Polka naraziła się Rosjanom. Ujawnia okrutny "eksperyment" Putina
Dlaczego powinniśmy poznać tę historię? Bo Putin przeprowadza pewien eksperyment, a od jego dalszego powodzenia może zależeć nasza przyszłość. Może okazać się, że za kilka lat zostanie powtórzony w miastach i wsiach na terenie Polski - mówi w tokfm.pl Monika Andruszewska, która w Ukrainie dokumentuje rosyjskie zbrodnie wojenne.
Przyjechała do Ukrainy w 2014 roku. W mediach społecznościowych, a potem także w "Tygodniku Powszechnym", relacjonowała rewolucję na Majdanie. Widziała śmierć swoich rówieśników - dwudziestolatków - którzy chcieli integracji Ukrainy z Unią Europejską. Ich demonstracje krwawo stłumił prorosyjski prezydent Wiktor Janukowycz. Wszyscy, których tam poznała i którzy przeżyli, ruszyli później do Donbasu, gdzie Rosja rozpętała wojnę. Jako dziennikarka pojechała za nimi. - Odtąd wszystko w moim życiu jest związane z wojną. Razem z nią dorastałam i w zasadzie nie znam już innej rzeczywistości - stwierdza Monika Andruszewska.
Jeżdżąc na wschód Ukrainy, słyszała o torturach, którym byli poddawani Ukraińcy na okupowanych przez Rosję terytoriach. Nazwała to później "eksperymentem" Kremla i przygotowaniem do pełnoskalowej inwazji. - Już od 2014 roku Putin sprawdzał, do czego może się posunąć. Eksperyment dał mu pozytywny wynik. Okazało się, że jego ludzie mogą torturować i gwałcić mieszkańców podbijanych miejscowości. Mogą zabijać dzieci. Mogą, bo świat nie reaguje. Dlatego rosyjska armia ruszyła dalej - mówi.
W 2022 roku, gdy wybuchła pełnoskalowa wojna, Monika Andruszewska porzuciła pracę dziennikarki i zatrudniła się w nowo powstałym Centrum Dokumentowania Zbrodni Rosyjskich w Ukrainie im. Rafała Lemkina przy Instytucie Pileckiego. - W Ukrainie zaroiło się od dziennikarzy z całego świata, którzy relacjonowali wojnę. Poczułam, że moja praca jako korespondentki nie ma już takiego znaczenia. Ważniejsze dla mnie stało się zbieranie relacji ofiar i świadków rosyjskich zbrodni wojennych. Pomyślałam, że jeśli świat o tym się nie dowie, to nie ruszy z pomocą Kijowowi - tłumaczy.
Odtąd dokumentuje "eksperyment" Putina, który ma coraz większą skalę. Nie zatrzymał się na Buczy czy Irpieniu, gdzie w 2022 roku odkryto masowe groby z okaleczonymi ciałami kobiet, mężczyzn i dzieci. - Bucza stała się symbolem rosyjskiego okrucieństwa. Potem jednak nie było już tak spektakularnych wyzwoleń ukraińskich miejscowości, w których odkrywano by masowe groby. Może zachodnie społeczeństwa wzięły to za dobrą monetę i założyły, że te zbrodnie Putina się skończyły. Nic z tych rzeczy. Po prostu tereny okupowane są objęte blokadą informacyjną. Tam za zadzwonienie do kogoś z innej części Ukrainy można trafić na tortury. Dopóki ukraińskie wojska nie wyzwolą wszystkich swoich terenów, nie odsłonimy pełnego obrazu rosyjskich zbrodni - podkreśla.
Według niej od 2014 roku stale rozrasta się sieć katowni, w których okaleczani i zabijani są Ukraińcy. Rosjanie tworzą je w starych więzieniach, aresztach i piwnicach. - O ile 10 lat temu było ich kilkanaście, to teraz wiemy już o kilkuset. Działają latami i trafiają do nich tysiące ludzi. Wszędzie dzieje się to samo: gwałty, kopanie, bicie pałkami i kolbami. Podduszanie, podtapianie i wieszanie na tzw. jaskółkę. Elektrowstrząsy i wbijanie śrub w kolana - wymienia moja rozmówczyni.
Putin stawia na tortury, a Polka je ujawnia. "Setki katowni"
Gdy Rosjanie zajmują ukraińską miejscowość, zazwyczaj w pierwszej kolejności wyłapują samorządowców, nauczycieli, lekarzy, czasem pracowników domu kultury czy muzeum. Bo jeśli społeczność traci liderów, łatwiej ją okupować i niszczyć. Niekiedy są torturowani, a później pokazowo mordowani, by przerazić miejscową ludność i kontrolować ją za pomocą strachu. Jedną z ofiar powieszono np. na budynku sądu. - Niektórym starostom udaje się uciec do dużych miast pozostających pod kontrolą Kijowa. Tam, "na uchodźctwie", odtwarzają administracje swoich rodzimych miejscowości i pomagają innym uciekinierom. Dają nam kontakty do ofiar Rosjan, mówiąc: "Pogadajcie jeszcze z tym panem, bo go torturowano" albo: "Tej pani Ruscy zabili męża" - opowiada Monika Adruszewska.
Spotyka się z ocalałymi i zapisuje ich relacje (udało się ich zebrać już ok. 700). Pomaga jej między innymi Iryna Dowhań, która w 2014 roku została aresztowana i poddana torturom przez prorosyjskich separatystów w Doniecku. Oskarżono ją o wspieranie armii ukraińskiej. Jej zdjęcie, opublikowane w "The New York Times", obiegło świat. Widać na nim, jak ustawiono ją przy ulicznym słupie, a na szyi powieszono jej tabliczkę z napisem: "Ona zabija nasze dzieci". Przechodnie kopali ją i lżyli. - Doświadczenia Iryny sprawiają, że ocalali łatwiej się otwierają. Czują, że ona najlepiej zrozumie, co przeszli - tłumaczy moja rozmówczyni.
Z ofiarami rosyjskich przestępstw wojennych dokumentalistki spotykają się nie tylko w dużych miastach, ale również w przyfrontowych wsiach, które Ukraińcy zdążyli już wyzwolić. Tam jednak Andruszewska i jej koleżanki narażone są na niebezpieczeństwo. - Kiedyś na podwórku domu, w którym nocowałyśmy, kręcił się jakiś mężczyzna. Na nasz widok przeskoczył przez płot i uciekł. Gdy dowiedzieli się o tym ukraińscy żołnierze, od razu przeszukali teren, bo założyli, że ten człowiek podłożył nam minę. Nic nie znaleźli, ale następnego dnia Rosjanie ostrzelali dom i pobliską ulicę. Nie wiem, czy to był przypadek. Pewne jest tylko, że nie była to pierwsza taka sytuacja - wspomina.
Wcześniej na samochód, którym jechały dokumentalistki, polował rosyjski dron. Naprowadził na nie ostrzał moździerzowy. - Ten rozwalił nam samochód, więc szybko przesiadłyśmy się do innego. Ale moździerz walił w naszą stronę, dopóki dronowi nie rozładowała się bateria - opisuje.
Przeżyła już niejeden atak moździerzowy. Za każdym razem najpierw słyszała charakterystyczny świst, który - jak mówi z uśmiechem - był dla niej wiadomością: "Cześć, Moniko, lecę, by cię zabić". Musiała wtedy błyskawicznie upaść. - To ważne, bo po wybuchu odłamki moździerzy lecą nisko nad ziemią. Jeśli wtedy leżysz, masz szansę, że przelecą nad tobą. Oczywiście, jeśli jest skierowany bezpośrednio na ciebie, to nic już nie ma znaczenia - tłumaczy.
Andruszewska i jej współpracowniczki nie umawiają się z rozmówcami przez telefon, bo w przyfrontowych miejscowościach Rosjanie mogą je podsłuchiwać. Zazwyczaj kontaktują się z ocalałymi przez internet. - Nie możemy jednak kontrolować rozmów o nas, które prowadzą miejscowi albo ukraińscy żołnierze. Drugi ze wspomnianych tutaj ostrzałów zaczął się, gdy ukraińscy wojskowi informowali się przez krótkofalówki, że wjeżdżamy do miejscowości, by tam dokumentować rosyjskie zbrodnie - stwierdza.
Jej zdaniem armia Putina poluje na dokumentalistów i dziennikarzy, bo usiłuje ukryć swoje okrucieństwa. Jako przykład przywołuje historię z 2022 roku, kiedy Rosjanie zabili w Irpieniu Brenta Renauda, współpracownika "The New York Times". - Po deokupacji tego terenu rozmawiałam z tamtejszymi cywilami. Opowiadali, że Ruscy po zastrzeleniu amerykańskiego dziennikarza świętowali. Pili i wiwatowali. Dlatego nie noszę na ubraniach oznaczeń "Press" ani "Wolontariusz". Bo na Rosjan działa to jak płachta na byka. Na widok takich napisów po prostu otwierają ogień - podkreśla moja rozmówczyni.
Ten "eksperyment" Putina dotrze do Polski? "Wbijanie śrub w kolana"
Zwłoki ofiar bywają dla Rosjan problemem. Można z nich bowiem wyczytać historię tortur, od których dana osoba zmarła. Dlatego ludzie Putina umiejętnie niszczą i ukrywają ciała Ukraińców. - Cywile z wyzwolonych terenów mówią, że widywali mobilne krematoria, w których ludzie Putina mieli palić swoje ofiary - przytacza Monika Andruszewska.
Jak dodaje, zna przypadki, gdy najeźdźcy wycięli ze zwłok organy, by nie można było przeprowadzić ich sekcji. Jednej z ofiar amputowali całą dłoń, bo wcześniej wyrwali jej paznokcie. Narządy innej potraktowali jak klocki, z których dowolnie złożyli nową całość - mózg i serce wepchnęli do brzucha, a między jelitami umieścili ukraińską flagę. Zdarzyło się, że ciało Ukraińca zwrócili rodzinie bez nosa i oczu. - Czasem nawet trudno się domyślić, dlaczego uprawiają tę makabrę - podkreśla.
W ocenie mojej rozmówczyni rosyjskie tortury nie są jednostkowymi wybrykami zwyrodnialców, tylko przemyślanymi działaniami systemowymi. - Na terenach okupowanych uczestniczy w tym prorosyjska milicja i tamtejsza pseudoadministracja. Namierza, wyłapuje, znęca się nad ukraińskimi cywilami, a potem nierzadko ich zabija. Bierze w tym udział też Federalna Służba Bezpieczeństwa Rosji (FSB), która jest przecież specjalistką od dręczenia ludzi. Działa na rozkaz Putina, dla którego tortury są takim samym narzędziem jak rakiety i czołgi. Mają zniszczyć naród ukraiński - tłumaczy.
Podobnie jest z przemocą seksualną. Zdaniem Moniki Andruszewskiej jest nią zagrożony każdy, kto znajduje się na terenach zajętych przez Rosjan. Nie jest ważna płeć ani wiek ofiar. Gwałcone są zarówno dzieci, jak i staruszkowie. Kobiety, jak i mężczyźni. - Tutaj zdecydowanie nie chodzi tylko o zaspokajanie popędu seksualnego, ale także o upokorzenie i symboliczny gwałt na całym narodzie. To też element strategii zastraszania. Gdy w jakiejś miejscowości zaczynają grasować żołnierze Putina, to ukraińscy mężowie i ojcowie niekiedy nawet nie próbują stawiać oporu. Boją się, że jeśli rzucą w Ruskich koktajlem Mołotowa, to ich córki i żony mogą potem zaznać okrucieństwa. To zastraszanie jest bardzo skuteczne, bo trudno przecież znaleźć dom, w którym nie ma dziewczynki, dorosłej kobiety ani babci - mówi.
Moja rozmówczyni przypomina zdanie, które Putin skierował do Ukrainy, zanim zaczął pełnoskalową inwazję: "Podoba ci się, nie podoba, cierp, moja piękna". - Dał swoim żołnierzom nie tylko przyzwolenie na przemoc seksualną, ale wręcz ich do tego zachęcił - stwierdza dokumentalistka.
Rosjanie zabijają dzieci i strzelają do ich pluszowych misiów
Okrutnemu "eksperymentowi" Putin poddaje również dzieci. Jak mówi Monika Andruszewska, Rosjanie nie oszczędzają im niczego. Są odbierane rodzicom, wywożone i bite. Niektóre latami żyją w strachu przed przemocą seksualną żołnierzy. - Na Kijowszczyźnie, gdy rodziny się ewakuowały, Rosjanie obiecali im pomoc. Jednemu z dzieci dali nawet jakieś wafle, a dziesięć minut później maluch płonął w samochodzie po rosyjskim ostrzale - opisuje.
Jak dodaje, jedną z pierwszych zbrodni, której dopuścili się w Donbasie Rosjanie i ich "marionetki", było zamordowanie 16-letniego Stepana Czubenki. Został wywleczony z pociągu, bo miał na plecaku flagę ukraińską. Ludzie Putina najpierw go skatowali, a później pokazowo rozstrzelali na ulicy.
- Od lat Rosjanie zabijają dzieci, bo te są przyszłością Ukrainy. Strzelają nawet do zabawek, co jest formą przemocy symbolicznej. Wielokrotnie wchodziłam do ukraińskich domów i widziałam przestrzelone pluszowe misie i dziecięce rysunki. Putin i jego ludzie chcą rozwalić wszystko, co niewinne i dobre - ocenia.
Zwraca uwagę, że im więcej terytoriów zajmie Kreml, tym szerzej ta przemoc się rozleje. Dlatego Polki i Polacy powinni wiedzieć, co dzieje się na okupowanych terytoriach i znajdujących się tam katowniach Putina. - To kwestia naszego bezpieczeństwa. Jeśli w sąsiednim kraju dochodzi do ludobójstwa, to w naszym interesie jest dowiedzenie się o tych zbrodniach i ich powstrzymanie. Bo Putin przeprowadza eksperyment, a od jego dalszego powodzenia może zależeć nasza przyszłość. Jeśli go nie zatrzymamy, to może okazać się, że za kilka lat to wszystko zostanie powtórzone w miastach i wsiach na terenie Polski - podsumowuje Monika Andruszewska.
Źródło: TOK FM