,
Obserwuj
Świat

"Nawet milion mrówek nie zabije jadowitego węża". Ekspert rozlicza Putina. "Spóźnił się o 390 dni"

6 min. czytania
16.10.2022 08:06
Władimir Putin ma spory problem w związku ze swoją "operacją specjalną" w Ukrainie. Jego armia przestała posuwać się do przodu, a w wielu miejscach frontu po prostu ucieka przed ukraińską kontrofensywą. Nerwowość na Kremlu - według wszelkich doniesień - tylko rośnie. - To, co teraz widzimy, to są działania, które mają nie tyle pozwolić wygrać Rosji tę wojnę konwencjonalnie, co w ogóle pozwolić im ją kontynuować i do końca się nie skompromitować - komentował w TOK FM Jarosław Wolski, politolog, publicysta i autor kanału "Wolski o wojnie".
|
|
fot. Leo Correa / AP Photo

W jednym z ostatnich orędzi prezydent Rosji Władimir Putin zagroził 'użyciem wszelkich środków', by bronić Rosji przed rzekomym zagrożeniem z Zachodu. "Putin idzie na całość. Wojna jądrowa nie była tak blisko od 60 lat" - pisały w ślad za tym zagraniczne media. Jarosław Wolski przekonywał jednak w TOK FM, że to scenariusz mało prawdopodobny. Z kilku powodów. - Jeśli chodzi o kwestie atomowe, to Rosja została z jednym atutem: rakietowymi siłami strategicznymi, które są jednocześnie tarczą tego imperium. Atom i broń atomową traktują więc jako gwarant integralności państwa i tego, że nikt konwencjonalnie silniejszy od nich, np. Chińska Republika Ludowa, ich nie najedzie - mówił w "Świat się chwieje" politolog, publicysta i autor kanału "Wolski o wojnie".

Poza tym, jak wskazał, Rosjanie w doktrynie wojennej mają bardzo jasno opisane sytuacje, w których mogą użyć broni atomowej. Te mówią o tym, że Rosja może po nią sięgnąć, gdy zagrożony jest byt państwa, przeprowadzony atak na ośrodki dowodzenia i własną broń atomową. - I choć jest parę innych wyjątków, to - co do zasady - rosyjska doktryna użycia broni jądrowej jest doktryną defensywną. To nie jest tak, że Rosjanie mogą sobie nią szastać na prawo i lewo, używać zgodnie z własnym widzimisię - dopowiedział w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim.

Dodał też, że dużo niższy próg użycia broni jądrowej ma np. Francja. - Oczywiście musimy też pamiętać, że oceniamy racjonalność kraju, który nie miał oporu, by użyć broni chemicznej na terytorium krajów NATO - zastrzegł od razu, wskazując np. na otrucie Skripala.

Handlarz strachu

Wadimir Sołowjow, czyli jeden z najbardziej zajadłych propagandystów Kremla, ogłosił z kolei w rosyjskiej telewizji, że wojna nie skończy się na Ukrainie, a na celowniku rosyjskich żołnierzy są także kraje NATO. - Nie będzie litości - zapewnił przy tym.

Według Jarosława Wolskiego to także rozwiązanie mało realne. Dlaczego? Rosjanie, jak tłumaczył, nie mają ani sił, ani środków, by skutecznie zadatować kraje NATO. - Jakakolwiek pełnoskalowa, konwencjonalna agresja na kraje NATO ze strony Rosjan jest teraz wykluczona. Jak ktoś twierdzi inaczej, jest handlarzem strachu, który ma zamiar - w imię własnych finansowych korzyści - straszyć odbiorców - podkreślił gość TOK FM.

'Bałagan to duże niedopowiedzenie'

Jak na razie Putin skoncentrował się na przeprowadzeniu częściowej mobilizacji. Według oficjalnych przekazów Kremla pod broń ma zostać powołanych około 300 tys. rezerwistów. Choć w ocenie niezależnego portalu Meduza mobilizacja może objąć nawet 1,2 mln mężczyzn, głównie spoza dużych miast. Jak ocenił gość TOK FM, liczba rekrutów to jedno, dwa - czas mobilizacji. Ta, jak przekonywał, jest spóźniona o 390 dni. - Rosjanie powinni byli przeprowadzić powszechną mobilizację późną wiosną - już wtedy powołać 1,5 mln armię. I dopiero wtedy próbować uderzać na Ukrainę, jeżeli już mieli taki zamiar - tłumaczył.

Jednak, jak dodał, nie zrobili tego z różnych przyczyn. W tym m.in. politycznych, społecznych, a przede wszystkim dlatego, że całkowicie błędnie oszacowali siły i środki Ukrainy. - To, co teraz widzimy, to są działania, które mają nie tyle pozwolić wygrać Rosji tę wojnę konwencjonalnie, co w ogóle pozwolić im ją kontynuować i do końca się nie skompromitować - podkreślił, oceniając krótko, że "logika mobilizacji w Rosji jest całkowicie zaburzona".

- Bałagan to duże niedopowiedzenie. To sytuacja, której Rosjanie nie mieli nawet w 1941 roku: Sowieci mobilizację zaczęli jeszcze przed 21 czerwca, kiedy Hitler zaatakował ZSRR - przypomniał.

Naftalinowe jednostki i szczepki

Zdaniem gościa TOK FM, Putinowi trudno teraz będzie też uzupełnić liczbę wojskowych. Głównie dlatego, że Rosjanie uciekają z kraju - bilety lotnicze w jedną stronę są wyprzedane, a na lądowych przejściach granicznych z Kazachstanem, Armenią i Gruzją ustawiły się kolejki na 24 godziny czekania.

Poza tym, jak ocenił, także sama mobilizacja przebiega chaotycznie. I tak np. mobilizowanych jest jednocześnie kilka kategorii jednostek. Są więc takie, które mają obsadzonych trzy czwarte etatów i gotowy sprzęt. Ale są też takie, w których obsadzonych jest tylko 20-30 proc. etatów, a także i takie, które są tylko bazami sprzętu.

- Trzeba pamiętać i o tym, że w Rosji niektóre jednostki są dawcami kadry i sprzętu dla innych jednostek. Działa to jak przesadzanie kwiatów. Kwiatek dzielimy najpierw na dwie-trzy szczepki, potem wsadzamy do wody i po chwili mamy trzy rośliny. W ten sposób np. z brygady robi się dywizję, a z pułku brygadę itd. - tłumaczył gość TOK FM, podkreślając, że Rosjanie w najczarniejszych nawet snach nie przypuszczali, że będą ogłaszać powszechną mobilizację, gdy część kadry instruktorskiej została ranna, zabita lub zaginęła na Ukrainie.

To powoduje, w ocenie gościa TOK FM, że obecna sytuacja jest dla Rosji najgorszą z możliwych. - Ludzie, sprzęt i jednostki, które miały zapoczątkować mobilizację, albo miały w niej uczestniczyć, zostały już wykorzystane na Ukrainie. Czy wszystkie jednostki? Nie! Czy wszyscy ludzie? Nie! System mobilizacyjny był tak pomyślany jeszcze z czasów instytucjonalnej paranoi Związku Radzieckiego, że nawet gdyby trzy czwarte jednostek spopielono atakami atomowymi, to i tak byłby on w stanie zadziałać i uzupełnić skład. Ale tu ważna uwaga: Rosjanie w 1991 r. przeprowadzili pięć reform wojskowości - podkreślił rozmówca Grzegorza Sroczyńskiego.

Chodziło to, by nakłady lokować głównie w strategiczne wojska rakietowe i tarczę atomową, która "miałaby zapewnić nienaruszalność terytorium i trwałość istnienia państwa rosyjskiego, niezależnie od jego militarnej słabości". Po drugie - zbudować relatywnie niewielką 200-250 tys. armię, która miała działać na zasadzie szybkiego reagowania na peryferiach danego imperium, w rosyjskiej strefie wpływów lub wspomagać sojuszników.

- Po tym, jak zaczęli wdrażać reformy, okazało się, że część "naftalinowych jednostek" jest w bardzo dobrej kondycji. Są w nich rezerwiści, którzy pamiętają, jak służyli jeszcze w Afganistanie. Jest też w nich sprzęt - z lat 70., ale - o dziwo - w dobrym stanie. Są do niego części zamienne, podczas gdy jednostki drugiej kategorii mobilizacji - które miały mieć nowszy sprzęt - w ogóle go nie mają. Ten został np. rozkradziony, zniszczony na Ukrainie, nie ma silników, przekładni bocznych, stabilizatorów armaty. O radiostacjach też można zapomnieć, bo nie ma do nich np. lamp - wyliczył.

Inna rzecz, wojsko Putina jest słabe, bo Rosjanie zignorowali też kwestie ewakuacji i logistyki. - Wyszli z założenia, że Ukraina rozpadnie się w ciągu góra kilku tygodni. Że być może wybuchnie pucz albo będzie miała miejsce siłowa zmiana władzy w Kijowie - dodał.

Do tego dochodzą także, jak wyliczył, złodziejstwo, coraz starsi rezerwiści, coraz mniej ćwiczeń rezerwy i upadek bazy przemysłowej. To wszystko powoduje, jak ocenił Jarosław Wolski, że teraz nawet ok. 1 mln osób w armii to niewiele. - Czasy Mao Zedonga, który mówił, że milion mrówek zabija nawet najbardziej jadowitego węża w wojskowości już dawno minęły - podkreślił.

'Wojna do połowy przyszłego roku'

Także amerykański think tank Instytut Studiów nad Wojną (ISW) wskazuje, że mobilizacja nie wpłynie na przebieg wojny w Ukrainie w tym roku i nie zwiększy znacząco zdolności Rosji do podtrzymania inwazji w roku następnym. Wartość bojowa rezerwistów jest i pozostanie niska, a ich motywacja do walki jeszcze gorsza - podkreślił ISW.

- Jak w takim razie wojna będzie wyglądać w najbliższych miesiącach? - chciał też wiedzieć prowadzący.

- Pytanie, czy Ukraińcy będą się starali wykonać ruchy o charakterze ofensywnym, by przemieścić siły rosyjskie, zanim zaczną odczuwać pierwsze efekty mobilizacji. Czy raczej skupią się na wypchnięciu Rosjan za Dniepr w rejonie Chersonia? Czy też przejadą do defensywy? Kolejne jednostki są przecież szkolone i formowane. Tak czy inaczejc, wojna potrwa pewnie do połowy przyszłego roku - oszacował politolog. Dodał przy tym, że w tym czasie będziemy mieli do czynienia z długimi i krwawymi walkami. - Obie strony finalnie będą tak wyczerpane, że siądą do rokowań pokojowych - podsumował w rozmowie w TOK FM.