Autorka książki o porwaniach: "Dziś każdy powinien się bać. Znikają kobiety, znikają dzieci na organy"

Działały w Polsce grupy, które porywały przeciętnych Kowalskich dla okupu rzędu 10, 15 czy 20 tys. zł - mówiła na antenie TOK FM Monika Sławecka, która przez dziewięć miesięcy badała zjawisko uprowadzeń. Jak dodała, razem z opisywanymi przez siebie bohaterami spędziła ten czas "w mroku".

W Polsce rocznie znika bez śladu ok. 20 tys. osób - w 2017 roku było ich dokładnie 19 563. Wśród nich są tysiące dzieci - w 2017 roku niespełna 7 tysięcy (z tego 443 nie miało w chwili porwania 7 lat). Monika Sławecka, scenarzystka, pisarka, autorka książki "Porwania", która gościła w audycji "A teraz na poważnie", zwracała uwagę, że nie ma potwierdzonych statystyk dotyczących samych porwań. Nie można więc określić, jaki procent tych liczb stanowią uprowadzenia. - Poszkodowani najczęściej nie zgłaszają się na policję, bo oprawcy są w stanie tak bardzo zastraszyć rodzinę czy samą ofiarę, że oni się boją zawiadamiać o przestępstwie, wolą np. prywatnych detektywów - wyjaśniała.

Ona sama w swojej książce rozmawiała zarówno z ofiarami porwań, z ich bliskimi, ale także z oprawcami. Jak podkreślała, chciała pokazać różne rodzaje i różne natury uprowadzeń. 

Porwania na kilogramy

Sławecka wymieniła m.in. handel żywym towarem, czyli porwania do siatek sutenerskich czy pedofilskich. Tu ofiarami są najczęściej kobiety, zdarzają się także dziewczynki poniżej 14. roku życia. - Sprawcy klasyfikują człowieka jako towar, na którym można zarobić. O człowieku mówią w kilogramach - wyjaśniała pisarka. Przywoływała m.in. historię Tatiany, byłej baletnicy, porwanej z okolic Odessy, która trafiła do siatki sutenerskiej. 

Porwania dla okupu

Inną sytuacją są porwania dla okupu i tu Sławecka wskazała głośną sprawę porwania Krzysztofa Olewnika w 2001 roku, który został zamordowany po dwóch latach pozostawania w niewoli, mimo przekazania przez rodzinę okupu. Poza tą sprawą gościni Mikołaja Lizuta przywołuje inne porwanie, również dotyczące dziecka przedsiębiorcy z branży mięsnej. W 2005 roku porwana została Ewelina, córka właściciela firmy mięsnej w Łysych. 23-latka została uprowadzona w Warszawie, wepchnięto ją do furgonetki, kiedy szła ulicą do swojego auta. Jej ojciec na zgromadzenie okupu - 500 tys. euro - dostaje kilka dni. 

- Okazało się, że porywacze dostali przeciek z organów ścigania, że na monitoringu widać, jak porywają tę dziewczynę. Żeby zatuszować sprawę, postanowiono się jej pozbyć. Wcześniej została kilkukrotnie zgwałcona - mówiła Monika Sławecka. Tę sprawę szeroko opisywała gazeta.pl. Trop prowadził do gangu "obcinaczy palców". 

Autorce "Porwań" udało się dotrzeć do jednego z przywódców tego gangu, który grasował w Warszawie i okolicach w latach 2002-2005. Specjalizował się właśnie w uprowadzeniach dla okupu, a jego członkowie słynęli z brutalności wobec ofiar. Określenie gangu wzięło się stąd, że zdarzało im się obcinać porwanym palce i wysyłać rodzinie, od której domagano się okupu. 

- To bardzo cyniczny, psychopatyczny człowiek, który o tym procederze opowiadał z uśmiechem na twarzy. To była ekipa ludzi o silnych predyspozycjach sadystycznych, ludzi, którzy napędzali się wzajemnie, rywalizowali, kto zrobi większą krzywdę ofierze. Gdyby nie to, mogliby zarobić więcej, a proceder trwałby dwa razy dłużej - dodała Sławecka. 

Każdy powinien się bać?

Mikołaj Lizut dopytywał, czy zdaniem jego rozmówczyni wszyscy powinni mieć się na baczności w kwestii porwań. Monika Sławecka odpowiedziała bez wahania. - Dziś każdy z nas powinien się bać, ponieważ znikają kobiety, znikają dzieci na organy - wyliczała, wskazując, że do takich sytuacji dochodzi często w krajach na wschód od Polski. Dodawała, że w Polsce działały także grupy, które porywały przeciętnych Kowalskich dla okupu 10, 15 czy 20 tys. zł.

Jak podkreślała, w swojej książce poświęciła sporo miejsca także porwaniom rodzicielskim, ponieważ jej zdaniem są to takie same ofiary jak w przypadku innych uprowadzeń. - Rozmawiam z psychoterapeutką dziecięcą Jolantą Zmarzlik, która spotyka się z dziećmi właśnie po porwaniach rodzicielskich. W amoku nienawiści do siebie rodzice nie zdają sobie sprawy, że wykorzystując tę delikatną materię, żeby zabolało drugą stronę, robią najwięcej krzywdy dziecku - podkreślała. Dodawała, że dziecko postawione w tak dramatycznej sytuacji i zabrane z otoczenia, do którego jest przyzwyczajone i w którym czuje się bezpiecznie, zaczyna wchodzić w świat porywacza. - Żeby wkupić się w łaski oprawcy, zaczyna kłamać, manipulować. Często jest w stanie powiedzieć wszystko, żeby tylko przypodobać się tej osobie, która teraz o nim decyduje - podkreślała Sławecka.

Na czym w relacji porywacz - ofiara polega syndrom sztokholmski? Posłuchaj całej rozmowy:

DOSTĘP PREMIUM