,
Obserwuj
Świat

Putin znów atakuje. Zaskakujące, co dzieje się potem

7 min. czytania
28.11.2024 12:00

Rosja znów przeprowadziła zmasowany atak na Ukrainę. Eksplozje rakiet Putina od ponad tysiąca dni obracają domy w ruiny i dziurawią bloki. Media obiegają tysiące zdjęć zrujnowanych budynków w Ukrainie. Ale co dzieje się dalej z ich mieszkańcami?

fot. Państwowa Służba Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych

Wojska rosyjskie przeprowadziły w czwartek rano zmasowany atak z użyciem rakiet i dronów na infrastrukturę energetyczną Ukrainy. Wybuchy słychać było m.in. w Kijowie, a o zagrożeniu informowano m.in. w obwodach położonych przy granicy z Polską. "Rosjanie kontynuują swoją taktykę terroru. Zgromadzili zapasy rakiet do ataków na ukraińską infrastrukturę, do działań wojennych przeciwko ludności cywilnej podczas mrozów, podczas zimy. Pomagali im w tym ich szaleni sojusznicy, w szczególności z Korei Północnej. Teraz Rosjanie prowadzą kombinowany ostrzał kraju. Walczą nawet z dziećmi. Ukraina ma czym odpowiadać" - powiadomił szef kancelarii prezydenta Ukrainy Andrij Jermak.

Władimir Putin od ponad tysiąca dni zasypuje całą Ukrainę rakietami, bombami i dronami. Rozlegają się syreny alarmowe, po czym słychać eksplozje. Pociski trafiają w bloki oraz domy cywilów. Wybuchają pożary i giną ludzie.

Po takich atakach martwi są przewożeni do kostnic, ranni do szpitali, a w budynkach dogasają pożary. Ewakuowani wcześniej mieszkańcy często wracają do zdewastowanych bloków i tam próbują żyć dalej, mimo że dziury po ostrzałach pozostają w tych budynkach jeszcze latami. Media już zazwyczaj tego nie pokazują, więc świat zapomina o ludziach żyjących w ruinach.

O to, jak wygląda to życie po eksplozjach, zapytałem Natalię Makulską z Polskiej Akcji Humanitarnej. Właśnie wróciła z Ukrainy, gdzie rozmawiała z ludźmi, którym PAH pomaga remontować domy po ostrzałach. Wstawia nowe okna, reperuje dachy i odmalowuje ściany.

"Alarmy wgryzły się w codzienność Ukraińców". Sen zamiast ewakuacji

Pani Nina jest po siedemdziesiątce i mieszka pod Czernihowem. W 2022 roku wojna dotarła do jej domu i ogródka. Pociski trafiały w dach, okna, bramę. Staruszka i jej mąż w popłochu uciekli do piwnicy, gdzie trzymali zapasy warzyw na zimę. Spędzili tam miesiąc. Dopiero gdy wyszli, zobaczyli zniszczony dom.

- Pani Nina płakała, gdy mi o tym opowiadała. Pokazała bramę, na której do dziś są dziury od pocisków. A potem zobaczyłam tę piwnicę... Nie umiałam sobie wyobrazić, jak można było w tym zamknięciu spędzić cztery tygodnie. Do dziś trudno jej o tym mówić - opisuje Natalia Makulska.

Zatrudniona przez Polską Akcję Humanitarną ekipa budowlana wymieniła dach i wstawiła nowe okna. - Dom dalej wymaga większego remontu, ale przynajmniej pani Nina ma teraz cieplej - relacjonuje pracownica PAH

Staruszka i jej mąż są samotni. Tęsknią za dziećmi, które już dawno wyjechały z rodzinnej miejscowości. Wiosną i latem małżeństwo pielęgnuje ogródek, a także mały sad przed domem. Żyją ze sprzedaży owoców i warzyw, które tam uprawiają. - Pani Nina opiekuje się też mężem, czterema kotami i psem, który przychodzi do niej od sąsiadów. Widać, że jest w niej zakochany. Zaskakujące, jak ona dobrze sobie radzi. Mimo że wojna ciągle jej zagraża, udało jej się wstać i pójść dalej. To mnie porusza - przyznaje moja rozmówczyni.

Pani Nina próbuje więc mościć się w życiu, patrząc na dziury po pociskach w bramie przed domem. Chociaż nie tylko one przypominają, że w każdej chwili może stracić dom i życie. Robią to także alarmy przeciwlotnicze, które raz po raz rozbrzmiewają w całej Ukrainie. - Dalej kryje się w piwnicy? - pytam.

- Nie. Ona, jak i większość Ukraińców, przyzwyczaili się do tych alarmów. Gdy je słyszą, często już nie reagują. Nie przerywają codziennych zajęć. Zaskoczyło mnie to, gdy byłam w Kijowie. Nocami schodziłam do schronu, bo ciągle wyły syreny, ale byłam tam sama. Reszta tak przywykła do takich sytuacji, że po prostu… spała. Alarmy wgryzły się w codzienność Ukraińców i stały się normą - stwierdza Natalia Makulska.

Wybuch w bloku i co dalej? "Życie toczy się tam normalnie"

W Czernihowie rosyjska rakieta wleciała do jednego z mieszkań w bloku. Po jej eksplozji rozpętał się pożar. Tym razem nikt nie ucierpiał, bo mieszkańcy zdążyli się ewakuować. Wybuch jednak obrócił w gruz dwa mieszkania i wyrwał dziurę między pierwszym a drugim piętrem. Zdewastował też klatkę schodową oraz wybił szyby w oknach.

Lokatorzy dwóch zniszczonych mieszkań nie mieli już do czego wracać. Pozostali jednak uprzątnęli blok z gruzu, po czym znów go zasiedlili. - Wymieniliśmy im okna na klatce schodowej, bo chłód wdzierał się do mieszkań. Jak wchodziło się z zewnątrz do budynku, praktycznie nie było czuć różnicy temperatury. W zimie to poważny problem w ostrzelanych domach. Ale w tym bloku życie toczy się już normalnie. Dzieci wracają do swoich domów ze szkoły, a dorośli z pracy - zauważa Natalia Makulska.

Polska Akcja Humanitarna zajęła się też naprawą drugiego bloku w Czernihowie. W ten akurat nie uderzył pocisk, ale fala uderzeniowa, która powstała po wybuchu rakiety w sąsiednim budynku. Była tak duża, że wybiła wszystkie okna.

- Było to półtora roku temu, a mieszkańcy do dziś czekają na wymianę okien. Mówią, że zbliża się kolejna zima po tym ostrzale i bardzo potrzebują pomocy, a nie zawsze mogą na nią liczyć ze strony lokalnych władz czy innych organizacji międzynarodowych. Czują się zapomniani, porzuceni, pozostawieni samym sobie. Nie tylko zresztą oni. To jest problem bardzo wielu ludzi w Ukrainie - przyznaje moja rozmówczyni.

"Front przyszedł pod jej drzwi". Teraz pielęgnuje tam wiśnie

W piątek 25 lutego 2022 roku mąż pani Julii miał wrócić do domu pod Kijowem, ale dzień wcześniej wybuchła pełnoskalowa wojna. Utknął w stolicy Ukrainy, a jego żona - kobieta po sześćdziesiątce - została sama. Z przerażeniem patrzyła, jak rosyjscy żołnierze przechodzą pod jej domem i słuchała wybuchających w pobliżu pocisków.

- Można powiedzieć, że front przyszedł pod jej drzwi. Śladem po tym są resztki pocisku, które do dziś leżą w ogródku. Obok rosną jabłka, gruszki i wiśnie, które pani Julia pielęgnuje. Trzeba być bardzo silnym, żeby nie chcieć wyjechać z miejsca, do którego już raz dotarła wojna i może to znów zrobić, właściwie w każdej chwili, np. w trakcie ostrzału. Pani Julia dalej opiekuje się tym miejscem, bo tam się wychowała i przeżyła większość życia. Ono jest jej, nie wojny - podkreśla Natalia Makulska.

Jak dodaje, Ukrainka jest smutna, bo mąż, choć przetrwał atak na Kijów, zmarł w tym roku śmiercią naturalną. - Tęskni za nim, ale nie poddaje się. Codziennie wstaje, po czym robi swoje w domu i ogrodzie - opisuje moja rozmówczyni.

Ataki Putina. Ludzie odcięci od wody i ciepła

Rosyjskie ostrzały nie tylko wyrywają dachy domów i robią dziury w ścianach bloków, lecz także pozbawiają ludzi prądu i wody, co rujnuje im poczucie bezpieczeństwa. - Ono jest wtedy, gdy mamy pewność, że jak odkręcimy kran, to poleci z niego woda. Kiedy w domu jest ciepło. I gdy żadne rakiety nie latają nam nad głowami. Nic nam nie grozi. Możemy zasnąć i obudzić się spokojnie. A Ukraińcy nie mają pewności, jaki będzie następny dzień. Czy kolejny ostrzał nie pozbawi ich ciepła, wody, domu - tłumaczy Natalia Makulska.

W takim ciągłym poczuciu niepewności żyją np. mieszkańcy niewielkiego miasta Perszotrawenśk w obwodzie dniepropetrowskim. - Cierpią z powodów bardzo częstych przerw w dostawie wody. Biorą ją z wodociągu, który jest pociągnięty z rzeki Dniepr, czyli przez ponad 100 km. Jak to w strefie wojennej bywa, prawie ciągle jest uszkadzany. Za każdym razem, gdy tak się dzieje, ludzie z Perszotrawenska zostają odcięci od wody na kilka dni. A wiadomo, woda jest podstawą wszystkiego. Bez niej nie umyją się, nie ugotują, nie mają ciepła w grzejnikach. Nawet się nie napiją, jeśli wcześniej nie zrobili dużych zapasów. Dotyczy to też szpitala i szkoły - opisuje.

Dlatego PAH buduje tam dwie studnie. Zanim jednak powstaną i woda z nich zostanie podpięta do systemu ciepłowniczego, ludzie z Perszotrawenska - jak i z mnóstwa innych miejscowości w Ukrainie - muszą żyć w strachu przed nadchodzącą zimą. - To dla nich kolejne zagrożenie po nalotach i atakach rakietowych, które próbują przetrwać - podkreśla moja rozmówczyni.

Taniec po rosyjskich atakach. "Naprawdę niesamowite!"

W Ukraińcach z ostrzeliwanych domów kumuluje się stres, z którym trudno im się uporać. Dotyczy to także starszych, schorowanych albo niepełnosprawnych osób, które nie mają już siły ani możliwości na ucieczkę w bezpieczne miejsca. Wielu jest samotnych, bo ich bliscy już wyjechali albo zginęli na wojnie. To właśnie dla takich Ukraińców PAH zorganizowała specjalne centra w obwodach dniepropetrowskim, kijowskim, mikołajowskim i charkowskim.

- Mogą tam zaprzyjaźnić się ze sobą, porozmawiać o swoich przeżyciach, poczuć się bezpiecznie i dostać wsparcie od psychologów. Robimy tam różne warsztaty i zajęcia. Ludzie, którzy do nas przychodzą, współtworzą np. chór. Siadają ze sobą na trzy godziny, chwytają się za ręce i śpiewają ukraińskie pieśni ludowe. Daje im to radość i wytwarza pomiędzy nimi ogromną energię. To naprawdę niesamowite! Niektórzy układają puzzle i ułożonymi z nich obrazami obwieszają ściany naszych centrów. Inni tańczą na zajęciach i tak rozładowują stres - wymienia Natalia Makulska.

- Czyli można tańczyć po rosyjskich atakach - wtrącam.

- Tak, taniec obniża w nich stres, a to bardzo ważne, żeby nie kumulował się i by mogli od niego odetchnąć. Nawet ja go czuję, a przecież spędziłam w Ukrainie ledwie tydzień i przeżyłam tylko kilka alarmów przeciwlotniczych. Widzę jednak, że wpłynęło to negatywnie na moje samopoczucie i jakość snu. Ale jestem już w Polsce i budzę się bezpieczna, a oni nie mogą mieć takiego wytchnienia. W Ukrainie ciągle są jakieś alarmy i ostrzały - podkreśla pracownica PAH.

Ukrainiec otrzepuje się z gruzu. "Imponuje mi ich wytrwałość"

Natalia Makulska była w objętej wojną Ukrainie po raz pierwszy. Przyznaje, że wróciła z podziwem dla ludzi, których tam poznała. Widziała bowiem, jak wytrwali są w podnoszeniu swojego życia z gruzów.

- To mi imponuje, bo jednocześnie są ogromnie zmęczeni wojną, a w dodatku osamotnieni. Często nie mogą liczyć na żadną pomoc z zewnątrz. Mimo to dalej mają siłę, żeby otrzepać się z gruzu, który na nich spada. Chcą, żeby wrócili do nich bliscy, którzy wcześniej ewakuowali się przed wojną. Ta wizja jest dla nich światełkiem w tunelu - stwierdza.

Jak dodaje, dzięki tym historiom będzie już inaczej czytała i oglądała doniesienia z Kijowa, Dniepra czy Czernihowa. - Lepiej rozumiem sytuację tych ludzi. Ukraina stała mi się o wiele bliższa - podsumowuje moja rozmówczyni.

Źródło: TOK FM