"Znikający" migranci. Potwierdzają niepokojące doniesienia z granicy
W sierpniu br. mijają trzy lata od rozpoczęcia kryzysu humanitarnego na polsko-białoruskiej granicy. Oficjalnie zaczęło się od Usnarza, ale tak naprawdę migranci i migrantki w lasach zaczęli pojawiać się chwilę wcześniej. Usnarz był 'spektakularny', bo chodziło o dużą grupę kilkudziesięciu osób, których polskie władze nie chciały wpuścić na swoje terytorium. Mówiły o tym niemal wszystkie media w Polsce, przyjeżdżali również dziennikarze z zagranicy.
Strefa buforowa
Kryzys na polsko-białoruskiej granicy trwa. W lasach wciąż są ludzie, którzy potrzebują pomocy. Wolontariusze spotykają migrantów i migrantki z Syrii, Iraku, Somalii i innych krajów świata. Część osób, które były w drodze, zmarła. Eksperci policzyli, że na granicy zginęło ponad 100 osób, o czym pisaliśmy na naszym portalu.
Tak ksiądz 'Nożycoręki' zawijał banknoty pod sutannę. 'Nie mogli sobie z nim poradzić'
Kilka tygodni temu MSWiA wprowadziło strefę buforową, do której osoby z zewnątrz nie mają wstępu, dlatego pomaganie jest dzisiaj mocno utrudnione. Aktywiści występują o zgodę na wejście do strefy, ale najczęściej jej nie dostają. Dostali ją tylko Lekarze Bez Granic i to wyłącznie w ograniczonym zakresie.
Na teren strefy wybrali się niedawno przedstawiciele Rzecznika Praw Obywatelskich. Jak mówi nam główny koordynator w Biurze RPO - Maciej Grześkowiak, który był na miejscu, potwierdzono m.in., że w dalszym ciągu dochodzi do push backów, które są niezgodne z prawem międzynarodowym. Wyrzuca się ludzi na Białoruś nawet wtedy, gdy chcą złożyć wniosek o status uchodźcy.
'I want asylum in Poland'
Na tym jednak nie koniec. Prawnicy RPO potwierdzili coś jeszcze. - Praktyką, którą obserwujemy od jakiegoś czasu i mieliśmy okazję zbadać głębiej, jest 'weryfikowanie' przez Straż Graniczną deklaracji składanych przez migrantów w lesie o tym, że chcą się ubiegać o ochronę międzynarodową w Polsce. O co chodzi? Otóż migranci, często przy świadkach - mając w ręku pisemne poświadczenie takiej deklaracji - wypowiadają słowa 'I want asylum in Poland'. To sformułowanie, które w sposób jednoznaczny wskazuje, że chcą się u nas ubiegać o ochronę - wyjaśnia Maciej Grześkowiak w rozmowie z TOK FM.
Jak tłumaczy, takie osoby są zabierane do placówki Straży Granicznej, a tam - w tajemniczych okolicznościach - nagle zmieniają zdanie, po czym są wywożone na Białoruś. - Obserwujemy taką praktykę, że zamiast tego, co powinno się wydarzyć - czyli zamiast przyjęcia i rozpoznania wniosku przez Urząd do Spraw Cudzoziemców - nagle okazuje się, że taki cudzoziemiec, po tym jak chciał ubiegać się o azyl, w placówce Straży Granicznej podpisuje dokument, że zrzeka się swoich uprawnień do złożenia tego wniosku. Czyli nagle zmienia zdanie - mówi Grześkowiak. I zapowiada, że RPO poprosi Straż Graniczną o wyjaśnienia w tym zakresie. Bo niejasne jest, dlaczego tak się dzieje. Być może migrant po prostu nie wie, co podpisuje; być może jest przekonany, że funkcjonariusze dają mu do podpisu dokumenty o ochronie międzynarodowej. - Nie wiemy, w jakich okolicznościach dochodzi do tej rezygnacji. Bo do tych czynności nie są dopuszczani aktywiści czy prawnicy - mówi Grześkowiak.
Jesteśmy na progu ogromnej wojny? 'Scenariusz katastroficzny jest niestety prawdopodobny'
Gość TOK FM tłumaczy, że procedura jest jasna - wniosek winien być przyjęty, a jego rozpoznaniem czy weryfikacją powinien się zająć Urząd do Spraw Cudzoziemców, a nie Straż Graniczna. - To urząd decyduje o tym, czy dana osoba uzyska status uchodźczy czy też nie. Jeśli uzyska, to może u nas zostać. Jeśli tak się nie stanie, wszczyna się postępowanie powrotowe, które może ostatecznie doprowadzić do deportacji - tłumaczy Maciej Grześkowiak. I dodaje, że nikt na etapie składania wniosku nie przesądza, czy dany migrant powinien w Polsce zostać czy też nie. Potrzebne jest przeprowadzenie postępowania i zbadanie podstaw, np. czy dana osoba była w swoim kraju prześladowana, czy uciekała przed wojną, czy była poddawana torturom. To wszystko bierze się pod uwagę.
Strefa może ingerować w podstawowe wolności
RPO od początku zgłaszał zastrzeżenia dotyczące zgodności z prawem wprowadzenia strefy buforowej. W piśmie do szefa MSWiA wskazywał m.in., że rozporządzenie 'może ingerować w podstawowe wolności konstytucyjne, takie jak wolność poruszania się po terytorium RP, wolność wyboru miejsca zamieszkania i pobytu, wolność zgromadzeń czy wolność pozyskiwania i rozpowszechniania informacji'.
Ryzyko naruszeń praw człowieka
Rzecznik przypominał przy tym, że zgodnie z art. 52 ust. 1 Konstytucji RP każdemu zapewnia się wolność poruszania się po terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz wyboru miejsca zamieszkania i pobytu, a wolności te mogą podlegać ograniczeniom określonym w ustawie, a nie - tak jak w tym przypadku - w rozporządzeniu. RPO podkreślił również możliwe ryzyko naruszeń praw człowieka i pogłębienia kryzysu humanitarnego na granicy polsko-białoruskiej, jako efekt wprowadzenia strefy.
Tymczasem Grupa Granica informuje, że od momentu wyborów 15 października na polsko-białoruskiej granicy wyrzucono na Białoruś ponad 10 tysięcy osób. Obecna władza dalej stosuje push-backi.