Czy głód zajrzy światu w oczy? Wszystko przez blokadę cieśniny Ormuz
Zasady sztuki wojennej z czasów Cesarstwa Rzymskiego opisywały najbardziej odpowiedni czas wszczynania wojen. Zgodnie z tą regułą nie wypowiada się ich na wiosnę i jesienią, co zwalnia z wyboru - chleb czy wojenne igrzyska. Bo wiosna to najważniejszy czas w rolnictwie. Tej zależności najwyraźniej nie docenili pomysłodawcy operacji militarnej w Zatoce Perskiej.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego - z punktu widzenia wyżywienia świata - wojna na Bliskim Wschodzie trwa w najgorszym z możliwych momentów?
- Co pokazuje historia, bo podobny moment mieliśmy całkiem niedawno?
- Czy da się zastąpić kluczowy dla cen chleba składnik, który nie wyjeżdża teraz z Bliskiego Wschodu?
Na początek o blokadzie cieśniny, kluczowego przesmyku na trasie morskiej: Bliski Wschód - reszta świata. Trasa jest kluczowa, bo prowadzi z arabskich portów do krajów azjatyckich i Europy. Na tej kluczowej trasie znajduje się kluczowa cieśnina, w najwęższym miejscu na około 30 kilometrów szeroka i wystarczająco głęboko, by mogły z niej korzystać nawet największe super tankowce i super gazowce. Cieśniną płynie w świat jedna piąta eksportowanej globalnie ropy i tyle samo gazu oraz produkty przemysłu chemicznego, które pomagają wyżywić świat. I o te produkty w tym tekście chodzi. Ale zanim skrócony kurs chemii i biologii, najpierw o samej blokadzie.
Blokadę w ciśnienie Ormuz założył Iran, na początku tylko grożąc atakami na statki handlowe, potem częściowo minując przejście przez cieśninę. I na koniec ostrzeliwując tankowce, także na wodach Zatoki Perskiej. W rezultacie po obu stronach Ormuzu stoi kilkaset jednostek, według niektórych źródeł może być ich nawet 700. Prawdopodobnie wszystkie zapakowane pod korek. Co oznacza cięcie wydobycia surowców w Zatoce Perskiej, bo producenci mają ograniczoną ilość miejsca w magazynach, a zapas pustych tankowców do załadowania - właśnie się wyczerpał. Plus część instalacji wydobywczych została trafiona irańskimi pociskami i z tego powodu wstrzymała pracę. Podobnie sprawy się mają na innym niż naftowy odcinku produkcyjnym, o którym jest mniej głośno, a od którego zależy los znacznej części ludzkości. By nie powiedzieć: połowy!
Renesans swojskiej gnojówki
Tutaj na chwilę wrócimy do przeszłości, gdy cztery lata temu Rosja najechała Ukrainę. A Europa pozbawiona była dostaw taniego rosyjskiego gazu, z którego Moskwa zrobiła oręż w energetycznej wojnie z Zachodem. Cena tego paliwa na europejskim rynku towarowym wzrosła w krótkim czasie nawet dwudziestokrotnie. Europejskie firmy toczyły zaciętą walkę o przetrwanie. Cała Europa zaciskała energetycznego pasa, branże energochłonne zamykały instalacje na kłódkę albo skokowo podnosiły ceny produkcji. I teraz Polska. Rok 2022, marzec-kwiecień, czyli wiosna. Przed punktami sprzedaży nawozów ustawiały się długie kolejki. Rolnicy przerażeni tempem wzrostu cen rzucili się na zakupy, bo nawozy azotowe są niezbędne w produkcji rolnej. Saletra amonowa podrożała wtedy z mniej więcej 1200 złotych za tonę do... ponad 6 tysięcy! I to w ciągu zaledwie kilku tygodni. W końcu, w sierpniu, polska branża azotowa wyłączyła instalacje. Produkcja stała się nieopłacalna a nawozy stały się nie tylko drogie, ale także nieosiągalne, jako alternatywa swojego renesansu doczekała się swojska gnojówka. Zapewne zastanawiacie się, co ta historia ma wspólnego z dostępnością jednego ze szlaków morskich tysiące kilometrów od Polski?
Odpowiedź leży w Zatoce Perskiej. Konkretnie w Iranie, Arabii Saudyjskiej, Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Bahrajnie. Kraje te eksportują łącznie aż jedną trzecią nawozów azotowych na świecie. I prawie połowę najczęściej używanego w rolnictwie - mocznika. Bliski Wschód jest jednym ze światowych centrów produkcji nawozów. Dlaczego? Bo ten proces chemiczny wymaga nadzwyczajnych ilości gazu.
I dlatego przemysł azotowy rozwija się tam, gdzie jest gaz. Lista potentatów wygląda więc tak: Rosja, Stany Zjednoczone, Chiny i Bliski Wschód, który eksportuje niemal wszystko co wyprodukuje. Z oczywistego powodu: na pustyni niewiele rośnie, nie trzeba więc tego nawozić.
Czy ktoś może zastąpić Bliski Wschód?
I teraz o drogach tego bliskowschodniego eksportu. A właściwie o jedynej drodze, przez Cieśninę Ormuz. Blokada tego szlaku oznacza, że z bliskowschodnich fabryk nawozowych nic nie wyjeżdża w świat. I to w czasie, gdy na półkuli północnej wystartował czas intensywnych prac polowych, a zapotrzebowanie na chemię jest największe. O tej porze roku rolnicy muszą nawozić uprawy, głównie azotem. Bez niego rośliny rosną słabiej lub nie rosną w ogóle. Azot jest głównym składnikiem białek, kwasów nukleinowych i chlorofilu. Dzięki zasilaniu nim upraw z pól zbiera się więcej. I dlatego opracowanie metody produkcji azotu do nawożenia dało jej autorowi Nobla, a światu rozwój. Naukowcy uważają, że dzięki wydajnemu rolnictwu planeta utrzymuje dwa razy więcej ludzi, niż byłaby zdolna utrzymać bez nawozów. Wiecie już, że bez nawozów azotowych nie ma chleba. Bez szlaku przez Ormuz nie ma nawozów z Bliskiego Wschodu. Może zatem zastąpić je produkcją z innej części świata?
Numer jeden, czyli Rosja, która produkuje każdy możliwy rodzaj nawozów i przed wojną w Ukrainie wysyłała je na cały świat. Dzisiaj jej produkcja nawozowa objęta jest sankcjami lub zaporowymi cłami.
Numer dwa, czyli Chiny. Tamtejsze zakłady nawozowe mają zakaz eksportu. W ten sposób chińskie władze chronią krajowe rolnictwo, a wraz z nim półtora miliarda obywateli przed podwyżkami cen żywności.
Numer trzy: Stany Zjednoczone. Tu z kolei decyduje polityka. Za pół roku wybory uzupełniające do Kongresu, a amerykańscy rolnicy i tak już naciskają na rządzących w sprawie rosnących kosztów produkcji. Z powodu wojny w Iranie nawozy podrożały w USA o jedną trzecią. Większy eksport może jeszcze mocniej podnieść ceny. Już teraz farmerzy przestawiają produkcję z kukurydzy na soję, która by dobrze rosnąć, potrzebuje mniej azotu. Problem w tym, że Amerykanie nie mają jej komu sprzedawać. Z powodu wojny handlowej amerykańskiej soi nie zamawiają Chiny. I tu koło się zamyka.
Komu ten nawozowy kryzys zaszkodzi najbardziej? Analitycy rynku wskazują Indie. Ten najludniejszy kraj na świecie połowę mocznika sprowadzał z Bliskiego Wschodu. Słabe plony w Indiach to wyższe ceny towarów rolnych na świecie. Bo półtora miliarda ludzi musi coś jeść. A Europa? Tu nie jest gorzej, ale też niewiele lepiej. Przemysł chemiczny ma pod górę z powodu skokowo rosnącej ceny gazu, kluczowego surowca do produkcji mocznika. Już w pierwszych dniach wojny gaz podrożał o 70 procent. Dlatego polskie zakłady azotowe czasowo zawiesiły przyjmowanie nowych zamówień i podniosły ceny o 15 procent. Na samym progu wiosennej gorączki na polach.
Na koniec o tym co stanie się dalej. Tu nie będziemy odkrywczy: co będzie - czas pokaże. Bo najwięcej zależy od tego, ile potrwa blokada cieśniny kluczowej dla produkcji żywności na świecie. Oraz dla cen benzyny, w tym cen amerykańskich, które mogą zaważyć na politycznej przyszłości Ameryki.
źródło: TOK FM