"Siedzieliśmy i czekaliśmy, aż nas zabiją". Programistka rzuciła pracę w Krakowie i ruszyła na front
Większość żołnierzy uważa, że na froncie nie powinno być kobiet. Twierdzą, że zmieniamy atmosferę, a wtedy muszą myśleć już nie o wojnie, tylko o tym, jak nam pomóc. Przez to, że jestem kobietą, nie każdy chce ze mną pracować - mówi w tokfm.pl Kateryna Barzakowska, ukraińska medyczka pola walki.
Zmęczenie narasta. Męczą ciągłe wybuchy, wrzaski rannych i ta cisza, która potem nagle zapada. Męczy widok oderwanej nogi. Męczy zapach mokrych od deszczu okopów, który jest przemieszany z wonią martwych ciał. - Zmęczenie jest teraz główną trudnością na froncie w Ukrainie. Większość żołnierzy jest tam, od kiedy zaatakował nas Putin. Jak już wracają do domów, to są jeszcze bardziej zmęczeni. Bo na ulicach swoich miast widzą zmęczonych wojną ludzi, którzy chcą o niej zapomnieć i normalnie żyć. Zając się pracą, zakupami i zabawą. Wydają się już nic z tej wojny nie rozumieć – mówi 25-letnia Kateryna Barzakowska.
Sama gdy niedawno wróciła z frontu, poczuła to zmęczenie. Usiadła z rodziną i zaczęła opowiadać, co przeżyła na wojnie. Słowa wypadały jej z ust jak pociski. Ale do czasu. - W pewnym momencie po prostu się zorientowałam, że nie da się tego wytłumaczyć. Że choćbym nie wiem, jak próbowała, to oni i tak nie zrozumieją. Starali się, bo jestem im bliska i wiedzą, że to dla mnie ważne. Ale nie udawało się. Osoba, która nie była na froncie, nie jest w stanie tego ogarnąć. Niełatwe są te powroty. A będzie jeszcze trudniej – tłumaczy.
Gdy rozmawiamy, jest w górskiej miejscowości na zachodzie Ukrainy. Ludzie wokół śmieją się, popijając wino w restauracjach. Nie słychać wybuchów, tylko rozmowy o codzienności. Sama też się uśmiecha, bo – jak mówi – po powrocie z frontu jej mózg automatycznie wypiera przywiezione stamtąd obrazy.
Zmęczenie wojną rozlewa się również na Zachód. Kateryna boi się tego najbardziej. Bo wie, że Putin sam z siebie nie zatrzyma inwazji, a jej koledzy z frontu się nie poddadzą. - Jeśli ustaną dostawy broni z Zachodu, to nasi żołnierze i tak będą walczyć. Ale wtedy skończy się to dla nas rzezią - podkreśla.
Jak dodaje, już teraz Ukrainie brakuje środków, by skutecznie prowadzić kontrofensywę. Nie ma samolotów, żeby wygrywać walkę na niebie. Trudno jej też odbijać tereny, które zaminowali Rosjanie. - Z trudem idzie nam ta kontrofensywa. Wielu z nas ma poczucie, że nie jest tak, jakbyśmy chcieli – podkreśla.
Tym bardziej chce we wrześniu wrócić na front. Tamta rzeczywistość już nie tylko jej nie przeraża, ale przyciąga do siebie. Kateryna powtarza: "Chyba już nie jestem, jaką byłam".
Rzuciła dobrą pracę i chłopaka, by ruszyć na front
Do niedawna miała spokojne życie w Polsce. Przyjechała tutaj w 2014 roku, potem skończyła studia i jako programistka znalazła dobrze płatną pracę w Krakowie. Podróżowała po świecie, miała chłopaka oraz plany - kupić mieszkanie, zostać żoną i mamą. Jednak w 2022 roku te marzenia zabrała wojna.
Z początku zaangażowała się w pomaganie swoim rodakom, którzy uciekali do Polski przed rosyjskim agresorem. Włączała się też w zbiórki najpotrzebniejszych rzeczy dla ukraińskich żołnierzy. Uznała jednak, że to mało. Postanowiła wyruszyć na front jako medyczka pola walki. Przeszła szkolenie i zgłosiła się do zespołu medyków z Fundacji "W międzyczasie". Jej założyciel – Damian Duda – opowiadał w tokfm.pl, jak wygląda ratowanie ukraińskich żołnierzy, gdy eksplozje rozrywają niebo.
'Z 40 jeńców Rosjanie wykastrowali ponad połowę'. Polscy ratownicy idą w ogień Putina
Kateryna odłożyła pieniądze, bo wiedziała, że jako wolontariuszka nie będzie dostawała zapłaty za ratowanie żołnierzy. W kwietniu tego roku zwolniła się z pracy. Jak mówi, straciła też spokój i chłopaka. On, choć był Ukraińcem, nie chciał wrócić do swojego kraju. - Okazało się, że inaczej patrzymy na tę wojnę. Ja czułam, że muszę pomagać, a on chciał być po prostu bezpieczny. Rozstaliśmy się – wspomina.
Jej mama i babcia długo nie umiały wyjść z szoku, gdy usłyszały o decyzji Kateryny. Usiłowały ją przekonać, że może pomagać na inne sposoby, np. przesyłając pieniądze ukraińskiej armii. Odpowiedziała, że albo wesprą ją w tej decyzji i wtedy będzie jej łatwiej, albo kończą rozmowę na ten temat, a ona i tak zrobi, jak postanowiła. Wybrały wsparcie. W maju Barzakowska trafiła na front pod Charków, a później w pobliże Zaporoża.
Urwane kończyny i dziury w całym tułowiu
Strach musiała oswoić już na początku - gdy po raz pierwszy wsiadła do wozu opancerzonego i ruszyła po rannych. W środku był jeszcze kierowca i żołnierz, który strzelał do Rosjan, ale czuła się tam sama. - Wyobraź to sobie: siedzisz w wozie, nic nie słyszysz ani nie widzisz. Jedziesz tam po raz pierwszy, więc nie masz pojęcia, co się stanie, gdy dotrzesz na miejsce i otworzą się drzwi. Nic od ciebie nie zależy. Wszystko jest straszne – tłumaczy Kateryna.
Szybko jednak przyzwyczaiła się do tego, co zastaje na pierwszej linii ewakuacji rannych. Masywne krwotoki, poszarpane ciała, urwane kończyny. Złamania kości i dziury w całym tułowiu. Trzeba spróbować zatamować krwawienie i podać znieczulenie. Ranny czasem jest otępiały, a niekiedy wpada w panikę. Widzi swoje zakrwawione nogi i pyta, czy mu je odetną. Krzyczy: "Dlaczego mnie tam nie zostawiliście?!". - Czuje silny ból i myśli, że lepiej byłoby umrzeć. Ale później po podaniu leków przeciwbólowych dziękuje za pomoc – opisuje medyczka pola walki.
Wóz, którym jeździ, jest łatwym celem ataku. Ale Kateryna mówi, że już przestała się bać. Strach mógłby ją paraliżować, a ona musi skupić się na robocie. - Po powrocie do bazy nie płaczę. Jestem z natury spokojna i umiem zapanować nad stresem. Ale nie każdy żołnierz o tym wie, więc muszę to niektórym udowodnić. Pokazać, że nie jestem emocjonalna. Że nie zacznę płakać ani krzyczeć, by mnie stamtąd wywieźli – uśmiecha się 25-latka.
Mimo to większość żołnierzy uważa, że na froncie nie powinno być kobiet. - Twierdzą, że zmieniamy atmosferę, a wtedy muszą myśleć już nie o wojnie, tylko o tym, jak nam pomóc. Rzeczywiście, trudno mi wyciągnąć z okopów rannego chłopa, który waży 100 kg. Dlatego koledzy robią to za mnie. Widzą też, gdy długo nie jem, nie piję, nie śpię, nie biorę prysznica. Więc któryś przyniesie wodę, inny zrobi kawę, a następny ugotuje mi coś na szybko. Ale przez to, że jestem kobietą, nie każdy chce ze mną pracować – opowiada moja rozmówczyni.
"Siedzieliśmy i czekaliśmy, aż nas zabiją. Tyle nam zostało"
Kiedyś Rosjanie zaczęli ostrzeliwać piwnicę, która była bazą dla Kateryny i innych medyków pola walki. W pobliżu spadały pociski, które zostawiały w ziemi kratery o średnicy kilku metrów. Przez ciągły atak piwnica zamieniała się w pułapkę, z której Ukraińcy nie mogli się wydostać. - Na domiar złego pod wieczór dostaliśmy informację, że Rosjanie zrzucą na nas coś większego. Nasi nie mogli nam pomóc i stało się dla nas jasne, że już stamtąd nie wyjdziemy – wspomina.
Jak dodaje, wtedy po raz pierwszy słyszała taką ciszę. Siedziała naprzeciwko kolegów, którzy pisali do rodzin pożegnalne wiadomości. Sama nie umiała zebrać słów, które mogłaby przekazać mamie. Napisała tylko przyjaciołom, gdzie później mają szukać jej ciała. - Godzinami siedzieliśmy i czekaliśmy, aż nas zabiją. Tyle nam zostało. Przed oczami nie przelatywało mi życie. Patrzyłam na kolegów. Było mi smutno, bo widziałam, jak bardzo każdy chce stamtąd wyjść i żyć – opisuje.
Ostrzał jednak się skończył, a uwięzionym udało się wydostać z piwnicy. Kateryna zapamiętała tylko, że wyszła z niej niewyobrażalnie zmęczona. Czuła, jakby przeżyła własną śmierć.
Cudzych śmierci doświadczyła wiele. Jak mówi, jeszcze w 2014 roku straciła sześciu przyjaciół, którzy poszli na wojnę w Donbasie. Byli niewiele starsi od niej, w wieku od 21 do 32 lat.
Ostatnio płakała po stracie kolegi z ekipy. Tamtego dnia miała zabrać się razem z nim, by ratować rannych na froncie. Zdążyła nawet założyć mundur i spakować sprzęt. Ale przy wyjściu stanął przed nią chłopak z innej grupy medyków. Zawsze jeździł karetką na drugą linię ewakuacji rannych, a teraz chciał popróbować tej pierwszej, tuż przy froncie. Ustąpiła mu miejsca.
- Czekaliśmy na nich ponad dwie godziny. W końcu przyszedł do nas żołnierz i powiedział, że coś walnęło w ich wóz – ten, którym miałam jechać. Byłam w szoku. Ale nie mogłam o tym długo myśleć, bo właśnie trafiło do nas 13 innych rannych i trzeba było ich ogarnąć. Skończyliśmy dopiero nad ranem. Później wydostali ciało mojego kolegi medyka. Na szczęście ten, który mnie zastąpił, przeżył. Pomyślałam, że gdybym wsiadła do tego wozu, mogłoby mnie już nie być – wspomina Kateryna.
"Nie sądziłam, że mogę aż tak nienawidzić"
Jeszcze nigdy nie pomagała rosyjskim jeńcom. Przyznaje jednak, że prawdopodobnie nie byłaby w stanie tego zrobić. - Wojna pokazała, do jakich okrucieństw posuwają się Rosjanie. Nie sądziłam, że mogę ich aż tak nienawidzić. Dla mnie nie ma dobrych Rosjan. Mogę o nich powiedzieć wszystko, co najgorsze. Dlatego gdyby trafił do mnie ranny z tamtej strony, to chyba nie umiałabym go ratować. Nie mam obowiązku, bo nie jestem lekarzem. Ale sama już nie wiem... Może gdyby do takiej sytuacji doszło, w ostatniej chwili zmieniłabym zdanie? Może jednak zrobiłoby mi się go szkoda? - zastanawia się na głos.
Jak każdy, kto jest blisko frontu, zastanawiała się również, co by się z nią stało, gdyby trafiła do rosyjskiej niewoli. Medycy pola walki wiedzą, jak tam traktuje się jeńców. Damian Duda z zespołu "W międzyczasie" opowiadał w tokfm.pl:
W Sołedarze medycy znaleźli zwłoki chłopaka z ukraińskiej armii, któremu Rosjanie wycięli serce. Nie dość, że go zabili, to jeszcze zbezcześcili jego ciało, biorąc serce jako trofeum. Rozmawiałem też z ukraińskimi jeńcami, którzy wrócili z rosyjskiej niewoli. Z ich czterdziestoosobowej grupy ponad połowa została wykastrowana
- W niektórych momentach od rosyjskich żołnierzy dzieli mnie 300-500 metrów. Blisko i zarazem daleko. Ale gdybym trafiła w ich ręce... Nie wiem, czy po prostu bym się nie zabiła – mówi.
Gdy rozmawiamy, siedzi wśród wesołych ludzi, którzy sączą wino w restauracjach i rozmawiają o codzienności. Sama też się uśmiecha. - Bo mam taki piękny widok przed sobą. Po prostu nie wierzę, że tu jestem. To jakby inna rzeczywistość, w której nie ma śladu po wojnie – opisuje.
Zaraz jednak smutnieje na myśl o tym, co dalej. Jej zdaniem wojna potrwa jeszcze kilka lat. Z jednej strony czeka na jej koniec, ale z drugiej - trochę się go boi. - Chciałabym wrócić do normalnego życia i marzeń, by zostać żoną i mamą. Ale jak ta rzeczywistość będzie wyglądała, gdy piekło się skończy? Na pewno będzie dużo broni w domach i na ulicach. Nie wiadomo, kto i w jakich sytuacjach będzie jej używał. Przecież wojna zostawi po sobie wiele osób zaburzonych psychicznie. Czy będzie bezpiecznie? Czy moje dzieci będą mogły tu dorastać? Czy znów nie będę musiała wyjechać? - pyta siebie Kateryna Barzakowska.
Masz temat? Napisz do autora: konrad.oprzedek@tok.fm