"Jak się ma salon fryzjerski, można zarabiać kupę kasy". Małgorzata Serafin szczerze o porzuceniu telewizji
- Myślałam, że jak ucieknę z tego świata mediów, to poczuję się lepiej, moje życie stanie się spokojniejsze - mówiła w audycji "Zagubiona autostrada" Kamila Wróblewska Małgorzata Serafin. Jak przyznała dziennikarka, która kilka lat temu rzuciła media dla fryzjerstwa, problem był jednak w niej samej. - Okazało się, że wcale nie chodzi o zawód, który wykonuję, tylko o moje wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa. I fryzjerstwo tego jakoś szalenie nie zmieniło - przyznała autorka wideopodcastu "Bez farbowania". Dziś wie, że odejście z mediów było po prostu ucieczką.
Zrobiło się głośno
- Okazało się, że fryzjerstwo jest dużo trudniejsze niż myślałam. Bo tam wjechała chemia, a ja z chemii byłam fatalna - tłumaczyła Serafin, przyznając, że wielu rzeczy uczyła się w nowym zawodzie od podstaw. - Nauczyłam się przede wszystkim pokory - stwierdziła.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Jak mówiła, jako trzydziestoparoletnia "paniusia z telewizji", która znalazła się na praktykach w salonie fryzjerskim, starała się ukryć swoją tożsamość. Nie chciała dać się rozpoznać, nie chciała sensacji. - Naprawdę chciałam zmienić swoje życie. Ale jakoś ta informacja wydostała się do mediów i zrobiło się o tym głośno - przyznała gościni TOK FM
Serafin przyznała też, że bardzo długo wierzyła, że jej przemiana we fryzjerkę może się udać. - Ale na mojej drodze pojawił się duży, niespotykany problem. Nie tylko na mojej drodze, ale na drodze całego świata. Pandemia - stwierdziła. Dziennikarka jeszcze się na dobre nie zadomowiła w nowym miejscu, a już koronawirus wszystko urwał. - Salony fryzjerskie zostały zamknięte. Nie wiedziałam, kiedy będę miała pracę - opowiadała. W ten sposób została bez pieniędzy.
Tam są zasady
Ta dodatkowa przerwa uświadomiła jej, że zaczynanie przygody z fryzjerstwem po trzydziestce, to dosyć późny start, żeby zdobyć klientów i ugruntować swoją pozycję. Zawód fryzjerki, zwłaszcza w Warszawie, to świetna opcja. - Jak się ma salon fryzjerski można zarabiać kupę kasy. Jednak zebranie tego doświadczenia to są godziny, miesiące - tłumaczyła. I dodała, że jest to także praca ciężka fizycznie. - Zmiany w salonach fryzjerskich są raczej bardzo długie. Ja też jestem długa, więc wcale nie było to proste dla moich kolan, pleców, nadgarstków itp. - wyliczała.
- To była niesamowita przygoda w moim życiu - oświadczyła. W pewnym momencie jednak zrezygnowała. Jak się okazało, nie była w stanie się z tego utrzymać. Choć, jak przyznaje, czasem wraca do fryzjerstwa dla znajomych, przyjaciółek i kolegów. - Bardzo lubię to robić. Lubię we fryzjerstwie to, że to jest policzalne, tam są zasady, że jeżeli robisz wszystko tak jak trzeba, to się nie ma prawa nie udać. Do tego odrobina talentu, pracowitości, wyczucia i jest super - opowiadała.
Gościni TOK FM tłumaczyła też, jak z jej perspektywy wyglądały inne zalety pracy w salonie fryzjerskim. Jedną z nich był brak wszechobecnego w mediach politykowania. - Ludzie żyli trochę innymi problemami i w ogóle polityki nie było - wspomniała. Ważna była też zmiana trybu życia. - Super było to, że wychodzę z tego salonu i przychodzę na drugi dzień i tyle - przekonywała Serafin, dla której wielką zmianą było odsunięcie się od pogoni za newsami.
Fotel otwiera
Choć, jak przyznaje, nie wszystko było takie proste. - Trudne dla mnie było to, że ja po tylu latach pracy w mediach, które są jednak jakimś tam teatrem, nagle znalazłam się wśród ludzi i wśród takich normalnych rozmów. I jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało, ja nie wiedziałam jak się rozmawia z ludźmi - przyznała.
- Nie bardzo wiedziałam jak zagadać, co powiedzieć, nie umiałam w zwykłe small talki. Byłam taka sztywna, bardzo zestresowana - tłumaczyła.
Stres brał się z różnicy między pracą w telewizji, w której Serafin wchodziła w postać prowadzącej, a spotkaniami z klientami salonu. - To było spotkanie z żywym człowiekiem, który nie jest ekspertem, ministrem, czy politykiem i nie przychodzi do mnie, żeby odegrać jakąś rolę, ale po konkretną usługę - stwierdziła. Co nie znaczy, że nie chce przy tej usłudze rozmawiać. Bywa wręcz przeciwnie. Jak zauważyła Serafin, fotel fryzjerski ma bowiem w sobie coś takiego, co sprawia, że ludzie się otwierają. I za sprawą tego fotela, ona sama, chcąc nie chcąc, "lądowała" w historiach z życia klientów. Co nie było łatwe dla dziennikarki, której "wygadanie", jak sama to określiła, nie jest naturalne, a wyuczone. - Wydaje mi się, że kosztuje mnie to dużo więcej energii niż innych ludzi - przekonywała.