,
Obserwuj
Świat

Chcą ruszyć Zełenskiemu i Ukrainie z pomocą. Dlaczego to misja ważna też dla Polski?

8 min. czytania
27.02.2025 12:00

- Rosja chce odbudować siłę uderzeniową swoich wojsk, by przejść do trzeciej fazy wojny - mówi w tokfm.pl dr Filip Bryjka z PISM. Jak dodaje, Władimirowi Putinowi mają w tym przeszkodzić europejskie wojska w Ukrainie. Dlaczego to misja ważna dla Polski?

fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
  • "Putin chce odbudować siłę uderzeniową swoich wojsk, by przejść do trzeciej fazy wojny" - mówi w tokfm.pl dr Filip Bryjka z PISM. Jego zdaniem misja pokojowa w Ukrainie może pokrzyżować Rosji plany;
  • To ważne również dla Polski. "Groźba, że po Ukrainie Władimir Putin pójdzie dalej, jest jak najbardziej realna" - dodaje analityk ds. bezpieczeństwa międzynarodowego.
  • Czy więc premier Polski, który gorączkowo podkreśla, że nie wyśle wojsk do Ukrainy, po wyborach zmieni zdanie?

Władimir Putin nie ma z tym problemu: zaakceptuje europejskie siły pokojowe w Ukrainie - powiedział w poniedziałek prezydent USA Donald Trump. To było o tyle zaskakujące, że wcześniej Kreml nazwał ten pomysł "nieakceptowalnym". Szef tamtejszego MSZ Siergiej Ławrow groził, że jeśli Europa wyśle swoich żołnierzy do Ukrainy, spotka ją za to kara. - Istnieje stanowisko w tej sprawie, które wyraził minister Ławrow. Nie mam nic do dodania - tak słowa Trumpa zdementował we wtorek rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow.

- Nie wierzę, żeby teraz Putin zmienił zdanie, a bez jego zgody Europa nie rozmieści wojsk w Ukrainie. Nie wyobrażam sobie, by kraje naszego kontynentu się na to odważyły. Bałyby się, że Kreml przedstawi to jako prowokację, na którą musi odpowiedzieć atakiem na europejskie siły - mówi dr Filip Bryjka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Jak jednak dodaje, przekonać Rosję do zmiany zdania mogą Amerykanie, ale cena tego będzie pewnie wysoka, np. zniesienie sankcji.

Pomysł utworzenia misji pokojowej w Ukrainie forsują Wielka Brytania i Francja. Popiera go prezydent USA, ale też umywa w tej sprawie ręce. Ustami swojego sekretarza obrony Pete’a Hegsetha mówi, że europejska misja pokojowa nie zostanie objęta artykułem 5. Traktatu Północnoatlantyckiego. Gdy więc Rosja ją zaatakuje w Ukrainie, Ameryka nie musi przyjść z pomocą swoim sojusznikom z Europy.

Czarnego scenariusza prawdopodobnie boją się Polki i Polacy. Aż 76 proc. z nich w ogóle nie chce wysłania naszych wojsk do Ukrainy - wynika z sondażu IBRiS dla Polsatu. Politycy widząc stanowczy sprzeciw społeczeństwa, gorączkowo odrzucają ten pomysł. Robi to zarówno premier Donald Tusk, jak i wszystkie największe partie polityczne w Polsce.

Jednak szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego - gen. Dariusz Łukowski - zastrzega, że to stan na "dzień dzisiejszy". Jego zdaniem, w przyszłości nie można wykluczyć, że nasi żołnierze pojadą do Ukrainy. Jaki miałoby to sens, czym by groziło i dlaczego może okazać się konieczne?

Po co planują wysłać wojska do Ukrainy? "Rosja chce przejść do trzeciej fazy wojny"

Dr Filip Bryjka nie ma złudzeń: Rosja siada do stołu negocjacyjnego nie po to, by doprowadzić do pokoju. - Władimirowi Putinowi chodzi jedynie o zawieszenie broni, by zyskać czas. Chce odbudować siłę uderzeniową swoich wojsk, by przejść do trzeciej fazy wojny (pierwsza zaczęła się w 2014 roku od zajęcia Krymu i części Donbasu, a druga w 2022 roku od pełnoskalowej inwazji na Kijów - przyp. autora). Cel Kremla pozostaje niezmienny i maksymalny: całkowite podporządkowanie sobie Ukrainy - mówi analityk ds. bezpieczeństwa międzynarodowego.

Dlatego nawet, gdyby prognozy Donalda Trumpa się spełniły i pokój zostałby wkrótce wynegocjowany, to Rosja dalej będzie mu zagrażać. - W 2014 i 2015 roku Kreml podpisywał tzw. porozumienia mińskie, w których zobowiązywał się do nieatakowania Ukrainy. Nie zapobiegło to pełnoskalowej inwazji. Aby więc historia się nie powtórzyła, niezbędne jest wysłanie do Ukrainy międzynarodowej misji, która przypilnuje tam pokoju - podkreśla.

Nie chodzi tylko o pokój w Ukrainie, co zrozumiały już Francja i Wielka Brytania. Prezydent Emmanuel Macron mówi, że Rosja jest groźna i nie zatrzyma się, jeśli Zachód jej nie powstrzyma. - Groźba, że po Ukrainie Putin pójdzie dalej, jest jak najbardziej realna. Oczywiście, nie może tego zrobić od razu, bo jeszcze nie dysponuje tak dużymi siłami, które pozwoliłyby mu przeprowadzić operację wojskową w krajach bałtyckich, Polsce czy Arktyce. Niemniej, wystarczy przeanalizować rosyjskie wydatki na zbrojenia i tempo zwiększania produkcji zbrojeniowej, by zobaczyć, że Kreml przygotowuje się do kolejnego konfliktu na dużą skalę. Niekoniecznie tylko w Ukrainie - stwierdza.

Jak dodaje, Europa jest w punkcie zwrotnym. Czuje zagrożenie ze strony Rosji, a jednocześnie traci wsparcie USA. - Ryzyko załamania się tego sojuszu jest najwyższe od II wojny światowej. Dlatego w obliczu zagrożenia, jakim jest Rosja, Europa wie, że musi działać. Dlatego wysłanie jej żołnierzy do Ukrainy jest konieczne, by potencjalne zawieszenie broni było wiarygodne i długoterminowe - mówi ekspert z PISM.

Europa może odstraszyć Rosję? "Nie wygląda to dobrze"

Europejskie wojska w Ukrainie miałyby odstraszać Rosję. Przypominać jej, że trzecia faza tamtejszej wojny może być już nie tylko konfliktem zbrojnym z Kijowem, ale również z mocarstwami atomowymi, jak Francja i Wielka Brytania.

Nie wiadomo jeszcze, jak miałoby to wyglądać w praktyce - czy oddziały z Europy tylko manifestowałyby swoją siłę w Ukrainie, obserwowały sytuację i chroniły cywilów (misja peacekeeping), czy też wymuszałyby pokój, także siłą (peace enforcement)? A jeśli to drugie, to kiedy mogłyby otworzyć ogień do Rosjan i na jaką skalę? To wszystko zostanie dopiero ustalone. Samą misję musi też zatwierdzić ONZ, jeśli ma być zgodna z prawem międzynarodowym.

Na razie jej obraz wyłania się tylko z przecieków medialnych i nie napawa mojego rozmówcy optymizmem. Według źródeł "The Washington Post" Europa mogłaby wysłać do Ukrainy ok. 30 tys. żołnierzy. Zostaliby rozmieszczeni nie wzdłuż linii frontu, ale w wielkich miastach (np. w Kijowie i Odessie) i w pobliżu obiektów infrastruktury krytycznej, np. elektrowni atomowych.

- Dla mnie to zupełnie niezrozumiała koncepcja. To byłoby punktowe wzmacnianie Ukrainy na wypadek ataku Rosjan, ale w ogóle nie zabezpieczyłoby terenów wzdłuż dzisiejszej linii frontu. Dlatego tam pewnie dalej Rosjanie prowadziliby ostrzały artyleryjskie, rajdy i akcje dywersyjne. Jeśli siły pokojowe rzeczywiście miałyby nie dopuścić do wznowienia walk, musiałyby rozdzielać obie strony konfliktu. Czyli powinna zostać utworzona strefa buforowa wzdłuż frontu. Do tego jednak liczba 30 tys. jest dalece niewystarczająca. Nie wygląda dobrze, gdy porównamy ją do liczby rosyjskich żołnierzy, którzy są teraz zaangażowani w wojnę w Ukrainie. Jest ich ok. 600 tys. - tłumaczy dr Filip Bryjka.

Wołodymyr Zełenski nawołuje Zachód, by wysłał do Ukrainy 200 tys. sił pokojowych, ale na to póki co nie ma szans. Zwłaszcza, że część państw europejskich - w tym Włochy, Hiszpania, Niemcy i Polska - nie chcą włączać swoich żołnierzy w tę misję.

- Dla Europy nawet te 30 tys. będą wyzwaniem. Przez wiele lat zaniedbywała swoje armie i nie zwiększała ich liczebności. A teraz musi myśleć nie tylko o wysyłaniu wojsk do Ukrainy, ale przede wszystkim o zabezpieczaniu swoich granic z Rosją i Białorusią. Dlatego Europie tak trudno będzie wysłać tylu żołnierzy, by byli w stanie nie dopuścić do wznowienia walk na dotychczasowym froncie. Jeśli chcemy skutecznie odstraszać Rosję, liczebność sił pokojowych powinna być bliższa temu, o czym mówił prezydent Zełenski - podkreśla analityk.

Czarny scenariusz dla Polski. W Europie narastają obawy

Za kulisy europejskiego planu pokojowego zajrzał też dziennik "The Telegraph". Jak można wywnioskować z jego doniesień, premier Wielkiej Brytanii jest świadomy, że 30 tys. żołnierzy to za mało. Dlatego Keir Starmer ma więc chcieć, by niewielki kontyngent pokojowy w Ukrainie był wspierany przez międzynarodowe wojska rozmieszczone na wschodniej flance NATO. Starmer ma też namawiać Donalda Trumpa, by amerykańskie myśliwce w Polsce i Rumunii były gotowe do uderzenia na wypadek ataku Putina.

- Na pewno większa siła ognia na wschodniej flance NATO działałaby odstraszająco na Rosję. Natomiast jestem nastawiony sceptycznie co do realizacji tego scenariusza, bo myślę, że trudno będzie przekonać do niego państwa oddalone od Rosji. Hiszpania czy Włochy raczej nie wyślą żołnierzy. Zwłaszcza, że wspomniany plan zakładałby konieczność bezpośredniego włączenia się w działania wojenne, gdyby znów zaczęły się w Ukrainie. Strach wielu europejskich polityków przed bezpośrednią konfrontacją z Rosją jest zbyt duży, żeby zaakceptowali taki projekt - ocenia dr Filip Bryjka.

- Z tego, co pan mówi, wynika, że te siły pokojowe wyglądają dobrze tylko na papierze - zauważam.

- Dlatego żeby mogły wiarygodnie odstraszać Rosję, to musiałyby do nich przystąpić Stany Zjednoczone. W pokojowej misji ONZ na Półwyspie Koreańskim to właśnie USA były gwarantem pokoju. Głównie dzięki nim wojna tam nie wybuchła - odpowiada.

Jak jednak zastrzega, póki co Donald Trump wysyła jednoznaczne sygnały, że nie chce, by jego siły były w Ukrainie. Mało tego, w Europie narastają obawy, że prezydent USA może też zredukować swój kontyngent wojskowy na wschodniej flance NATO. - Rosja może żądać tego, czego chciała w grudniu 2021 roku, czyli wycofania się Amerykanów z byłych republik radzieckich, jej dawnej strefy wpływów. Nie wykluczam tego, że Trump w końcu na to przystanie. To byłby czarny scenariusz dla Polski - stwierdza mój rozmówca.

Polska wyśle wojska do Ukrainy? "Nie wyobrażam sobie, byśmy w tym nie uczestniczyli"

Putin nie zgadza się na europejską misję pokojową w Ukrainie, ale może ją rozmywać w rozmowach z prezydentem USA. - Moskwa może przekonać Waszyngton, że oprócz wojsk europejskich powinny w tej misji uczestniczyć żołnierze np. z Bangladeszu, Nepalu czy Indii. Bo zwykle to oni najliczniej angażują się w misje ONZ. Gdyby tak miały wyglądać siły rozjemcze w Ukrainie, to słabo egzekwowałyby zawieszenie broni. Byłoby z nimi tak, jak wielokrotnie wcześniej z misjami ONZ: gdy dochodziło do wznowienia walk, żołnierze stali bezradnie albo ewakuowali się do swoich krajów - opisuje dr Filip Bryjka.

Może więc rację ma polski rząd, który z góry zapowiada, że nie weźmie w tym udziału? - Wydaje mi się, że ta decyzja jest skrojona pod okres wyborczy, jaki mamy teraz w Polsce. Ale jeśli w końcu siły europejskie zostaną rozmieszczone w Ukrainie, to nie wyobrażam sobie, żebyśmy w nich nie uczestniczyli - podkreśla i dodaje, że to leży w naszym interesie, by być w Europie wiarygodnym sojusznikiem i mieć wpływ na kształtowanie misji.

Ekspert zaraz jednak zaznacza, że Polska nie powinna wysyłać oddziałów bojowych, bo musi pilnować swoich granic z Rosją i Białorusią. - Taka misja pokojowa to nie tylko uzbrojeni żołnierze na pozycjach. Potrzebne jest również całe zaplecze, struktury dowodzenia, logistyka, ale też wsparcie rozpoznawczo-wywiadowcze. Uważam, że właśnie tym możemy się zająć. Chodzi raczej o kilkaset osób, niż kilka tysięcy. Z łatwością możemy tylu wysłać - stwierdza analityk.

To ryzyko Europa musi kalkulować. "Rosja może przygotować grunt"

Każdy kraj, który wyśle wojska do Ukrainy, musi liczyć się z groźbą zaognienia tam sytuacji, a nawet bezpośredniej konfrontacji z Rosją. Putin może zaczepiać europejskie siły pokojowe, a nawet wykorzystać ich obecność w Kijowie jako pretekst do ataku? - Nie da się tego wykluczyć. Ale tego rodzaju strach długo powstrzymywał Zachód przed stanowczą reakcją wobec Kremla. Inwazja na Kijów jest tego rezultatem. Pamiętajmy jednak, że wcale nie musimy wysyłać wojsk do Ukrainy, żeby Putin w nas uderzył. Nie musi dostać żadnego pretekstu, bo sam może go sobie spreparować. W przeszłości wielokrotnie to robił, choćby w 2022 roku przed atakiem na Kijów - przypomina dr Filip Bryjka.

W jego ocenie trzeba kalkulować ryzyko, ale nie tylko to, które wiąże się wysłaniem europejskich żołnierzy do Ukrainy. - Należy wziąć pod uwagę również to, że bez tej misji pokojowej za kilka lat sytuacja w naszym regionie może być o wiele gorsza. Bo Rosja może przygotować grunt pod operację wojskową w którymś z państw NATO i ją zrealizować - podsumowuje mój rozmówca.

Źródło: TOK FM