Po co Trump zaatakował Wenezuelę? "To dopiero otworzyło puszkę Pandory"
- Jeśli chcemy znaleźć logikę w tym szaleństwie, to nie znajdziemy, bo była to tylko i wyłącznie demonstracja siły - tak o ataku USA na Wenezuelę mówiła w TOK FM dr Alicja Fijałkowska-Myszyńska z Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.
W sobotę nad ranem siły specjalne USA przeprowadziły atak na stolicę Wenezueli - Caracas. Po miesiącach presji ze strony Waszyngtonu przywódca Wenezueli Nicolas Maduro wraz z żoną został pojmany i wywieziony z kraju. Para została następnie oskarżona w USA o przestępstwa związane z narkotykami i terroryzmem.
Dr Alicja Fijałkowska-Myszyńska pytany była w TOK FM, dlaczego Donald Trump zdecydował się w ogóle na atak.
- Jeśli chcemy znaleźć logikę w tym szaleństwie, to nie znajdziemy, bo była to tylko i wyłącznie demonstracja siły - mówiła ekspertka Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego.
Dopytywana, czy może chodzi o "kłopoty w domu, bo poparcie dla Trumpa jest jeszcze niższe niż było" czy też "problemy w dowożeniu polityk, bo obóz zaczyna mu się wewnętrznie spierać", odpowiedziała krótko: "Gdyby miał aparat propagandy jak Putin, to byłabym w stanie w to uwierzyć". Zastrzegła od razu, że w grę wchodzić może ropa, a to dlatego, że Donald Trump ma bardzo ograniczone możliwości kontrolowania jej cen.
- Z kolei gdyby miał Wenezuelę pośrednio w swojej kieszeni, to siłą rzeczy miałby także lepszy wpływ na jej ceny, co też istotne z punktu widzenia wewnętrznego. Chociażby dla przeciętnego Amerykanina, który jednak patrzy na to, ile płaci za benzynę, a tej benzyny kupuje sporo. Więc niewątpliwie Trumpowi oczywiście chodzi o ropę - podkreśliła w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz.
"To dopiero otworzyło puszkę Pandory"
W ocenie gościni "Programu specjalnego TOK FM" prezydentowi USA chodzi jednak głównie o kwestie wizerunkowe. - Innymi słowy pokazanie: "Wreszcie coś mi się udało". Tym bardziej że do tej pory nic mu nie wychodziło w polityce zagranicznej. Cła nie zadziałały, posypał mu się też plan na Ukrainę i Bliski Wschód. A tutaj wreszcie pokazał skuteczność - podkreśliła.
Zastrzegła przy tym, że jego działanie rodzi dziś pytanie o długofalową skuteczność, a to dlatego że Amerykanie wcale nie są "szczególnie zachwyceni tym, że amerykański podatnik ma teraz płacić za utrzymanie stabilności Wenezueli". Tym bardziej, tłumaczyła, że potrzeba czasu na "podpisanie lukratywnych kontraktów", podobnie jak i na to, by wydobycie ropy wzrosło. - Poza tym nie tylko sam Trump i nie sama Wenezuela będą decydowali o cenach ropy - zwróciła też uwagę.
Inna rzecz, dodała dr Fijałkowska-Myszyńska, że choć może to dobrze wyglądać jako sukces Trumpa, to jednak w żaden sposób nie rozwiązuje to problemu Wenezueli. - To dopiero otworzyło puszkę Pandory - oceniła.
Tłumaczyła, że, jeżeli dzisiaj Amerykanie rzeczywiście by wyszli i zostawili Wenezuelę samą sobie, to szybciej doszłoby tam do wojny domowej niż do dogadania się przez obie strony; zwłaszcza z uwagi na pozycje wojsk. - Jeżeli natomiast pod presją będą chcieli cokolwiek robić, to też nie do końca się to uda, bo spora frakcja społeczeństwa wenezuelskiego nie rozumie w ogóle, co się stało. Dalej: jeżeli chodzi o samą opozycję, to też trzeba zwrócić uwagę, że nie jest ona jednorodna. Kiedy dojdzie więc do władzy, zaczną się ujawniać różne interesy, uwidocznią się rozłamy. Dodatkowo frakcja rządowa też sama z siebie przecież władzy nie odda - podsumowała w TOK FM.
Źródło: TOK FM, PAP