,
Obserwuj
Lubelskie

Eksperyment miał sprawdzić, czy poradzą sobie w czasie kryzysu. Co z tego wyszło?

5 min. czytania
24.11.2025 14:45

W Lublinie po raz pierwszy w Polsce społecznicy zorganizowali dużą symulację dotyczącą sytuacji kryzysowej. Do tej pory za takie wydarzenia odpowiadały służby (policja, straż) czy pogotowie. Udział wzięło ponad 100 osób z całego kraju. 

fot. stowarzyszenie Homo Faber

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak wyglądał scenariusz wydarzenia? 
  • Jakie wnioski wyciągnęli z niego uczestnicy?
  • Dlaczego w takich sytuacjach ważna jest rozmowa?

Symulację pod nazwą "Przed. W trakcie. Po" zorganizowało stowarzyszenie Homo Faber w ramach Forum Odporności Społecznej. Założono, że w mieście X dochodzi do dużego pożaru, który bardzo szybko rozprzestrzenia się po prawej stronie rzeki. Chodziło o wypracowanie procedur współpracy, reagowania i decydowania na wypadek kryzysu. Bo jak mówią eksperci, nieważne, czy to pożar, powódź czy ewentualny atak z powietrza. Ważne, by wiedzieć jak działać, nie wpadać w panikę i nie siać chaosu.

Wszystko odbywało się w Baobabie, czyli w centrum integracji Polaków i cudzoziemców, które powstało po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie. 

- Symulacja dotyczyła zarządzenia kryzysowego w wymyślonym mieście. Zależało nam na tym, żeby ludzie weszli w struktury władzy oraz struktury społeczne i zobaczyli sytuację z perspektywy, której być może nie mają. Niektórzy wcielili się w rolę samorządowców, inni w urząd wojewódzki, jeszcze inni mieli okazję zobaczyć, jak to jest być dużą organizacją ogólnopolską. Ta symulacja miała kilka celów, bo z jednej strony chcieliśmy pokazać, że to nie jest tak, że czasami władza nie podejmuje określonych działań bo nie chce - czasami nie działa, ponieważ nie może, ma różne uwarunkowania prawne które wiążą jej ręce. A z drugiej strony, że to nie jest też tak, że organizacje społeczne są bez grzechu i że wszystko to, co robimy jest szybkie, łatwe i zawsze można na nas polegać. Bywa różnie - mówi prezeska Homo Faber, Anna Dąbrowska.

Jak dodaje, to co pokazała symulacja to także dwa konteksty - własne przekonania kontra rzeczywistość. - Wielokrotnie spotykam się z takimi tezami, że ludzie mówią, że oczywiście w sytuacji kryzysowej pójdę bronić ojczyzny, zaangażuję się, będę wolontariuszem, po czym się okazuje, że nie mamy gdzie tego zweryfikować. Natomiast symulacje pozwalają poczuć emocje, które towarzyszą nam w sytuacji kryzysu, chaosu, zagrożenia - dodaje Dąbrowska.

Czym jest odporność społeczna?

- Odporność społeczna to jest pewna umiejętność, na którą składa się wiedza, ale też automatyzacja zachowań które mają doprowadzić do tego, że z jednej strony uratujemy siebie, ale z drugiej pomożemy też innym ludziom. Czyli wiemy jak działać, nie ulegamy emocjom i mamy wypracowane określone modele działania. To jest coś, co bardzo mocno wybrzmiało podczas pierwszej debaty, gdzie miałyśmy ekspertki zarówno z Ukrainy, jak i z Norwegii i Łotwy. Panie opowiadały o tym, że jednostka jest zobowiązana do zapewnienia sobie przetrwania, żeby nie być dodatkowym obciążeniem dla systemu. Trochę tak jak w samolocie - najpierw zakładamy maskę sobie, a potem dziecku - tłumaczy Anna Dąbrowska. 

W symulacji udział wzięła m.in. Ewelina Bosak z Fundacji "W stronę dialogu". - Na co dzień działam w organizacji pozarządowej, dlatego chciałam nabyć doświadczenia w innej roli - bycia mieszkanką miasta, które jest w kryzysie. Byłam matką dwójki dzieci - więc rola była mi bardzo bliska, bo jestem mamą. To co wynoszę z tej symulacji to m.in. obserwację, że z reguły ci najgłośniej krzyczący, mający najwięcej do powiedzenia, nie zawsze mówią słusznie i właściwie - wyjaśnia Bosak. Wskazuje też, że to co wybrzmiało i co zapamięta to to że mamy przewodniki, mamy ustawy, ale w chwili kryzysu nikt nie będzie ich szukał. Dlatego ważne, by część zasad mieć w głowie, przećwiczonych. 

Krzysztof Izdebski z Fundacji Batorego również był w grupie mieszkańców. - Z jednej strony w chwili kryzysu mamy potrzebę bycia zaopiekowanym przez ludzi, którzy profesjonalnie się tym zajmują - choćby przez służby.  Ale z drugiej mieszkańcy to grupa która powinna sobie wzajemnie pomagać i wyrabiać pewne umiejętności, nawyki, w jaki sposób odnaleźć się w sytuacjach kryzysowych - mówi Izdebski z rozmowie z TOK FM. - Bo w tej odporności społecznej niezwykle ważne są umiejętności relacyjne. Symulacja dała mi bardzo dużo do myślenia - musimy już wcześniej przygotowywać się na różnego rodzaju kryzysy. W naszej grupie byli cudzoziemcy którzy nie znali polskiego, więc od razu zgłosił się ktoś kto zna angielski, kto mógł pomóc. Ktoś inny dobrze współpracuje z osobami niepełnosprawnymi, bo ma takie doświadczenie. Więc to była też forma takiego identyfikowania się trochę po to, żeby pomagać sobie nawzajem - dodaje gość TOK FM. 

- Jako Fundacja Batorego współpracujemy z naszymi ukraińskimi kolegami i staramy się korzystać z ich doświadczeń. Jak mówią, musimy się przygotowywać, ćwiczyć, ale też mieć świadomość że w 100 procentach nigdy się nie przygotujemy. Bo czym innym są ćwiczenia, a co innego gdy dron zaczyna krążyć za naszym oknem. Ale powinniśmy zrobić jak najwięcej właśnie po to, żeby jakoś wziąć się w garść, wiedzieć kto z sąsiadów, z rodziny jest w stanie nam pomóc i komu my jesteśmy też w stanie pomóc - dodaje Izdebski

Kluczowa jest komunikacja

Julia Brykczyńska z Funduszu Obywatelskiego im. Ludwiki i Henryka Wujców była w grupie, która była organizacją humanitarną. - To lokalny oddział Ogólnopolskiej Organizacji Humanitarnej dysponujący pakietami środków higienicznych, żywnością, ubraniami. Były różne utrudnienia, to była miejscowość nad rzeką, pożar był po jednej stronie, Urząd Miasta, nasze organizacje i służby były po drugiej, a most był zamknięty z powodu przeciążenia ruchem. Oczywiście pojawiła się dezinformacja, była grupa na WhatsAppie na której były wrzucane różne komunikaty, ludzie próbowali się organizować, ale byli też różni wichrzyciele w naszych grupach, którzy wprowadzali chaos i zamieszanie - tłumaczy gościni TOK FM.

- Jakie wnioski wyciągnęłam? Że na kryzys - jaki on by nie był - trzeba się przygotować długo przed. Trzeba budować kontakty, więzi społeczne, a przede wszystkim zaufanie, bo to są kluczowe rzeczy przy szybkiej reakcji. To, czego się nauczyliśmy, to że społeczeństwo obywatelskie organizuje się szybciej niż samorząd czy władze wojewódzkie i to, że kluczowa jest komunikacja. Wszystkim brakowało informacji i nie wiedzieliśmy skąd mamy tą pewną, stuprocentowo sprawdzoną dostać - wskazuje Brykczyńska.

34116
fot.

Dorota Komornicka jest prezesem Funduszu Lokalnego Masywu Śnieżnika a także prezesem Federacji Funduszy Lokalnych w Polsce. Też przyjechała na Forum Odporności do Lublina, by podzielić się swoimi doświadczeniami. Pochodzi z rejonu dotykanego powodziami, przeżyła je dwukrotnie, dlatego - dzięki zbudowanym sieciom pomocowym - wie, jak i z kim działać.

- W sytuacji kryzysu najważniejsi są ludzie. Jak się nie ma ludzi, wolontariuszy, kontaktów, nie zna się nikogo, to pomoc jest właściwie kompletnie niezorganizowana. Moja organizacja ma prawie 30 lat, więc ja się śmieję, że połowę ludzi znam bardzo dobrze, a drugą mniej więcej. Gdy się znamy, rozumiemy, współpracujemy, to wzajemna pomoc jest oczywista - mówi pani Dorota. - Przy budowaniu odporności społecznej, według mnie najważniejsza jest rozmowa. Tak długo, póki nie zaczniemy normalnie ze sobą rozmawiać i nie schowamy swoich ambicji, bo każdy chce być ważny, tak długo nic z tego nie będzie. Jak się znajdzie fajnego moderatora, kogoś, kto umie ze wszystkimi rozmawiać, to skuteczność naszej pomocy czy współpracy jest gwarantowana - podsumowuje Dorota Komornicka.

Symulacja w Lublinie była pierwszą, ale nie ostatnią. Są plany, by organizować kolejne. A działania dotyczące budowania odporności społecznej są obecnie podejmowane nie tylko w Lublinie, ale w całej Polsce. Odbywają się warsztaty, spotkania, rozmowy. By być przygotowanym na różne sytuacje.