Na szlakach pełno, w knajpach pusto. Co się dzieje w Bieszczadach?
W połowie wakacji media alarmowały, że w Bieszczadach pusto. Pisały, że turystów mniej, a w pensjonatach można znaleźć dużo wolnych miejsc. Pojechaliśmy sprawdzić, jak wygląda ruch wokół jeziora Solińskiego. To jedno z najpopularniejszych miejsc w regionie. Była sobota. Szybko przekonaliśmy się, że - wbrew temu, co pisano - turyści jednak są. W samej Solinie trudno było nawet znaleźć wolne miejsce parkingowe.
Idąc dalej - w stronę tamy - ludzi było coraz więcej. Prawdziwe oblężenie przeżywała kolejka linowa wzdłuż zapory. By dostać się do gondolki, trzeba było poczekać około 20 minut. - Warto, mimo ceny - mówili nam turyści, którzy już objechali trasę na górę Jawor i z powrotem. Bilet za przejazd w dwie strony (normalny) to koszt 50 zł.
Na szlakach pełno, w knajpach pusto
Tuż po południu główny deptak nad tamą niemal uginał się pod ciężarem osób, które bieszczadzkie jezioro wybrały jako cel swojej wycieczki. Jednocześnie stragany z pamiątkami ustawione wzdłuż niego stały osamotnione. - Ruch jest bardzo mały tego roku - skarżyła się pani Ula, sprzedająca magnesy i kowbojskie kapelusze z napisem 'Solina'. - Dziennie wychodzi maksymalnie do 500 złotych utargu. I to podczas soboty czy niedzieli - dodała.
Prawie jak na Mazurach, ale bez tłumów. Tu woda jest cieplejsza nawet o 6 stopni
Podobne głosy usłyszeliśmy od restauratorów prowadzących karczmy z bieszczadzkimi rybami. Pan Wojciech swoją smażalnię ma tuż przy plaży w Solinie. Po przekroczeniu progu dało się zobaczyć, że zajętych było maksymalnie 20 procent miejsc. - Teraz turysta woli przywieźć coś swojego do zjedzenia, kupić coś w sklepie i nie wydawać pieniędzy na gotowe danie. Poza tym więcej obiektów się buduje, więcej ofert jest też gastronomicznych, noclegowych - powiedział właściciel knajpy.
Gdy o opinie zapytaliśmy samych turystów, usłyszeliśmy jasno: 'Jest drogo, jak nad morzem'. - Małe frytki kosztują nawet po 20 złotych - ocenili goście z Tarnowa.
Liczą na odbicie jesienią
Przedsiębiorcy liczą jednak na odbicie. W Bieszczadach sezon trwa bowiem do późnej jesieni. - My domek mamy zarezerwowany chyba do połowy września - mówi Tomek, prowadzący małą agroturystykę w Lutowiskach. - W poprzednich latach miałbym pewnie obłożenie już do końca października, ale i tak nie mogę narzekać. Gorzej mają hotelarze. Z tego, co słyszałem, tam mało osób śpi. Ludzie chyba wolą wyciągnąć się na hamaku przy lesie - żartuje.
Potwierdza to pani Jolanta, kierowniczka hotelu w Polańczyku w Bieszczadach. - W porównaniu do poprzedniego roku spadek jest duży. To nawet o 30 procent turystów mniej - narzeka.
Do dziś walczą o zwrot pieniędzy. 'Festiwal hipokryzji, oszustw i bezkarności'
W lepszych humorach mogą być za to żeglarze z portu w Solinie. Tu niemal przez cały sezon ruch jest spory. Nie brakuje grup zorganizowanych, a także pojedynczych turystów, którzy chcą popływać po jeziorze i przy okazji posłuchać historii zalewu. Monika Ziembla - bosman portu - wylicza, że turystów na statkach jest porównywalnie do poprzednich lat. - Statki pasażerskie mamy obłożone prawie wszystkie w stu procentach. Dopisała nam też pogoda - mówi z uśmiechem.