Podpowiadają Polakom, jak znaleźć... szkockich przodków. Niektóre tropy mogą być zaskakujące
Obecnie ponad 60 tys. Polaków mieszka w Szkocji, ale niewiele osób zdaje sobie sprawę, że kilka wieków temu to Polska przywitała tysiące szkockich imigrantów, a wielu ich przodków żyje w Polsce do dziś, często zupełnie nieświadomych swoich szkockich korzeni. Ich poszukiwaniem zajął się Eryk Jan Grzeszkowiak - wykładowca genealogii genetycznej na uniwersytetach w Corku i Limericku, który zainicjował "Projekt Szkocko-Polski". Cel jest prosty: pomóc Polakom w odkrywaniu ich szkockiego dziedzictwa, a Szkotom - w nawiązaniu na nowo kontaktu z ich dawno zagubionymi polskimi krewnymi.
Ale skąd w ogóle Szkoci w naszym kraju? Jak tłumaczy Grzeszkowiak, przybywali na tereny dzisiejszej Polski już w XIV stuleciu. - Dziesięć procent dóbr, które dostarczano do Gdańska, pochodziło właśnie od szkockich kupców. Migracja ze Szkocji do Polski nasiliła się dopiero pod koniec XVI wieku i trwała aż do wieku XVII. Jej przyczyną były głównie konflikty religijne w Szkocji oraz kwestie gospodarcze - mówi nam pomysłodawca "Projektu Szkocko-Polskiego". - Populacja Szkocji zaczęła szybko rosnąć, więc coraz mniej osób miało pracę, z której można było się utrzymać. A Polska była atrakcyjna ze względów ekonomicznych, ale też religijnych - jako jedno z najbardziej tolerancyjnych państw w Europie w tamtym czasie - dodaje.
Szkocki przodek. Jak zacząć poszukiwania?
Wydawałoby się, że pierwszą sugestią szkockich korzeni może być cudzoziemsko brzmiące nazwisko albo po prostu nazwisko "Szkot". Grzeszkowiak zwraca jednak uwagę, że nie w każdym przypadku to się sprawdza. - Wiele męskich linii wygasło. Może się zdarzyć, że ktoś ma zupełnie polsko brzmiące nazwisko, ale któraś z linii po kądzieli pochodzi od Szkotów. Również te nazwiska, które są szkockiego pochodzenia, a w Polsce obecne są już od kilkuset lat, często uległy różnym modyfikacjom fonetycznym - tłumaczy badacz. I tak na przykład: MacLeod stał się Machlejdem, a Cochrane - Czochronem. Zebrane przez badaczy nazwiska można znaleźć na stronie internetowej "Projektu szkocko-polskiego".
Wyjechał do Londynu pracować na budowie, a został burmistrzem. Pierwszy taki przypadek
Na szkockich przodków mogą natrafić pasjonaci badania rodzinnej genealogii. Tak się stało w przypadku Janusza Stanisława Andrasza, autora podcastu "Genealogiczne śledztwo" i uczestnika "Projektu Szkocko-Polskiego".
W jego przypadku droga do odkrycia szkockich korzeni była długa i kręta. - Część moich krewnych mieszkała na Wołyniu. Wiadomo, jakie były losy tamtejszych rodzin. Po wojnie rozproszyli się po Polsce i całym świecie - mówi. Kluczem okazało się odnalezienie kuzynostwa. - W przeciwieństwie do moich dziadków, którzy - uciekając z Wołynia - nie zabrali żadnych dokumentów, ci krewni mieli jedną podpisaną fotografię z 1870 roku - wspomina.
Te korzenie okazały się jednak... węgierskie. Andrasz jednak szukał dalej. - Dzięki tej podpisanej fotografii, mając konkretne imię i nazwisko, zacząłem powoli odkrywać historię całej rodziny. Po jakimś czasie doszedłem do moich szkockich przodków - opowiada. Odkrycia genealogiczne tej linii doprowadziły go do siedemnastowiecznego Poznania i kolejnego nazwiska noszonego przez jego przodków. - Znanego wszystkim czytelnikom "Przygód Sherlocka Holmesa". On miał pomocnika, doktora Watsona, i [ci przodkowie] to są właśnie Watsonowie - mówi nie bez dumy Andrasz.
Dwie drogi odkrycia szkockich przodków
Nasi rozmówcy nie ukrywają - zdobycie informacji o przodkach pochłania wiele czasu i może się wiązać z wyjazdami do miejscowości, gdzie nie zdigitalizowano dawnych metryk urodzenia. Właśnie tą drogą poszedł Janusz Andrasz. - Myślę, że miałem trochę szczęścia, bo nie tylko odnalazłem w Poznaniu metrykę mojego pierwszego przodka urodzonego w Polsce w 1693 roku. Potem udało mi się odnaleźć w zasadzie wszystkie metryki aż do mnie - mówi.
Odsłonięto pomnik, który 'epatuje wyłącznie drastycznymi scenami'. 'Może komuś na tym zależy?'
Poszukiwania przodków potrafią doprowadzić do zaskakujących rezultatów. Tak jak w przypadku Andrasza - może się okazać, że za brata bezpośredniej przodkini ma się nikogo innego jak Jana Roberta Watsona-Priestfielda-Aithernay’ego, nadintendenta skarbca i tajnego radcę jego królewskiej mości Stanisława Augusta. Co ciekawe - tenże Robert sam zadbał o narysowanie swojego drzewa genealogicznego. - Nie kiwając nawet palcem, mam rodowód tych moich przodków przysłany ze Szkocji. Oczywiście na ile on jest prawdziwy, na ile sobie to upiększano, to już inna sprawa - uśmiecha się Janusz Andrasz, który utrzymuje kontakt z odnalezionymi potomkami rodziny Watsonów.
Szkockich przodków pozwala odkryć nie tylko genealogia, ale także genetyka. Można zrobić sobie po prostu test DNA. Jednak im dalszy przodek, tym mniejsza szansa, że mamy z nim wspólny kod genetyczny. - Tutaj mamy większą loterię. Zazwyczaj nie dziedziczymy dokładnie 25 procent DNA po naszych dziadkach i 12,5 procent po pradziadkach. Te proporcje się różnią - tłumaczy Eryk Jan Grzeszkowiak. - Z biegiem lat dochodzimy do takiego momentu, w którym jesteśmy spokrewnieni z danym przodkiem, ale nie mamy po nim żadnego odcinka genetycznego. Można to obejść, badając dodatkowe linie krewnych - dopowiada. I zaznacza, że jeśli nasi przodkowie późno decydowali się na potomstwo, to od ich przybycia w XVII wieku do dziś mogło minąć tylko 9-10 pokoleń.
Poznaj swoją daleką rodzinę
Eryk Jan Grzeszkowiak "Projekt Polsko-Szkocki" koordynuje z Edynburga. Są już pierwsze efekty. Polscy przodkowie siedemnastowiecznego burmistrza Wałcza - Michała Wolsona - mają wspólne odcinki DNA z odległymi krewnymi ze Szkocji.
- To pokazuje, że historia kołem się toczy. Kilkaset lat temu Szkoci emigrowali do Polski, a w tej chwili mamy około 60 tys. Polaków, którzy żyją w Szkocji. Być może niektórzy z nich też mają wśród przodków Szkotów - mówi Eryk Jan Grzeszkowiak. Chętni do udziału w "Projekcie Szkocko-Polskim" mogą zgłaszać się przez internet.