof. Jarosław Stelmach, major rezerwy, ekspert ds. bezpieczeństwa oraz prezes Safety Project.

Policjanci badają szczątki rosyjskiego drona w Charkowie
Policjanci badają szczątki rosyjskiego drona w Charkowie
fot. Andrii Marienko/Associated Press/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • dlaczego i gdzie dokładnie w Polsce zawyły w czwartek syreny alarmowe;
  • co powiedział w Sejmie Donald Tusk na temat rosyjskich planów dotyczących eskalacji;
  • w jakim stopniu - według prof. Jarosława Stelmacha - polskie społeczeństwo stosuje się do sygnałów alarmowych.

Mieszkańcy województw lubelskiego i podkarpackiego usłyszeli w czwartek syreny alarmowe oraz dostali alert RCB - to w związku z zagrożeniem podczas ataku Rosji w Ukrainie. Jeden z dronów z napędem odrzutowym spadł kilka kilometrów od polskiej granicy.

Tego samego dnia premier Donald Tusk powiedział w Sejmie, że w najbliższych tygodniach możemy spodziewać się, iż do takich sytuacji będzie dochodziło częściej. Dodał, że według służb wywiadowczych możliwe są też "przypadkowe" uderzenia dronami i rakietami na terenie Polski i innych krajów wspierających Ukrainę.

- Ziścił się scenariusz, który zapowiadałem już od kilku lat - stwierdził w "TOK 360" prof. Jarosław Stelmach, wskazując na zaniedbania w kwestii prawidłowego reagowania na sygnały alarmowe. Bo przykładowo nie wszystkie szkoły na terenie dwóch wspomnianych województw ewakuowały uczniów w momencie, gdy zawyły syreny. - Mam wrażenie, że trochę przegapiliśmy kilka ostatnich kilka lat w zakresie edukacji. Przecież wojna nie trwa od kilku miesięcy, tylko od ponad czterech lat - zaznaczył major rezerwy, ekspert ds. bezpieczeństwa oraz prezes Safety Project.

"Musimy odrobić tę lekcję jak najszybciej"

Ekspert dziwił się lekceważącej postawie niektórych obywateli, ale także i instytucji, chociażby wspomnianych szkół. - To nasze reagowanie wyszło różnie. Oczywiście były przypadki wzorowego zachowania, ale były też rażące przykłady niewłaściwego zastosowania się, nie tylko z perspektywy personalnej, ale też instytucjonalnej. (...) Jako społeczeństwo średnio stosujemy się do modulowanych dźwięków. Pomimo że alarm był bojowy i zagrożenie było jak najbardziej realne, były przykłady praktycznie nierobienia niczego. A ja wyobrażam sobie, że po modulowanym dźwięku syreny Lublin czy Rzeszów powinny przerwać swoje działania. Samochody powinny przestać jeździć po ulicach. Taka jest idea takiego alarmu - podkreślił rozmówca Adama Ozgi.

Redakcja poleca

Prof. Stelmach przyznał, że w czwartek w Safety Project rozdzwoniły się telefony z prośbą o radę, jak zachować się w sytuacji zagrożenia. - Od różnych instytucji - zakładów produkcyjnych, hal targowych, hal produkcyjnych z różnych województw. Ludzie po prostu nie wiedzą, jak zabezpieczyć ten wątek alarmowania w swoich obiektach. Dramatem dla mnie jest to, że ludzi kieruje się w miejsce zbiórki do ewakuacji pożarowej. Nadal nie rozumiemy, że ewakuacja pożarowa to jest zupełnie inna bajka niż alarmowanie, ostrzeganie i ewakuacja w przypadku ataku rakietowego czy dronowego. Musimy odrobić tę lekcję jak najszybciej. Wszystkie ręce na pokład - apelował gość "TOK 360".

Na początku roku MSWiA dostarczyło do każdego domu "Poradnik bezpieczeństwa". - Oczywiście możemy wszystkich do niego skierować, na zasadzie "przeczytajcie sobie i zróbcie". Wydaje mi się jednak, że ta praca musi być wykonana bardziej synergicznie i w sposób bardziej zorganizowany, bo sam poradnik po prostu nie wystarczy - ocenił prof. Jarosław Stelmach w rozmowie w TOK FM.

Źródło: TOK FM, PAP