,
Obserwuj
Polska

Dzieci z DPS-u na kolanach szorują kościół, a zakonnica pilnuje. "Wie ksiądz, że jest mowa o przemocy?"

Michał Janczura
9 min. czytania
25.01.2024 19:28
Dzieci z niepełnosprawnościami intelektualnymi z prowadzonego przez siostry elżbietanki domu pomocy społecznej na kolanach szorowały podłogę i sprzątały kościół w Kamieniu Krajeńskim. Wszystko nagrała kamera do transmisji mszy świętych. Okazuje się, że prokuratura ma też zgłoszenia dotyczące psychicznego i fizycznego znęcania się nad dziećmi z tej placówki.
|
|
fot. zrzut ekranu z obrazu transmitowanego przez Kanał10

Kościół świętych Piotra i Pawła w Kamieniu Krajeńskim. Środek dnia. Na krześle, bokiem do pozłacanego barokowego ołtarza siedzi siostra Karolina. Wyprostowana, patrzy przed siebie, pilnuje. Przed nią trzy osoby na klęczkach szorują posadzkę. Wśród nich pracownik pobliskiego domu pomocy społecznej i dzieci, podopieczni tego DPS-u. Dzieci z niepełnosprawnościami intelektualnymi.

To nagranie trwa 21 sekund. Nie było wcześniej publikowane, ale i tak w Kamieniu Krajeńskim od kilku dni opowiadają sobie o nim wszyscy. A filmików, na których dzieciaki z niepełnosprawnością sprzątają kościół, jest zdecydowanie więcej.

Skąd się wzięły te nagrania? W kościele zamontowana była kamera, dzięki niej mieszkańcy mogli w lokalnej kablówce oglądać transmisje z nabożeństw. Ale też to, co się działo między mszami, bo kamera działała cały czas, bez przerwy. Mieszkańcy mogli więc obserwować, jak dzieci z pobliskiego DPS-u sprzątają, czyszczą podłogi, przygotowują kościół do nabożeństw.

Nagrania, o których opowiadają sobie ludzie w Kamieniu Krajeńskim, mają daty, więc wiadomo, że działo się to dawno. Dziś wielu z nich mówi, że byli oburzeni, ale długo nikt nie reagował. Dopiero na początku stycznia o sprawie dowiaduje się prokuratura i lokalne media. Bydgoska TVP w piątek 19 stycznia informuje, że tucholska prokuratura prowadzi śledztwo. Ale wtedy też okazuje się, że zawiadomień dotyczących tego, co dzieje się w tutejszym DPS, było więcej. Sprzątanie kościoła przez dzieci z niepełnosprawnościami to dopiero początek - w śledztwie jest mowa o przemocy.

Chrześcijaństwo to amoralna religia? 'Gdy Jędraszewski straszył tęczową zarazą, mówił językiem Jezusa'

Tej siostry już dawno nie ma

90 sekund. Dokładnie tyle zajmuje przejazd od rogatek do ścisłego centrum Kamienia Krajeńskiego. W tym maleńkim miasteczku jedyne, co przyciąga uwagę, to setki tirów przecinających jego środek. Przez miasto ciągnie się krajowa "25". Nawet resztki świątecznych światełek przy ryneczku nie są w stanie rozświetlić styczniowej szarówki. Z daleka widać tylko wieżę kościoła. Tuż obok niego budynek z czerwonej cegły. Ma swoje lata, ale jest zadbany. Nad niskimi brązowymi drzwiami wisi czerwona tabliczka z napisem: "Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży prowadzony przez Zgromadzenie Sióstr św. Elżbiety w Kamieniu Krajeńskim".

Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży w Kamieniu Krajeńskim
Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży w Kamieniu Krajeńskim
Michał Janczura

Zaraz za drzwiami wysokie schody i kolejne drzwi, tym razem zamknięte. Gdy pukam, otwiera mi postawny mężczyzna. Proszę o spotkanie z siostrą dyrektor. "Siostry dyrektor nie ma". "To może przyjdę później?" "Dzisiaj już jej nie będzie". "A kiedy będzie?" "Nie wiadomo".

Mężczyzna wskazuje za to wiszącą na ścianie karteczkę z numerem telefonu. Okazuje się, że siostry mają swojego rzecznika prasowego. Sugeruje mi, żeby tam dzwonić. Tyle, że ja nawet nie zdążyłem się przedstawić jako dziennikarz.

Rzecznik, który milczał, gdy dzieciom działa się krzywda. Drugi odcinek serialu TOK FM 'Niedorzecznik'

Może o tym, że się zbliżam, uprzedził go ksiądz proboszcz z pobliskiej parafii? Właśnie tej, którą podglądali w lokalnej kablówce mieszkańcy Kamienia Krajeńskiego. Kilka chwil wcześniej byłem tam na plebanii. Ksiądz otworzył, ale on też nie wpuścił mnie do środka. Ucięliśmy sobie pogawędkę w progu. Proboszcz Eugeniusz Pepliński zaczął od odesłania mnie do swojego adwokata. Potem skarżył się, że materiał w TVP3 narobił wiele złego, mówił o kłamstwach, które miały się w nim znaleźć. Przekonywał, że dzieci w kościele pomagają z chęcią, że robią to w ramach - jak ujęła to siostra - wdrażania ich w życie. Pracownicy DPS-u, którzy na kolanach szorowali podłogę, też - według niego - robili to z własnej woli.

"Wie ksiądz, że tam jest śledztwo dotyczące stosowania przemocy?" - pytam. Ksiądz nie jest zdziwiony, reaguje od razu, stanowczo mówi, że "tej siostry już dawno nie ma". Jednocześnie przyznaje, że "jakieś maltretowanie" musiało być, skoro ją przenieśli. Ale on nic nie widział i nic nie wie.

'Musiałam poinformować prokuraturę'

- Śledztwo zaczęliśmy już w październiku poprzedniego roku. Dotyczy znęcania się psychicznego i fizycznego nad podopiecznymi - mówi mi w rozmowie telefonicznej prokurator rejonowy w Tucholi Marcin Przytarski. Twierdzi, że wszystkie wątki połączyli w jedno śledztwo. Planują zakończyć postępowanie w lutym.

Sprawę jako pierwsi zgłosili specjaliści z Kujawsko-Pomorskiego Ośrodka Adopcyjnego w Bydgoszczy. Jedno z dzieci trafiło poza mury DPS-u, bo znalazła się rodzina gotowa je adoptować. Dyrektor ośrodka adopcyjnego Anna Sobiesiak wyjaśniała mi, że procedura każe w tej sytuacji przeprowadzić szczegółowe badanie psychologiczne. To wtedy w obecności psychologa klinicznego dziecko zaczęło się otwierać, opowiadać o tym, czego doświadczało w DPS-ie. Sobiesiak mówi wprost: "Nie miałam innego wyjścia. Musiałam poinformować prokuraturę". Nie chce mówić o szczegółach, powołuje się na dobro dziecka. Daje jednak jasno do zrozumienia, że chodziło o jedną, konkretną siostrę, i że nie można tego ani bagatelizować, ani zamieść pod dywan. Zwraca uwagą na ważny aspekt: ośrodek zna relację tylko jednego dziecka. A większość z podopiecznych DPS nigdy nie trafi do adopcji, nie spotka się z psychologami. Większość może nigdy nie mieć szansy poczuć się na tyle bezpiecznie, by się otworzyć.

Burza po tekście o dzieciach z DPS-u szorujących kościół. 'To po prostu trzeba przeciąć'

Poświęcona siostra Tobiasza

Siostra Tobiasza - to ona miała dopuszczać się czynów, które bada prokuratura - w DPS-ie spędziła wiele lat. Gdy pojawiły się oskarżenia o znęcanie nad podopiecznymi, zwolniono ją i przeniesiono. Gdzie? Proboszcz nie wie. Prokuratura twierdzi, że ją przesłuchała i też nie ma informacji, gdzie siostra przebywa.

Rzecznik prasowy DPS-u, którym okazuje się radca prawny Mariusz Łątkowski - ten, którego numer wisi na ścianie w budynku przy Dworcowej - przyznaje, że sprawa przemocy w DPS oparła się o wysokie szczeble w hierarchii zgromadzenia elżbietanek. On także nie mówi, gdzie trafiła zakonnica. Ale zapewnia, że została odsunięta od pracy z osobami z niepełnosprawnymi i dziećmi.

Ale radca-rzecznik mówi też coś zaskakującego - przekonuje, że oni, czyli DPS też są tu pokrzywdzeni. Jak to możliwe? Władze DPS-u twierdzą, że one również odkryły nieprawidłowości. Prawnik złożył więc kolejne zawiadomienie do prokuratury, napisał w nim, że doszło do przemocy "słownej". Z relacji Łątkowskiego i treści zawiadomienia wynika, że Tobiasza miała wyzywać dzieci na wózkach.

Problem w tym, że DPS powiadomił o znęcaniu się nad innymi dziećmi niż ośrodek adopcyjny. A to oznacza, że pokrzywdzonych jest więcej.

Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży w Kamieniu Krajeńskim
Dom Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży w Kamieniu Krajeńskim
Michał Janczura

Nikt nie reagował

Na sytuację w tym konkretnym DPS-ie zwróciliśmy uwagę już w 2021 roku.

Ostatni odcinek serialu "Piecza" w dużej części poświęcony był temu, co działo się w placówce przy Dworcowej w Kamieniu Krajeńskim.

Już wtedy na alarm biła psychiatra Maria John. To ona opowiedziała nam historię Krystiana. Chłopiec trafił do DPS, choć zdaniem lekarki nigdy nie powinien się tam znaleźć.

- Cały czas optowałam za adopcją. To było dziecko bez leków, napady padaczki ustąpiły. To było zdrowe dziecko i absolutnie nie wymagało DPS-u - mówiła wtedy Maria John i dodawała, że cały czas zadawała sobie pytanie, dlaczego Krystian od blisko siedmiu lat nie opuszczał placówki. Znalazła nawet rodzinę, która była gotowa adoptować dziecko. - Pojechali zobaczyć Krystiana, ale wszystko się na tym urwało. Koniec - opowiadała Maria John. Jedyne, co wtedy z tego wynikło, to awantura, którą zgotowały jej siostry prowadzące DPS.

Maria John mówiła w serialu "Piecza", że nigdy nie pogodziła się z tym, jaki los zgotowano Krystianowi. - Jeśli dziecko zdrowe przebywa w DPS-ie z dziećmi głęboko niepełnosprawnymi, to od kogo będzie się uczyć? Od tych dzieci. To powoduje, że praktycznie jest skazane na pobyt w domu pomocy przez całe życie - zaznaczała lekarka.

Dodajmy, że kilka miesięcy po emisji serialu Krystian trafił do rodziny adopcyjnej. Na posiedzeniu rady powiatu siostra dyrektor zapewniała: "To dzięki Bogu, a nie audycji radiowej".

Doktor John odeszła z DPS-u, gdy z pracy tam zrezygnowały wszystkie pielęgniarki, a w placówce zaczęły się dziać "inne dziwne rzeczy". - Były podawane leki poza moimi plecami. Kiedy się dowiedziałam, zrobiłam awanturę. Były buteleczki z lekiem i jak dziecko było niespokojne, to dawali. Zrobiło się sporo bałaganu i zaczęłam się bać, że jak coś się stanie, to ja będę odpowiedzialna - mówiła lekarka. Na doniesienia Marii John, nie zareagowały żadne instytucje. Nikt nie zwrócił też uwagi na to, co mówiła w serialu "Piecza" kilka lat temu.

Koniec z 'dziećmi zamkniętymi w teczkach'? Ministerstwo reaguje na problem z adopcją. To efekt serialu 'Piecza'

'Proszę pana, jest mi teraz tak wygodnie'

Zgromadziłem kilkadziesiąt numerów do byłych i obecnych pracowników DPS-u. Dzwoniłem do nich po kolei, pytając o ich doświadczenia i obserwacje.

Gdy PIERWSZA OSOBA odbiera telefon, długo opowiadam, po co dzwonię, że nie chcę jej wpędzić w kłopoty. Tłumaczę, że chciałbym tylko sprawdzić, czy pogłoski są prawdziwe, czy to, co bada prokuratura miało miejsce. Co z innymi dzieciakami? W odpowiedzi słyszę tylko przez łzy: "Nie chcę kłopotów".

DRUGA OSOBA odbiera, ale od razu zastrzega, że przez telefon nie będzie rozmawiać. Jadę do niej. Mówi, że zaganiali ją do sprzątania kościoła i wbrew temu, co mówił ksiądz, nie była chętna. Robiła to, bo musiała, bo się bała. Mówi, że z siostrą dyrektor nie ma dyskusji. Opowiada, że odeszła stamtąd, bo nie zniosła tego, jak traktuje się pracowników. Nie będzie mówić więcej, bo się boi. Odsyła nas do innych.

Ci inni też nie bardzo chcą rozmawiać. - Proszę pana, jest mi tak wygodnie teraz. Nie chcę sobie tego zepsuć, mam nową pracę, proszę zrozumieć - mówi TRZECIA OSOBA i dodaje, że to, co działo się w DPS-ie, wyniszczyło ją. Nie będzie tłumaczyć, co ma na myśli.

Do kolejnej osoby nawet nie dzwoniłem. Od razu pojechałem. Spojrzała na mnie, westchnęła. - Czułam, że kiedyś jakiś dziennikarz do mnie zapuka, że coś wypłynie. Powiem panu, że jeśli te siostry kiedyś trafią do nieba, to my po tych ich welonach powinniśmy wszyscy pójść jeszcze półkę wyżej. Niech pan sobie resztę dopowie - mówi, patrząc mi w oczy.

Kobieta zapewnia, że dzieciaki w DPS mają dobre warunki - jest czysto, są zaopiekowane, nakarmione. Ale to, jak bywają traktowane, to już inna sprawa. Ona sama od jakiegoś czasu już tam nie pracuje. Pokazuje mi za to wiadomości z ostatnich dni. Koleżanki, które tam zostały, piszą: "Nareszcie ktoś się nimi zajmie". "Nimi", czyli siostrami z DPS-u.

Takich rozmów odbyłem kilkanaście. Byli i obecni pracownicy nie biorą pod uwagę wypowiadania się pod nazwiskiem. Są przekonani, że spotkałaby ich zemsta. Siostry z DPS-u nie lubią, kiedy źle się o nich mówi. Ale to nie wszystko - da się wyczuć, że sami mają wyrzuty sumienia. Czują, że sami mogli zrobić więcej, sprzeciwić się, ale milczeli.

Po co ludzie mają widzieć

Sławomir Słomkowski pracuje w Sępólnie Krajeńskim. To miasto powiatowe oddalone o dziewięć kilometrów od Kamienia. Spotykamy się w jego biurze - stąd zarządza lokalnym portalem Kanał10. Jest jego redaktorem naczelnym. To jego firma obsługuje lokalną kablówkę i to on dysponował kamerami w kościele. Na własnej skórze przekonał się, co to znaczy wejść w konflikt z siostrą dyrektor.

Kiedy po Kamieniu niosła się już wieść, że dzieci z niepełnosprawnością intelektualną stały się tanią siłą roboczą do sprzątania kościoła, zadzwoniła do niego sama siostra Karolina, czyli siostra dyrektor. Miała pretensje. Pytała, czyja to wina, że ludzie tak gadają. I odpowiadała: tego, który nie wyłącza kamery.

Sytuacja stała się tak napięta, że proboszcz kazał Słomkowskiemu usunąć kamery z kościoła. Ten wykonał polecenie, a na kanale, na którym do tej pory były transmisje mszy, umieścił planszę, że transmisji nie ma na życzenie księdza proboszcza.

Od tej pory co niedziele wspomina się o nim podczas mszy świętych. Raz oskarżając o kłamstwa, drugi raz o napędzenie nagonki na DPS. Zapytałem o to księdza proboszcza w czasie naszej krótkiej rozmowy na progu plebanii. Skoro dzieci sprzątały z chęcią i nie ma problemu, to po co usuwać kamery? Ksiądz zapytał, "po co ludzie mają widzieć". Potem są komentarze, a to że siostra się tak schyliła, a to że siostra to powiedziała.

Władze się przyglądają

Kilkaset metrów od siedziby Kanału10 mieści się starostwo powiatowe. To o tyle ważne, że właśnie stąd płyną środki na funkcjonowanie placówki. Wicestarosta i starosta chętnie rozmawiają, ale unikają kategorycznych opinii. Sami często bywają w DPS-ie. Nasza rozmowa sprowadza się do stwierdzenia, że niewiele mogą zrobić. Pytam, czy widzieli filmy z kościoła. Przytakują, kręcą głowami, przewracają oczami, przyznają, że słabo to wygląda. Wiedzą o śledztwie - jak twierdzą, od samej siostry dyrektor. Miała zadzwonić z informacją. Czekają na rozstrzygnięcia. Podkreślają, że dotychczasowe kontrole nie wykazywały żadnych większych nieprawidłowości.

Sprawę zna też wojewoda. Już w styczniu otrzymał pismo z opisem nieprawidłowości. Natychmiast wszczął kontrolę. Jej wyników jeszcze nie znamy.

'Jesteśmy poruszeni'. Seria kontroli w DPS po reportażu TOK FM