,
Obserwuj
Świat

"Czasem nie mam już siły o tym opowiadać". W Buczy Rosjanie strzelali nawet do aut z napisem "dzieci"

8 min. czytania
24.02.2023 12:00

Gdy wróciła do swojej rodzinnej Buczy, zobaczyła, że kilkaset domów zostało obróconych w ruinę. - Gdy szłam tamtejszymi ulicami, myślałam: "Tu zastrzelili mojego sąsiada, a tam przyjaciółkę". Tu do niedawna leżały czyjeś zwłoki. Byli prostymi ludźmi, którzy mieli plany i marzenia, a dziś już ich nie ma. Straszne! - mówi w tokfm.pl Ołena Żeżera-Szaposznikowa, która dokumentuje zbrodnie z Buczy.

fot. Arch. prywatne Ołeny Żeżery-Szaposznikowej

W dzień swojej śmierci 46-letnia Tatiana Jeremenko była w dobrym humorze. Przekonywała bliskich, że trwająca od miesiąca wojna wkrótce się skończy. Jej córka zapamiętała, że Tania cały czas żartowała i śpiewała: "Wynoś się z Ukrainy, wstrętny Moskalu".

Jak co dzień razem z córką i mężem Tania odwiedzała swoją matkę. Ugotowali obiad, a po południu wracali ulicą Tarasowską w Buczy, mijając las. Było spokojnie i cicho. Nagle jednak rozległ się strzał, a cała rodzina upadła na ziemię. Córka Tani złapała się za ucho, bo miała wrażenie, że rozerwał je huk. Sprawdzała, czy krwawi.

Następnie spojrzała na ojca. Ruszał się i na nią patrzył. Dotknęła nogi matki i zapytała, czy wszystko w porządku. Cisza. Tania była już cała we krwi. Dwudziestolatka w panice chwyciła ją za dłoń, bo miała jeszcze nadzieję, że matka odpowie uściskiem. Tak się jednak nie stało. Później było już tylko rozpaczliwe wycie córki i krzyk jej ojca: "Nie strzelacie, nie mamy broni!", "Moja żona jest ranna", "Pomóżcie!".

Tatianę na oczach jej córki i męża zamordował rosyjski snajper. Strzelił prosto między jej brwi. - Mam tylko nadzieję, że mama zmarła natychmiast i nic nie rozumiała ani nie czuła w tej sekundzie –  powiedziała później córka Tatiany w rozmowie z ukraińską dziennikarką Ołeną Żeżerą-Szaposznikową.

"Rodziny składały w całość ręce, nogi, tułowia"

Tatiana Jeremenko jest jedną z ok. 600 ofiar zbrodni, które żołnierze Władimira Putina popełnili w Buczy. To niewielkie miasto pod Kijowem stało się symbolem okrucieństwa, którego Rosjanie dopuszczają się podczas wojny w Ukrainie na niewinnych cywilach. Świat obiegły zdjęcia ludzi zastrzelonych na ulicach, podwórkach i w garażach. Wielu z nich, gdy ginęło, miało związane z tyłu ręce. Było ich tak wielu, że zostali pochowani w zbiorowych mogiłach.

Dopiero później przywracano im tożsamość. Rozkopywano miejsca masowego pochówku i identyfikowano zwłoki. - Czasem było to trudne, bo niektóre ciała były rozszarpane przez wybuchy np. granatów. Rodziny składały je w całość - ręce, nogi, tułów - a potem godnie chowały w osobnych grobach na cmentarzu - opisuje Ołena Żeżera-Szaposznikowa, nauczycielka i dziennikarka z Buczy.

Ona też próbuje przywracać tożsamość ofiarom z Buczy, które wciąż pozostają anonimowi dla świata. Dokumentuje ich historie i opowiada je w mediach. Dla niektórych zabitych była sąsiadką, a dla innych - przyjaciółką. Jeszcze do niedawna spotykała ich codziennie na ulicach, w sklepach i swoim domu. Teraz słucha rozpaczy ich bliskich - tych, którzy zostali.

- Te rozmowy są bardzo trudne dla nich i dla mnie. Im ciężko znaleźć słowa, a mnie słuchać, jak cierpią. Czasem nie mam już siły opowiadać o tych zbrodniach, ale muszę to robić. To powinno zostać w historii - podkreśla.

Płakała, gdy dowiedziała się o śmierci swojej przyjaciółki Tatiany. Przed wojną wspólnie walczyły o kilkusetletni las dębów w Buczy, który deweloper chciał wyciąć pod budowę nowego osiedla. Podobnie jak córka Tatiany, Ołena zapamiętała jej uśmiech. Zawsze pojawiał się na jej twarzy, gdy się spotykały. A robiły to dość często, bo mieszkały niedaleko od siebie. Ołena też chodziła tą drogą, na której została zastrzelona Tatiana. - Czasem sobie myślę, że gdyby mi się nie udało wyjechać z Buczy na początku wojny, to mogłabym przecież tamtędy przechodzić z córkami, gdy grasowali tam rosyjscy snajperzy... - moja rozmówczyni zawiesza głos.

"Mamo, co teraz z nami się stanie?"

Poranek 24 lutego 2022 roku dla mieszkańców Buczy wyglądał podobnie. Widać to m.in. po relacjach, które Ołena zebrała od tych, którzy przeżyli. Gdy odgłosy wybuchów rozerwały ich sen, biegli do okien i widzieli lecące rakiety. Nad oddalonym o kilka kilometrów lotniskiem w Hostomelu rósł już słup dymu. Powtarzali do siebie: "Wojna się zaczęła!".

Ołena Żeżera-Szaposznikowa usłyszała to przez sen od 19-letniej córki. Nie dowierzała, chciała jeszcze chwilę pospać, bo za godzinę miała wstać i pojechać do pobliskiego Irpienia, gdzie w szkole uczyła ukraińskiego. Gdy jednak wybuch za oknem potwierdził słowa córki, zerwała się z łóżka. Szybko zaczęła szukać w internecie informacji o tym, gdzie w Buczy jest schron, w którym mogłaby się ukryć razem z dziećmi. Zanim jednak tego się dowiedziała, odebrała telefon od matki. Głos w słuchawce powtarzał: "Przyjedźcie do nas, do Hostomelu, ukryjemy się w piwnicy".

Po drodze wpadła do apteki po zapas lekarstw i do sklepu po jedzenie, ale tego w nim było już niewiele, bo ludzie wszystko wykupywali. - Gdy dojechałyśmy z córkami do mojej mamy, nad Hostomelem latały już rosyjskie helikoptery, a wszędzie dookoła rozlegały się strzały i wybuchy bomb. Po ulicach biegali jacyś dziwni żołnierze z długimi brodami i w czarnych mundurach. Później domyśliliśmy się, że to kadyrowcy z Czeczenii. Skryłyśmy się w piwnicy, a potem dołączyła do nas moja siostra z mężem i synem, a w końcu też sąsiadka z córką - opisuje.

Spędzili tam cały dzień i noc, podczas której nie zmrużyli oka, bo nasłuchiwali wybuchów. Młodsza - 13-letnia - córka Ołeny płakała. Pytała: "Mamo, co teraz z nami się stanie?". W odpowiedzi słyszała zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Małej trudno jednak było w to uwierzyć, bo w pobliżu ciągle spadały rakiety.

Wybuch jednej z nich włączył alarm w samochodzie Ołeny, który stał przed domem. - Na szczęście auto ocalało. Gdyby zostało zniszczone, to nie wiem, jak następnego dnia udałoby nam się uciec z Hostomelu. A jak się okazało, zrobiłyśmy to w ostatniej chwili. Mój przyjaciel, który wyjechał 10 minut po nas, został już zatrzymany przez Rosjan - opowiada.

Do samochodu nie zdążyły spakować nawet ubrań. Matka Ołeny wsiadła do niego w kapciach, bo w tym popłochu zapomniała ich zmienić na buty. Ojciec został w Hostomelu. Co prawda mógł wyjechać, bo nie był już w wieku poborowym, ale nie chciał opuszczać swojego domu. Kiedy później przyszli do niego Rosjanie i zapytali, dlaczego nie uciekł, odpowiedział: "Chcę zostać na swojej ziemi, nawet gdybyście mieli mnie za to zabić".

"Przed śmiercią zadzwoniła i powiedziała, że bardzo go kocha"

Kilka dni po wyjeździe Ołeny i jej rodziny - 5 marca ok. godz. 10 - na ulicy Jabłońskiej w Buczy doszło do wybuchu, w wyniku którego spłonął samochód. W tym samym momencie Giennadij Kamieniew, który walczył wtedy w ukraińskim oddziale na froncie, dostał SMS od żony: "W naszą stronę jedzie czołg wroga".

Spalony samochód stał w tym miejscu jeszcze przez miesiąc. Każdego dnia mijali go ludzie, ale nikt w zniszczonej od wybuchów Buczy nie zwracał na niego uwagi. Rozpoznał go dopiero Giennadij na zdjęciach w mediach. Zaniepokoił się tym, bo żona od miesiąca nie dawała znaku życia, a wiedział, że przed zaginięciem jechała tym autem. Szybko więc dotarł na miejsce i sprawdził numer VIN samochodu. Każda ze składających się na niego liter i cyfr się zgadzała. Wszystkie razem wyglądały jak wyrok.

Zaraz po wybuchu wojny Żanna, żona Giennadija, wywiozła ich dzieci do Żytomierza. Sama jednak wracała do Buczy, by dostarczać ludziom żywność i ewakuować znajomych, którzy zdecydowali się uciec przed okrucieństwami Rosjan. Tamtego dnia zabrała Marię Ilchuk, Tamiłę Miszczenko i jej 14-letnią córkę Anię. To ich zwęglone szczątki znaleziono w samochodzie.

Giennadij w rozmowie z Ołeną Żeżerą-Szaposznikową wspominał, że niedługą przed śmiercią i wysłaniem ostatniego SMS-a żona zadzwoniła i powiedziała, że bardzo go kocha. - Nadal nie chce mi się wierzyć, że jej nie ma. Codziennie dzwonię na jej numer - powiedział w maju.

"Strzelali do samochodów oklejonych napisami 'Dzieci'"

Po ucieczce z Hostomelu Ołena z córkami i matką jechała do rodziny w Tarnopolu, ale w trakcie podróży okazało się, że dojazd tam stał się już niemożliwy. Wybuchy rozrywały drogi i panował na nich chaos. Ruszyła więc w stronę polskiego przejścia granicznego w Hrebennem. Gdy dotarła tam 1 marca, zobaczyła długie kolejki uchodźczyń z dziećmi. - To było straszne. Uciekali przed wojną jak my: bez ciuchów, bez dobytku, bez niczego. Samotne kobiety i ich dzieci, które z dnia na dzień zostawiły swoje domy i znalazły się w innym kraju - opowiada.

Na granicy dostały pomoc, a później zakwaterowano je w pobliskim pensjonacie, gdzie odpoczęły po podróży. Stamtąd po kilku dniach pojechały do Józefowa pod Warszawą, a następnie do Poznania, gdzie zostały do dziś. Ołena znalazła pracę w tamtejszym urzędzie miasta. Uchodźcom z Ukrainy pomaga wyrabiać dokumenty, znajdować dach nad głową i dostawać pomoc humanitarną.

Nie wierzyła, że zostanie w Polsce tak długo. Z początku nie wierzyła nawet, że wojna wybuchnie, a potem pocieszała się myślą, że potrwa ledwie kilka dni. Czym ten koszmar jest i że prędko nie minie, uświadomiła sobie w pełni dopiero, gdy usłyszała, że Rosjanie nie cofają się nawet przed największym okrucieństwem. Słyszała przecież o rodzinie, którą na ulicy w Buczy oblali benzyną i spalili. O stertach trupów leżących przy domach. O gwałconych przed śmiercią kobietach. - Najbardziej jednak poruszyły mnie historie dzieci. Bo wojska Putina strzelają nawet do nich - podkreśla.

Tak było z rodziną Natalii, której historię opisała Żeżera-Szaposznikowa. Czterech dorosłych i pięcioro dzieci uciekało z Hostomelu, ale na punkcie kontrolnym w Buczy zatrzymali ich Rosjanie. Kazali im opuścić samochód. Rodzice wyszli więc z maluchami na rękach. Potem usłyszeli, że mają wrócić do auta i zawrócić do Hostomelu. Gdy jednak tylko ruszyli, okupanci otworzyli ogień. Strzelali w szyby - przednią, boczną i tylną - oklejone napisami "Dzieci".

"Zobaczył mnóstwo krwi i oderwaną rękę córki"

Ołena udokumentowała również historię rodziny Isajewów, która 3 marca 2022 roku uciekała przez Buczę. Na ich samochodzie z daleka była widoczna biała flaga, co oznaczało, że są cywilami i nie stanowią dla nikogo zagrożenia. Prowadził Walerij, obok siedziała jego żona Marina, a z tyłu była jeszcze ich 14-letnia córka Sofia.

W pewnym momencie Walerija ogłuszyła eksplozja we wnętrzu auta. Gdy otworzył oczy, zobaczył obok siebie martwą żonę. Szybko wydostał się z samochodu i pobiegł do Sofii, która była na tylnym siedzeniu, tuż za mamą. Zobaczył tam mnóstwo krwi i oderwaną rękę dziewczynki. Na jej kolanach leżał też martwy kot. - Wygląda na to, że pocisk, który okaleczył dziecko, zabił moją żonę. To było straszne! -  rozpaczał w rozmowie z Ołeną Żeżerą-Szaposznikową.

Sofia przeżyła. Była operowana we Włoszech i w USA. Teraz czeka na specjalną protezę ręki. - Najtragiczniejsze w naszej sytuacji jest to, że w 2017 roku opuściliśmy Donbas, uciekliśmy z "rosyjskiego świata" do Gostomelu. Mieliśmy nadzieję, że wojna jest już daleko. Ale ona nas dopadła i przyniosła wielki smutek – mówił.

"Mamo, a do jakiego kraju pojedziemy, gdy wojna dotrze do Polski?"

Do Buczy Ołena przyjechała w maju 2022 roku, gdy Rosjan już tam nie było. Zobaczyła, jak bardzo zmieniło się jej rodzinne miasto - kilkaset domów zostało obróconych w ruinę. Strach było jej chodzić po ulicach, bo miała świadomość, że to miejsca zbiorowych zbrodni. - Idąc po Buczy, myślałam: "Tu zastrzelili mojego sąsiada, a tam przyjaciółkę". Tu do niedawna leżały czyjeś zwłoki. Byli prostymi ludźmi, którzy mieli plany i marzenia, a dziś już ich nie ma. Straszne! - mówi.

Jej dom ocalał, ale bała się w nim spać. Wytrzymała tam jedynie dwie noce, po czym pojechała do rodziców, do Hostomelu. Ojciec przeżył okupację, a gdy Rosjanie zostali stamtąd wyparci przez ukraińską armię, wróciła tam mama Ołeny. - Czekała na to z niecierpliwością. Tam czuje się najlepiej. Ma tam ogród, kurczaki i króliki, przy których lubi pracować - opowiada Żeżera-Szaposznikowa.

Jak dodaje, nie tylko jej mama próbuje się czymś zająć, by nie myśleć o koszmarze wojny. Mieszkańcy Buczy starają się jak najszybciej uprzątnąć swoją miejscowość i wrócić do dawnej codzienności. - Co rano wstają do pracy i odbudowują miasto. To nie jest tak, że zgaśli i stracili chęci do życia. Na przekór wojnie i tym okropnym zbrodniom usiłują normalnie żyć - podkreśla.

Chciałaby kiedyś wrócić do Buczy na stałe, ale na razie jej córki panicznie się tego boją. Gdy niedawno planowała swój wyjazd do Kijowa, młodsza córka zaczęła płakać. Błagała, by mama już tego nie robiła. - Gdy w listopadzie w Przewodowie spadła rakieta, córka bardzo się przestraszyła. Zapytała mnie, czy w Polsce też będzie wojna. Zaprzeczyłam, a ona powiedziała: "Przed jej wybuchem w Ukrainie tak samo mówiłaś". Później zaś dodała: "A do jakiego kraju pojedziemy, gdy wojna dotrze do Polski?". Przykro mi, że się tak boi. Ma przecież dopiero 13 lat - wzdycha głęboko moja rozmówczyni.

Źródło: TOK FM